Słowenia i Istria

Tym razem opis pojawi się pierwszy na blogu, bo nawet nie wiem czy na stronce jest wart dodania. Po raz czwarty pojechaliśmy z horyzontami. Tym razem do Istrii. W zasadzie to Słowenia i Istria. Głównie wybraliśmy tą wycieczkę z uwagi na zawarte w programie zwiedzanie jaskini Postojna na Słowenii. Jaskinia faktycznie robi wrażenie. W ogóle wchodzi na raz do niej chyba z kilkaset osób, bez przewodnika. Można sobie zafundować przewodnika audio za 3 euro o ile pamiętam. Jest w języku polskim. Nie ma problemu. Warto, bo można wysłuchać ciekawych rzeczy. Wchodzimy do jaskini i na wstępie wsiadamy do pociągu, który przez ponad 9 minut wiezie nas trasą w głąb jaskini. Jedynie niecała pierwsza minuta jest niezbyt ciekawa, bo widać, że to jakiś przebity sztucznie korytarz. Wyciąłem więc z filmu, bowiem nakręciłem film z całej powrotnej trasy. Film nudny, ale oddaje ogrom tej jaskini.

Więcej w Słowenia i Istria
Po przejechaniu tej drogi, a pociąg wcale tak wolno nie jedzie. Potem zwiedzamy jeszcze samą jaskinie około 90 min, no chyba, że ktoś będzie biegł. W jaskini żyją białe bezokie stworki, które zresztą są symbolem samej jaskini. Nie można ich oświetlać, ale na moim filmie, tym już z wycieczki samej. Jest uwidoczniony w pełnym świetle. Nie, to nie ja go tak poraziłem. Usiłowałem coś sfilmować bez światła i nagle jakiś Japończyk obok włączył lampę mimo pisemnych ostrzeżeń. Jak już stworka spopielił, to przynajmniej niech się na filmie zachowa dla przyszłych pokoleń.

Wracając jednak do samej wycieczki i mojego narzekania. Wycieczka pod względem widokowo-rowerowym chyba najgorsza z oferty horyzontów. Na pewno z naszych dotychczasowych. Może to i też zasługa cienkiego pilota, a może trochę pogody. Tak naprawdę pięknego słońca i ciepła mieliśmy trzy dni. Reszta pochmurna. Na szczęście nie padało. Na Słowenii drugi dzień był bardzo zimny. W okolicach 15 stopni. Na Istrii, szczególnie w miejscowościach nadbrzeżnych temperatura była powyżej 20 stopni, a w słoneczne zapewne powyżej 25. Trasy nadbrzeżne jeszcze jako tako widokowe. Natomiast reklamowana jako rewelacyjna i najpiękniejsza dawną linią kolejki wąskotorowej. Była dla mnie tragiczna. Kamienie otoczaki, najgorszy rodzaj podłoża dla roweru, a niewiele osób miało tam górskie rowery z terenowymi oponami. Na dodatek z jednej i drugiej strony krzaczory i żadnych widoków. Tam gdzie można było coś zobaczyć, czyli na mostach przelatywaliśmy z szybkością ekspresu. Za to zatrzymywaliśmy się w miejscach, gdzie jedynie krzaki można było kontemplować. Ostatnia trasa piękna nadmorska, no tylko pilot nie pomyślał, że skoro w nocy lało, a trasa jest po czerwonej ubitej ziemi, to teraz będzie w czerwonym błocie po pachy. Po przejechaniu około kilometra większości osób, które miały błotniki i hamulce szczękowe.



Rowery przestały kręcić kołami. Po prostu błoto skutecznie zablokowało na zasadzie tarcia jakąkolwiek możliwość obrotu koła. Skończyło się topieniem rowerów w Adriatyku i przeniesieniem rowerów do najbliższego asfaltu, po czym szybką ewakuacją do hotelu. Mówiłem już, że pilot był cienki? Zresztą towarzystwo wyjątkowo nierowerowe. To w ogóle pierwsza wycieczka, gdzie śniadanie było od 8:00 do 9:00 po czym zanim się zebrali wszyscy w autokarze i piloci zapakowali rowery robiło się 10:30. Zero dyscypliny, gdzie w pierwszy dzień spóźniły się na miejsce zbiórki dwie osoby 5 min. Natomiast na ostatnią zbiórkę już pół autokaru przyszło prawie pół godziny po godzinie zaplanowanej na odjazd. A druga połowa czekała cierpliwie nudząc się. No cóż pozwoliłem sobie w imieniu pilota nazwać to po imieniu. Egoizm, bo połowa dobrze się bawi kosztem drugiej połowy. Zwykle przejeżdżaliśmy około 10 kilometrów i już postój pół godziny na kawę i aby coś przekąsić. Potem kolejne 10 i postój dwie godziny na zwiedzanie miasteczka wielkości mojego podwórka i zjedzenie czegoś np. obiadu i picie wina czy piwa. Ileż można jeść. Z drugiej strony ciągle pilot napominał czego nie obejmuje ubezpieczenie, zapomniał tylko dodać, że przy jakimkolwiek wypadku pierwsze co się sprawdza, to zawartość alkoholu we krwi i wtedy to ubezpieczenie niczego nie obejmuje. Najlepiej było raz: Godzina 19:00 pakujemy rowery na autokar myśląc, że pojedziemy do hotelu, a tu pilot ogłasza, no to teraz dwie godziny na kolację i zwiedzanie miasta. Prawie cały autokar zaczął protestować, ale nic to jest w programie i trzeba.



No i błąkaliśmy się do 21:00 po nieoświetlonym miasteczku szukając jakiejś knajpki aby dać odpocząć nogom. Maj, to jeszcze przed sezonem. Turystów brak, większość zamknięta. No i wróciliśmy do hotelu prawie na 23:00

Najlepiej jednak wspominam zatrzymanie si w jakiejś wsi, gdzie wino było za 5 kun, a nie za 25 i z plantacji za knajpą, a nie z hipermarketu. Tam kupiłem sobie i wino i sery i kiełbasę miejscową. Tu mogłem powiedzieć, że posmakowałem Istrii. Wszyscy twierdzili, że trzeba też zasmakować Istrii, a jedli głównie pizzę. Mnie udało się napić piwa z konopiami. W autokarze główne dyskusje dotyczyły diet, więc powiedziałem, że ja znaj jedną skuteczną dietę. Nazywa się “mniej żryć” Z jeszcze jednej miłej i zaskakującej rzeczy, to w ostatni dzień w pracy koleżanka pyta mnie czy jadę na Istrię z horyzontami w sobotę, czy niedzielę. Okazało się, że jej mąż będzie naszym kierowcą autokaru. Najlepsze, że w Czechach gdzie właśnie dołączył jako nasz kierowca, patrzę. Do autokaru wsiada J. Załapała się z mężem na wycieczkę. Co prawda horyzonty nie pozwoliły jej na jazdę rowerem, ale i tak dziewczyna miała fajną wycieczkę.

Komentarze

Beskidnick pisze…
No fakt, program wygląda jak szyty dla koła emerytów.
Pewnie wolał bym tam sobie rower na bagażniku podwieźć i jeździć już wedle własnego uznania.