Nikt nie powinien umierać w samotności.

To chyba czwarta wersja tego tekstu, po tak długiej przerwie. Jedna nawet wisiała jako wersja robocza przez kilka tygodni. Nie opublikowałem jej. Przerwa była głównie spowodowane natłokiem spraw jakie zwaliły mi się na głowę. Główny problem jaki się pojawił to choroba mojego Ojca. Na początku czerwca trafił do szpitala i oczywiście odmówił jakichkolwiek badań po zrobieniu USG i stwierdzeniu guza wielkości 10x20 cm na jednej z nerek. Wypisał się na własne życzenie ze szpitala. Po około tygodniu dał się przekonać, ale z kolei szpital odmówił, stwierdzając, że nadaje się jedynie do leczenia paliatywnego. Trochę to konsekwencja wcześniejszej decyzji o odmówieniu leczenia przez pacjenta. Nałożyła się na to również sytuacja związana z szaleństwem zwanym wirus. Wtedy miałem taki tydzień, że prawie chodziłem po ścianach ze zmęczenia.
W jednym z dni cały dzień jeździłem po szpitalach mając skierowanie, aby umieścić tam Ojca. Zacząłem około 8:00 udało mi się zostawić go w szpitalu dopiero około 23:00 Już o czwartej rano został znowu przywieziony do domu. Ze skierowaniem do lekarza domowego celem załatwienia opieki paliatywnej. Nie miałem siły coś z tym już robić w sensie jakichś kroków prawnych, bo Ojciec został dowieziony pod bramkę domu i zostawiony. Dobijał się do okna śpiącej Mamy. Kto w tych czasach obija się po lekarzach z pewnością wie jak to teraz wygląda. Załatwiłem opiekę paliatywną i złożyłem podanie o miejsce w ośrodku na wypadek pogorszenia stanu. Mama była przerażona sytuacją. Nie wiedziałem jak pomóc. Nie mogłem przecież się zwolnić z pracy i zamieszkać z rodzicami. Po pewnym czasie pojawiło się miejsce w ośrodku. Ojciec był, owszem leżący, ale sam się mył, jadł i chodził do łazienki. Mimo tego po namowach lekarki sam zdecydował się na ośrodek. Trafił do niego, a ja Mamę wziąłem do siebie do domu. Mama teraz mieszka z nami. Będę miał ogromne wyrzuty sumienia do końca życia, że nie uratowałem Mamy wiele lat temu. Po kilku dniach zadzwoniła do mnie pani psycholog z ośrodka z prośbą o rozmowę, bo okazało się, że Ojciec sprawia ogromne problemy personelowi. Rozmowa była prowadzona przez telefon i trwała około godziny. Poniekąd z mojej strony. Po prostu po tylu latach chyba wszystko we mnie się otworzyło. Chyba świadomość, że rozmawiam z psychologiem i na dodatek nie mam nawet kontaktu wzrokowego a tylko gadam do słuchawki spowodowała, że wylało się ze mnie wszystko i wreszcie na głos powiedziałem to co przez całe życie we mnie tak długo siedziało i się kotłowało. Pani w zasadzie tylko słuchała. Ja mówiłem. Ona stwierdziła, że ma w takim razie obraz całości i rozumie z czego wynikają te problemy, a ja poczułem się oczyszczony jak po głębokiej spowiedzi. Choć spowiedź chyba jest przereklamowana. Na spowiedzi człowiek się tłumaczy ze swoich grzechów. A tu mogłem opowiedzieć całe życie, pozbyć się wszystkiego ze swojej głowy. Przestało się tam wszystko kisić i poleciało w eter. Po około półtorej tygodnia pobytu Ojciec zmarł w ośrodku 21 lipca. Prawdopodobnie guz pękł, bo wieczorem dostał wysokiej gorączki, dostał antybiotyk i po trzech godzinach zmarł. Budząc się rano, obudziłem się z nieodpartym wrażeniem, że dziś coś się zmieni. Po godzinie ósmej dostałem telefon. O zmarłym należy mówić albo dobrze, albo wcale.

Komentarze