Tak jak pisałem ostatnio. Pojechaliśmy na tą Ukrainę. Ideą wyjazdu jest wsparcie tamtejszej ludności. Chodzi o to, że przed wojną Barents organizował tam wyjazdy sylwestrowe. Były to wyjazdy turystyczne. Wraz z wojną skończyły się takie możliwości. Trudno sobie wyobrazić aby ludzie chętnie jechali na wypoczynek do kraju ogarniętego wojną. Podam zresztą parę liczb. Fiodor którego odwiedziliśmy w jego gospodarstwie na połoninie ma 16 wnucząt. W tej chwili został sam na gospodarstwie. Wszystkie dzieci opuściły domy (stoją puste) i uciekły głównie do Czech. Wioska w której mieszkaliśmy przez większość wyjazdu, straciła prawie 70% mieszkańców. W pensjonacie w którym czekaliśmy na nowy rok przed samą wojna było 140 osób na imprezie. Teraz 25. Ci ludzie prowadzili wynajem pokoi, pensjonaty, muzea, restauracje czy skanseny. Żyli z tego, żyli z biletów z turystów. Stracili swoje dochody, a nadal muszą utrzymywać te obiekty. Nie mają za co. Każda nasza wizyta przynosiła ogromną radość. Tym bardziej, że było to na raz 14 osób. Co ciekawe z Polski było nas jedynie cztery osoby, reszta to Czesi, Słowacy i jedna dziewczyna z Kazachstanu. Niesamowite towarzystwo. Bez najmniejszego problemu dogadywaliśmy się wszyscy. Nasze pokolenie jeszcze pamięta rosyjski, a czeski czy słowacki jest zrozumiały dla nas i odwrotnie polski dla nich. Malika z Kazachstanu to partnerka Romana właściciela Barentsa i mieszka w Polsce od 8 lat. Jak poznaliśmy ją pierwszy raz w Gruzji byłem przekonany, że urodziła się w Polsce. Nie ma znaku obcego akcentu w jej wypowiedziach. Trochę głupio, że Roman musiał szukać w Czechach i na Słowacji chętnych. Choć propozycja wyjazdu pojawiła się na spotkaniu Barentsa w Polsce. Na Zakarpaciu gdzie byliśmy jest całkiem bezpiecznie. W całym regionie spadły dosłownie dwie rakiety na Wołowiec w maju. Byliśmy tam i spotkaliśmy się z zastępcą burmistrza. Kpił trochę z tego, że rakieta za 6 milionów dolarów wybiła tylko okna w licznych domach i nie trafili sobie w ogóle w dość strategiczny węzeł kolejowy który chcieli zniszczyć. Powitania i pożegnania były z płaczem, nawet nam się to udzielało. A pamiętam nie tak dawno jak szliśmy na Howerlę. Przy ścieżce stał zaparkowany terenowy samochód z polską rejestracją. Wracając zobaczyliśmy, że został zepchnięty do rowu. Dawniej nie do końca byliśmy lubiani na Ukrainie.
Był też z nami pies jednego Czecha, rasy Collie. Pies puszczał śmierdzące bąki w busie ale na granicach bardzo pomagał. Z granicami mam pewną zagadkę. Otóż aby wjechać do Ukrainy musieliśmy trzykrotnie przekroczyć granicę Słowacką. Jak to zrobiliśmy? Dzwoniliśmy jeszcze przed granicą, do burmistrza Urzgorodu z pytaniem czy w Ubla (to ta granica którą ja jeździłem na rowerze na Ukrainę) takim busem jesteśmy w stanie przejechać. Powiedział, że wszystkie marszrutki tamtędy jeżdżą, bo jest tam zdecydowanie luźniej. Tyle, że marszrutki zwykle mają tonaż do 3,5 tony Roman kupił busa na 20 osób a taki musi mieć powyżej 3,5 tony. Nasz ma 3,6t Przed samą granica jest znak ograniczenia 3,5t Słowacy nas przepuścili, a Ukraińcy bardzo nas wielokrotnie przepraszając powiedzieli, że niestety jak wpisali w system dane pojazdu, to system nie puści nas. Bardzo im było głupio i źle się z tym czuli, że my z darami, a oni nas nie mogą puścić. Natomiast wspomniany pies na każdej granicy bardzo rozluźniał nastawienie celników. Musieliśmy zatem zawrócić, a jak zawrócić, to znowu trzeba przejść kontrolę na granicy Słowackiej i potem pojechać na kolejne przejście graniczne i znowu ją przekroczyć w stronę Ukrainy. Tam już przejechaliśmy bez problemu. Z tej przyczyny i z powodu tego, że zbieraliśmy uczestników z Ostrawy, a potem Żyliny, czyli jechaliśmy z Katowic bardzo okrężną drogą na Ukrainę, do Urzgorodu przybyliśmy bardzo późno.
Kolejny dzień to zwiedzanie Urzgorodu. Oprowadzał nas żołnierz. Wcześniej był przewodnikiem, akurat był na jakiejś przepustce chyba. Opowiadał wiele ciekawych rzeczy o samym mieście. Nie mogliśmy robić zdjęć szkół, banków i urzędów, każde takie zdjęcie na FB czy Insta to dane dla rosyjskich rakiet. Co do nalotów, to co dzień mieliśmy co najmniej kilka alarmów przeciwlotniczych. To nie chodzi o to, że zaraz będzie bombardowanie. Po prostu lecą rakiety na Lwów czy inne miasto i lecą w kierunku Zakarpacia. Nikt nie wie czy nie spadną gdzieś po drodze. Stąd te alarmy. A wiemy, że właśnie w nowy rok i zaraz po nim było największe nasilenie ataków. Śniadanie w Urzgorodzie zjedliśmy w synagodze. Co ciekawe, że w tej samej sali przy innym stole śniadanie jadło jakieś zgromadzenie żydów i mieli chyba jakąś prelekcję bo ich “szef” bardzo gestykulował rękami i podnosił głos. Tak jakby prawił im jakieś kazanie. Potem oprowadził nas po całej synagodze i muzeum. Również nam zrobił wykład na temat obecności historycznej żydów w tym regionie. Malika zadała pytanie na temat obecności kobiet w synagodze i w ogóle tej religii. Nadal żyjemy w takim społeczeństwie gdzie takich pytań nie traktuje się poważnie tylko obraca w żart. Nie wiem ale będąc kobietą na pewno źle bym się z tym czuł. Szkoda, bo już najwyższy czas na definitywne rozwiązanie tych problemów na całym świecie w każdym aspekcie naszego życia. Z drugiej strony tylko ten co głośno krzyczy i się domaga i uporczywie walczy dochodzi swoich praw. Szkoda też, że chyba nie wszystkie kobiety to rozumieją.
No kolejny dzień przejechaliśmy już do naszego docelowego miejsca, gdzie mieliśmy trzy noclegi, to Kołoczawa, tam jest ładny pensjonat z wielką salą w sam raz na spędzenie sylwestra. Ale jeszcze wieczorem po drodze jadąc do Kołoczawy zahaczyliśmy o piękny wodospad. Co prawda zwiedzanie wodospadu w ciemnościach jest średnim pomysłem, bowiem zanim doszliśmy zrobiło się ciemno. Po drodze jednak było tyle przepyszności na straganach… Ukraina przoduje w takich swojskich wyrobach. Było chyba ze sto rodzajów nalewek, sam próbowałem takiej z szyszek. Ale wszelkiego rodzaju zioła, herbatki i inne. Oczywiście były też grill z szaszłykami, kawałami mięsa i kiełbaskami. W zasadzie to tutaj w żaden sposób nie widać jakiejkolwiek wojny. Jedyny problem, to brak turystów. Z Kołoczawy poszliśmy następnego dnia na obiad do Fiodora. Przywitał nas z dwoma wnuczkami ubrany w regionalny strój z filcu. Wnuczki niosły gwiazdę jak kolędnicy, a najlepsze było to, że jedna z wnuczek puszczała kolędę ze smartfona. Fiodor mieszka na samej górze na pięknej połoninie. Jedliśmy u niego obiad i pili wódkę. Na obiad były ziemniaki z bryndzą. Ja w życiu nie jadam czegoś takiego w domu. W ogóle nabiał poza jajecznicą i pleśniowymi serami mnie obrzydza. Oczywiście na wyjazdach jadam wszystko do ostatniego okruszka. Tak już mam. Zjadłem nawet gołąbki, których w domu nawet zapach powoduje u mnie odruch wymiotny. Fiodor po obiedzie oprowadził nas po swoim muzeum. W zasadzie on tak to nazywa, ale tak naprawdę poza faktycznie starymi narzędziami była tam też stara lodówka, telewizor i kuchenka mikrofalowa. Fiodor opowiadał też o swojej rodzinie. Sala w której jedliśmy była wypełniona cała zdjęciami. Głównie były to stare, historyczne zdjęcia.
Jeszcze kolejnego dnia z rana odwiedziliśmy skansen. Historia powstania skansenu jest taka, że jakiś miejscowy oligarcha wykupił teren, potem skupował z okolicy stare domy przenosił je i rekonstruował, W skansenie jest też mnóstwo starych pojazdów, a nawet stacja kolejowa z prawdziwym pociągiem. Był z nami Ivo, Czeski przewodnik, bardzo fajny rozczochrany gość. Sam opowiadał, że bywał w wielu miejscach konfliktów i pomagał ludziom. Jak zaczęła się wojna na Ukrainie, ta co teraz trwa, to właśnie pracował jako wolontariusz na granicy w Ubla. Pomagał ludziom którzy uciekali tamtędy. Zapomniałem też wspomnieć, że jednego dnia odwiedziliśmy ośrodek rehabilitacji niedźwiedzi. Jest to spory ogrodzony teren, podobno jedyny taki w Europie, gdzie trafiają niedźwiedzie odbierane z cyrków czy bogatym ludziom, którzy trzymają je dla zabawy. Takie niedźwiedzie nie boją się ludzi, nie śpią w zimie. Dożywają tam swoich dni. Ośrodek utrzymywany jest pieniędzy rządowych i z datków. Oczywiście można tam wejść kupując bilet. W ostatni dzień przed samym sylwestrem poszliśmy też na połoninę Krasną. Poszliśmy całą grupą, ale w połowie zdecydowana większość zawróciła z uwagi na wielki śnieg. Na samą górę doszliśmy w cztery osoby. Ja, przewodnik Ivo i dwoje Czechów. Ja ratując honor Polski :) Musieliśmy iść w taki sposób, że Ivo ustawił sobie alarm w telefonie co pięć minut i co pięć minut zmienialiśmy się torując drogę. Na samej górze jest jakaś opuszczona stacja telewizyjna.
No i w końcu przyszła pora na koniec roku, na Ukrainie jest inna strefa czasowa. Co powoduje, że nowy rok zaczynamy godzinę wcześniej. Przed samą północą w TV było orędzie prezydenta Ukrainy. Życzyłbym wszystkim Polakom aby kiedyś w życiu mogli słuchać orędzia noworocznego w taki sposób. Oczywiście nie w takich okolicznościach, ale z takim przejęciem i takimi emocjami. Wszyscy słuchając płakaliśmy. Dla takich zwykłych ludzi taka wojna jest tak irracjonalnym zjawiskiem, że trudno to pojąć. Nie ma najmniejszego uzasadnienia. Nie ma żadnego wyjaśnienia, nie ma sensu w żaden sposób uzasadniać czy tłumaczyć jakichkolwiek aspektów politycznych czy innych. Rosja jest takim pięknym krajem, mogłaby współistnieć na tym świecie i koegzystować w pokoju. W imię idei, zysków? To nie ma najmniejszego sensu. Przecież to prawie cały kontynent. Przepiękne dzikie tereny. Prawie wszystkie strefy klimatyczne. Nie zrozumiem tego, bo aby to zrozumieć, trzeba mieć inny chory umysł. Ten świat jest wadliwy, bo dopuszcza do rządów jednostki chore psychicznie, ułomne, psychopatów. Nie ma mechanizmów, które by temu zapobiegały. Aby zdobyć prawo jazdy, trzeba zdać egzamin, przejść badania lekarskie, zrobić testy. Aby zostać prezydentem, czy w ogóle uzyskać jakąś władzę i mieć wpływ na całe państwo można być psychopatą. Nikt kandydatów nie bada, nie przechodzą testów czy badań lekarskich.





Komentarze