Zakochany w Czechach cz. 2

Kolejny dzień trzeba zwiedzić dalszą okolicę. Przeglądając i planując te szlaki natknąłem się dosłownie 40 km dalej na piękną wijącą się rzekę. Jihlawę Na mapie wyglądało to bardzo obiecująco. Warto zobaczyć. Zaplanowałem trasę od parkingu w pobliskim miasteczku. Parkingu marketu. Muszę tu z oburzeniem napisać, że nie było tam kofoli. Zgroza. Musiałem zatankować dopiero w pobliskiej wsi po drodze. Trasę opracowałem na 96 km. Potem jednak przebudowałem ją na 74 po obejrzeniu profilu i przebiegu w paru miejscach po szlaku pieszym. Na 74 km zostało i tak jedno miejsce około 10 km po pieszym szlaku. Ryzykowne z uwagi na profil tego miejsca. Ale musiałem zaryzykować, bo tam mnóstwo vyhlidek. Po czesku oznacza to punkty widokowe. Ruszyliśmy z parkingu. Szybko wyjechaliśmy z miasteczka i wjechaliśmy w pobliskie wsie. Wyglądały jak koniec świata. Jakieś resztki asfaltu, walące się domy bez dachów. Tragedia. Dosłownie pięć kilometrów od sporego ładnego miasteczka. Co najmniej dziwnie to wyglądało. Jakby przeszedł tędy niedawno front. W jedynym sklepie jaki napotkaliśmy zaopatrzyłem się w kofolę. Zatankowałem do pełna bidony i dalej w drogę. Wreszcie wyjechaliśmy na ładny asfalcik przy samej rzece.
Trochę żałowałem, że nie oblukałem tej drogi na mapie satelitarnej. Było gdzie zostawić samochód. Nawet stał autokar wycieczkowy i to na dodatek przy moście przez rzekę. Będziemy wracali drugą stroną. Byłoby w sam raz. No nic fajnie się jedzie obok tej rzeki. Teren już nie taki płaski. Między krzakami na rzece ciągle połyskiwały całe połacie białych kamieni. Płytka rzeka pomyślałem. Dojechaliśmy na mostek, a kamienie okazały się całymi połaciami białych kwiatów rosnących na wodzie. Pięknie to wygląda. Teraz zjechaliśmy na jakieś obozowisko kolonii. Takie domki drewniane jak u nas dawniej w Czorsztynie przed zalaniem. No i tylko w Czechach coś takiego. Na kolonii dziecięcej, obok stołówki - piwiarnia. Oczywiście skorzystaliśmy. Miejscowe dobre zimne piwo. Teraz czekała nas wspinaczka. Stromo w górę do pieszego szlaku. Zapytałem siedzących Czechów, czy na kołach się da. Pokiwali przecząco głową. Byłem jednak zdeterminowany, a uczestnicy wycieczki bardzo negatywnie do mojego pomysłu nastawieni. Dotarliśmy w końcu do krzyżówki szlaków. - Jeśli bardzo nie chcecie, to jedźcie rowerowym objazdem, ja idę tędy choćbym miał nieść rower - Z mojego doświadczenia w jeździe po górach wynika, że ryzyko zwykle się opłaca. Ruszyliśmy na pieszy szlak. Przez kilkaset metrów dało się jechać, potem zrobiła się wąska ścieżka nad urwiskiem. Zaczęliśmy prowadzić. No i zaczęły się kamienie, skałki i przepiękne miejsca widokowe. Miejscami jechałem tą ścieżką. Dało się o ile ktoś nie boi się ekspozycji.
Raz było przenoszenie roweru przez skałkę. Potem bardzo strome podejście. A potem niesamowity singielek między drzewami wąską ścieżką o kilka metrów od urwiska skalnego. W końcu zrobiło się pięknie, szeroko i wygodnie. Na samej końcówce jak zjechaliśmy znowu nad rzekę zrobiło się wąsko i trzeba było prowadzić miejscami. Wreszcie znowu wjechaliśmy na asfaltowy szlak rowerowy nad wodą. Co raz to się wznosił, to opadał. Tak dojechaliśmy do tamy i tam zdecydowaliśmy z uwagi na późne godziny, że kończymy i wracamy po drugiej stronie rzeki. Wcześniej tylko ponownie piwko i kiełbasę z miejscowej ubojni i lokalnej wędzarni. Kiełbasa była niesamowita w smaku. W połowie drogi powrotnej wjechaliśmy na ten szlak rowerowy, którym mieliśmy objeżdżać pieszy. Całe szczęście, że pokonywaliśmy go teraz z góry. Okazał się gorszy od tego pieszego. Przez jakiś las, łąki. Kilka razy gubiliśmy go. Po drodze mijaliśmy elektrownie jądrową, tą w której w listopadzie 2018 była awaria. Dotarliśmy wreszcie znowu do parkingu i wrócili do domu. Wieczorkiem poszliśmy na wino do winiarni 300 m od naszej kwatery.

No i wreszcie nastał dzień powrotu. na dziś zaplanowaliśmy piesze zwiedzanie wzgórz nad Mikulowem. Chcieliśmy przejść dookoła niebieskim szlakiem i wrócić górą czerwonym. To, to wzgórze ze stacją nadawczą. Widać je doskonale z drogi jak się tamtędy wraca do Polski. Wycieczka taka sobie, fajne dopełnienie wyjazdu i ładne widoki z góry. Cała piesza wycieczka zajęła nam około trzech godzin. Wsiedliśmy do samochodu i zaczęliśmy wracać. Wcześniej już okazało się, że Samochód P. coś za bardzo kopci. Diesel. Problemy z filtrem dpf. Choć przed wyjazdem był w serwisie. P. dał nam na bagażnik jeden z rowerów, bo bał się, że go bardzo okopci. My mieliśmy bagażnik na trzy rowery, a wieźliśmy dwa. Ruszyliśmy w drogę. Wjechaliśmy na autostradę. Mieliśmy pilotować P. Na wszelki wypadek jakby mu się coś podziało z samochodem. Starał się nie przekraczać setki. Na autostradzie od razu korek. Remontują most na jeziorze. Zawróciliśmy z autostrady aby pojechać innym mostem. Nagle z tyłu samochodu słyszę huk. I szorowanie czymś po asfalcie. Jechałem na szczęście jakieś 40 km/h przez jakieś zadupie, a droga była dziurawa. Patrzę we wsteczne lusterko, a ja wlokę platformę rowerową po asfalcie. Okazało się, że pękła śruba na zgrzewie. Trzymająca platformę na haku. Całe światła i tablica rejestracyjna platformy poszły w drobny mak. Posprzątałem ulicę z resztek świateł i znalazłem tablicę rejestracyjną.
Na szczęście nic się z rowerami nie stało. A dzień wcześniej słyszałem, że coś popiskuje w tej platformie. W ogóle coś takiego nie powinno się zdarzyć. Platforma miała ponad pięć lat i tak jest kupować coś tanio. Wtedy kupiłem platformę rowerową za 430 zł. Ceny markowych wtedy były grubo ponad 1500 zł. Zdjęliśmy rowery, oddaliśmy niestety jeden P. Wypakowałem wszystko z samochodu. Złożyłem siedzenia z tyłu. Włożyłem dwa rowery jeden na drugi. Zabezpieczyłem je pasami. Zablokowałem o przednie siedzenia. Upchnąłem bagaże. Ale platformy nie ma szans już wziąć. Zresztą jak ją naprawić. Cały zgrzew puścił. Można próbować spawać, ale widać czas na nową. Zostawiłem bezpiecznie przy drodze. Mam nadzieję, że komuś się przyda. Całe szczęście, że nie stało się to na autostradzie przy prędkości ponad 100 km/h Spowodowalibyśmy tragedię. Podsumowując. Wyjazd się udał na 100%. Oczywiście musiałem za to dostać po łbie. Mam taką teorię o której już dawno pisałem. Czym większy fun z wyjazdu, tym bardziej potem muszę dostać po łbie dla równowagi. Nauczyłem się jednak i to wykorzystywać i obracać na swoją korzyść. Już od jakiegoś czasu chciałem kupić platformę rowerową z prawdziwego zdarzenia. Ta już zresztą jest niezgodna z przepisami. Nie miała świateł cofania i przeciwmgielnych. Teraz wymagają tego przepisy. Musimy tu jeszcze wrócić. Prawdopodobnie długie wolne 15 sierpnia pojedziemy trochę obok. Okolice Znojmo i Vranova.

Komentarze

Beskidnick pisze…
W sumie to dobre nastawienie do życia...

Też bym nie spuścił z tego szlaku. Tylko darł tak jak zaplanowałem.

A rozwalone domy, to pewnie osada cygańska. Robią z okolicy slums, i maja pretensję że lokalsi ich nie lubią. A jak lubić skoro turystów (a zwłaszcza ich pieniądze) odstraszają?