Coraz mniej czasu.

Czym jestem starszy, czas szybciej płynie. Coś jak teoria względności. W ogóle czym jestem starszy, tym większą mam obsesję co do wykorzystania czasu. “Nie znacie dnia ani godziny” Ostatnio narzuciłem sobie pewien dzienny rygor, ale w zasadzie co drugi tydzień. Związane jest to też z Basi grafikiem pracy, bowiem co drugi tydzień ma do pracy na popołudniu. Te dni gdy jesteśmy razem, są bardziej spontaniczne. Też oczywiście podlegają jakiemuś planowaniu. Mniej więcej przed godziną 19:00 jak tylko pogoda pozwala. To znaczy jak nie ma ulewnego deszczu, bo jak trochę pada, to pogoda się nadaje. Idziemy na spacer dookoła miejscowości. No nie całkiem, bo z jednej strony miejscowości jest teren niezabudowany, bez pobocza i jedzie tam sporo samochodów. Wybieramy bardziej bezpieczną drogę. W sumie od 5 do 5,5 kilometra jeśli zahaczamy o sklep. Spacer, to taki prawie stały element. Ale dni w których Basia jest dopiero po 22:00. Z pracy przychodzę średnio o 16:00 Wychodzę z niej o 14:30, ale zwykle coś załatwiam. Przychodzę, jem obiad, w tym czasie oglądając jakiś fragment nagranego programu dokumentalnego. Około 17:00 idę pracować do piwnicy. Już prawie kończę jeden etap. Regipsy. Przejście do piwnicy, to są jedynie schody i na dole jakieś 1,5 m2 podłogi. Tam niestety przy bardzo obfitych deszczach wielodniowych pojawia się woda. Choć od dobrych pięciu lat nie było tam ani kropelki. Jednak chcę tam zrobić zawieszoną podłogę. na ścianach w tym miejscu dałem regipsy tak aby nie dotykały w żaden sposób ściany. Najlepsze jest to, że mam zamiar położyć tam sam płytki. To jest jeszcze jedna z rzeczy której nigdy nie robiłem. Muszę też przebudować schody, bo są kompletnie niewymiarowe. Mają około 12 cm wysokości. Na schodach też mam zamiar kłaść płytki. To będzie wyzwanie. Ale jak coś spieprzę, nie ma znaczenia. To w końcu piwnica. Wracając do harmonogramu dnia. Staram się skończyć przed 20:00. Teraz czterdzieści minut treningu. Około 21:00 szybki prysznic. Ja przebywam 10 minut pod prysznicem łącznie z myciem głowy. Jak na faceta przystało. Nawilżam się wodą 1 min. Namydlam 2 min. Spłukuję 1 min. Reszta to rozebranie się, wytarcie i ubranie. Nie pojmuję, że można stać pod prysznicem 20 min. i dłużej. No i teraz mam czas wolny do mniej więcej 22:15. Tak Basi zajmuje około 10-15 minut przyjazd z pracy. Tak ma blisko i jeszcze narzeka. Oczywiście jak jeździ na rowerze, to ja około 21:40 wyjeżdżam po nią i wracamy około 22:30. Trenuję pn,wt,czw,pi. Więc we środę mam całe dwie godziny wolnego czasu. To wręcz rozpusta. Zwykle w ciągu tego wolnego czasu coś robię. Czytam, albo piszę coś na kompie. Dni kiedy Basia jest, przeznaczam na inne prace: Elektronika, decoupage, ciasta, dania, smalce, soki, dżemy i inne :) Dziś zrobiłem pyszne racuchy z jabłkami. Sobota, niedziela staram się leniuchować. To znaczy nie mają harmonogramu. Czyli tydzień bez Basi wykorzystuję prawie co do minuty, a tydzień z Basią staram się przebywać w jej otoczeniu, a nie w piwnicy. To się zresztą ciągle dogrywa, bo np. ostatnio staram się załatwiać wszelkie sprawy po pracy w tydzień, gdy Basia jest. Jak jej nie ma, staram się wrócić jak najwcześniej z pracy, aby choć chwilkę usiąść przed pracami piwnicznymi. Zauważyłem, że szczególnie przez te treningi tygodnie pędzą. dwa dni ćwiczeń, przerwa i znowu dwa dni i już znowu sobota. Tak samo planowanie wyjazdów z tak sporym wyprzedzeniem.
Powoduje, że się dni odlicza i czeka. Nie bardzo jest co z tym zrobić. Czas się kurczy i coraz bliżej do końca. Nie ma to jak spontaniczne dzieciństwo. W ogóle człowiek całe życie na coś czeka. Wpierw aby mógł jeździć sam windą (12 lat wychowałem się w bloku 10 piętrowym) Potem na 18-tkę. Potem na ukończenie szkoły. Potem co rok na urlop i na emeryturę, a potem na śmierć. Sztuka wypełnić ten czas, a go nie stracić. Zobaczyć, nauczyć się i doświadczyć jak najwięcej. Tylko po co i tak tego z sobą nie zabiorę :( Może lepiej jednak przepierdzieć całe życie w fotelu przed TV?

Oczywiście problemy też są. Druga obsesja jest taka, że ciągle mam na głowie jakąś sprawę, którą trzeba załatwić. Teraz np. Mam rodziców po 80-tce. Tato w swej głupocie około 20 lat temu postanowił sprzedać mieszkanie w bloku. Wygodne w mieście, gdzie nic nie trzeba było robić i wszędzie blisko i wyprowadzić się na wieś do starego naszego domu. Na zadupie za Wieliczkę. Ja w jedną stronę mam tam prawie 50 km. Z pracy w przeciwną niż do domu. Na dodatek nie ma tam gazu, ogrzewanie na węgiel. Na początku sezonu grzewczego zepsuł się piec. Ledwo udało się znaleźć kogoś, kto zrobił taki sam. Na dodatek na ogrodzie jest tysiące krzaczków, drzewek i innego kiczu ogrodowego. Nie sposób tego skosić. Slalom gigant z kosiarką. 26 arów! Teraz nie są w stanie już sami tego obrabiać. Mama nawet nie bardzo jest w stanie dom sprzątnąć. Wynajmują kobietę, która raz w miesiącu sprząta gruntownie. Znając jednak charakter mojego Ojca, za niedługo coś znajdzie takiego, że się z nią skłóci i nie będzie kto miał sprzątnąć. Na wiosnę raczej będą musieli nająć kogoś do koszenia. Na szczęście po zepsuciu się tego pieca pojawiła się myśl o sprzedaży/zamianie na jakieś mieszkanie w Krakowie. Ja myśl podłapałem i zacząłem drążyć. W tej chwili jestem na etapie, że we środę przychodzi gość z biura pośrednictwa zobaczyć to. Niemniej jednak mam świadomość, że będzie bardzo trudno sprzedać ten dom. Nadzieja jest raczej w samej działce. Ale jak nie wydarzy się jakiś cud, to pewnie potrwa to ze dwa, trzy lata. Myślałem nawet o kupnie rodzicom mieszkania do czasu sprzedaży tamtego, ale w Krakowie ceny są takie, że nie bardzo mnie stać. Konrad zaproponował, abym mu dołożył i kupiłby coś w Krakowie dla siebie. Rodziców wziąć do nas na dół. Ale, to byłaby większa katastrofa. Raczej nie przetrwalibyśmy tak nawet miesiąca. Nasze małżeństwo by się zapewne rozpadło, a życie zamieniło w piekło. Ojciec jak już wspomniałem jest skłócony ze wszystkim w promieniu 50 kilometrów. Z Basią przecież też, ba! ze swoim pierworodnym nawet. Nie, to nie ja. Jakiś taki inny jestem, jakby nie z rodziny. Zresztą jakby nie moje interwencje, do Konrada też już by się nie odzywał. Normalnie jak PIS, jak ma inne zdanie to wróg. No dobra, bo już chyba zbyt dużo napisałem. Szczególnie niepotrzebnie o tym PIS-ie. Jeszcze kto przeczyta i mnie zamkną. Ale po to jest ten blog, taka moja terapia. Ulżyło mi.

Komentarze

Ewa pisze…
To prawda, blogowanie to terapia, mnie też pomaga na moje smutki...
Samych dobrych słonecznych dni, pełnych miłości i radości Tobie i Basi życzę :)
Beskidnick pisze…
Dla rocznego dziecka godzina to 1/8760 część życia. Dla 50 latka to już 1/438000 jak w takiej odrobinie czasu pomieścić wszystko to co chciałk by się zrobić?

;)