Zakochany w Czechach

Na tydzień przed wyjazdem byłem jak w amoku. Co dzień jeździłem do Wieliczki coś załatwiając i wracałem około 19:00 - 20:00 do domu. Składałem papiery potrzebne do założenia księgi wieczystej. Wpierw musiałem zdobyć wypis i wyrys z działki, potem dokumenty od kuzynów, bo okazało się, że muszą być oryginały. Wreszcie w piątek wszystko skompletowałem i złożyłem w urzędzie. Oczywiście urzędy pracują do 15:00 więc musiałem się ciągle zwalniać z pracy. Jedynie tam gdzie uzyskałem wypis i wyrys była bardzo miła pani. W innych miejscach pomiot socjalizmu, opryskliwy i nieprzyjemny w obyciu. Teraz już czekam na pismo, mam nadzieję, że okaże się wszystko pozytywnie. Następny krok, to ustanowić służebność drogi, potem akt notarialny i wreszcie podział.
W sobotę wyjeżdżaliśmy i bardzo chciałem nie mieć stresu w czasie odpoczynku. Oczywiście w międzyczasie kończyłem malowanie przejścia w piwnicy i planowałem trasy rowerowe. Co powiększałem jakiś obszar, to pojawiały się nowe możliwości i nowe miejsca zobaczenia czegoś ciekawego. W ogóle muszę powiedzieć, że mapy.cz, to po prostu genialne narzędzie. Zarówno jako strona na dużym komputerze jak i na telefonie. Chyba nie ma lepszej mapy. Ruszyliśmy o szóstej rano wprost do Mikulova. Nocleg załatwiłem w pensjonacie Volarik. Tym razem chciałem komfortowo odpoczywać, więc nie najtaniej. Wynająłem jednak miejsce w Dolni Dunajovice. Tam jest zdecydowanie taniej niż w Mikulovie, ale przede wszystkim jest to maleńka wioska, a nie miasteczko jakim jest Mikulov. Miejsce okazało się strzałem w dziesiątkę. Mieliśmy nawet basen do dyspozycji.
Morawy są po prostu piękne i jest to raj dla rowerzystów. w cztery dni przejechaliśmy prawie 300 km. Pierwszy dzień po przyjeździe, a więc zdecydowanie krótszy. Pojechaliśmy wokół największych jezior. Piękna trasa licząca prawie 60 km. Są to oczywiście sztuczne zbiorniki. Po drodze dwa razy zatrzymywaliśmy się w knajpkach, gdzie raczyliśmy się Starobrno. Cała nasza jazda dotyczyła szlaków rowerowych nie biegnących drogami. Cały czas były to wały zbiornika wodnego, ewentualnie szutrowe drogi przez pola, winnice i sady. W jednym nagrandziliśmy dorodnych śliwek przypominających brzoskwinie. Zresztą w Czechach jest taki wspaniały zwyczaj, że przy polnych drogach rosną drzewa owocowe. U nas kiedyś też tak było. Zresztą na Bornholmie, pamiętam było tak samo. Wracając już do naszej kwatery znowu pojechaliśmy dookoła przez wzgórza pokryte winnicami. Nagle wyrosły przed nami zabudowania i piwnica z winami. Wstąpiliśmy, kupili butelkę wina na cztery osoby i wypiliśmy rozkoszując się smakiem i chwilą. Dojeżdżając na kwaterę. Było około 19:00 wstąpiliśmy 50 m od noclegu do kolejnej knajpki na obiad. Stwierdziliśmy, że po prysznicu i przebraniu się nie będzie nam się już chciało. A przed knajpką stało kilkanaście rowerów. Zamówiliśmy dania i po jednym piwie. Ja nieopatrznie zajęty rozmową,
gdy podeszła pani sprzątać talerze. Nie wiedząc, że przy okazji zapytała “jeszczio jedno pivo?” Odpowiedziałem “ychmu” Myślałem, że pyta, czy zebrać naczynia. Zresztą, będąc kiedyś w Czechach barman się na mnie oburzył jak nie chciałem drugiego. Tak więc tego dnia pobiłem mój rekord alkoholowy i wypiłem ¼ wina i cztery piwa jednego dnia. A dzień był bardzo upalny. Co dzień było tam ponad 30 stopni. O dziwo nawet nie kręciło mi się w głowie zbytnio. Na drugi dzień wstałem jak młody Bóg. Co znaczy podkręcony metabolizm na maxa. Basia tego dnia też wypiła dwa piwa i przynależną jej część wina.

Na kolejny dzień mogliśmy zaplanować już dłuższą jazdę, ale po drodze było zwiedzanie Mikulova i jego wzgórz. Szybko trzeba było zweryfikować plany. Pierwsze wzgórze dało się przejechać rowerem, zajęło to znacznie więcej czasu. Dodatkowo w Mikulovie zwiedzanie zamku i samego miasteczka też. Tym bardziej, że tu pokropił nas deszcz i musieliśmy poczekać trochę aż burza sobie pójdzie dalej.
Zaczęliśmy się wspinać na święty kopiec. Okazało się, że rowerem nie ma szans. Musieliśmy je zostawić na dole. Zatem dwa kolejne wzgórza zostawiliśmy na ostatni dzień przed wyjazdem. Pognaliśmy prostu w stronę Lednice, tam nie dość, że piękny zamek, to jeszcze ogromny park na jeziorze i ogrody zamkowe. W samym parku spędziliśmy półtorej godziny, na zamku kolejną. Parku na jeziorze nie można przejechać na rowerze. Okazał się dla pieszej przechadzki ogromny. Jest zlokalizowany na jeziorze na którym jest szereg wysp do których prowadzą urokliwe mostki. Na jednej z wysp jest nawet jaskinia. Na środku jeziora! Czas się kurczył, więc zaczęliśmy wracać znowu wzdłuż kolejnych stawów czy jeziorek. Potem piękną trasą wzdłuż linii kolejowej. To historyczna trasa. Były przy niej tablice z archiwalnymi zdjęciami z budowy i opisy. Tą trasą od dołu mijając Mikulov dojechaliśmy do nas. Tam nawet wjeżdżając na jakąś drogę nie należy spodziewać się zanadto ruchu samochodowego.

Dziś mieliśmy zacząć nieopodal tego wczorajszego parku. Podwieźliśmy tam rowery samochodami i ruszyli w stronę trójstyku granic. Na zbiegu dwóch rzek łączą się granice Czech, Słowacji i Austrii.
Jedzie się tam pięknym kompleksem leśnym w otoczeniu mnóstwa rozlewisk tych dwóch rzek Morawy i Dyje. Cały czas zjeżdżając coraz bardziej do ostrego wierzchołka trójkąta. Przepiękny obszar. Po drodze jedna guma - Basia. W harrachovie była jedna i tu znowu. Zacząłem zmieniać i przeglądając oponę w poszukiwaniu wbitego kolca czy czegoś co przebiło dętkę. Stwierdziłem, że opony to ona ma już do wymiany. W paru miejscach powoli się rozłażą. Mam nadzieję, że dotrwają do końca naszego wyjazdu. Napompowałem trochę mniej niż zwykle na wszelki wypadek. W końcu dojechaliśmy do trójstyku ukrytego w gęstych zaroślach do którego prowadzi drewniana ścieżka. Jest tam wmurowany kamień i krótka historia wyznaczenia czy odnalezienia tego miejsca. Teraz postanowiliśmy wracać wzdłuż rzeki Morawy. Po stronie Słowackiej było mnóstwo, nie wiem jak to nazwać. Trochę jak domki na działkach. Takie czasami budy z byle czego, a czasami dość wypasione domki letniskowe.
Wszystko to wyglądało na dziką zabudowę. Po kilkunastu kilometrach jednak nam się to trochę znudziło i zjechaliśmy z wałów do lasu, aby resztę zaplanowanej drogi przejechać pięknym leśnym asfalcikiem. W zasadzie to mogliśmy cały czas tym lasem jechać, bo droga znacznie lepsza niż na wałach. Chciałem jednak dla odmiany pojechać trochę wzdłuż rzeki. Po drodze w jednym miejscu zamoczyliśmy nawet nogi w rzece. Napotkaliśmy po prostu po drodze brud, gdzie można było przekroczyć nielegalnie granicę. Pełno tam kąpiących się. Lasem pojechaliśmy jeszcze parę kilometrów. Następnie ponownie zawróciliśmy w stronę parkingu tym razem przemierzając małe i większe wioseczki. Przejechaliśmy też Breclav chyba z najbrzydszym zamkiem w Czechach. To trzy kolejne dni naszej jazdy. Dwa ostatnie zostawię sobie na kolejny wpis. Widzę, że to będzie też dobry tekst do mojej relacji na stronce. Dwa w jednym :)

Komentarze

Beskidnick pisze…
Bardzo malownicze foty. Fajnie że poszedłeś w tym kierunku. A i wypad na Czechy budzi chęć naśladownictwa.