Suszki

Znowu skoczyłem na głęboką wodę, czy też w przepaść jak to stwierdziłem przy okazji Himalajów. Tyle, że teraz zepchnąłem tam wpierw Basię. Wspominałem w poprzednim poście, że zastanawiam się nad pewną wycieczką/wyprawą ale nie na rowerach i to z Basią. Coś na miarę tegorocznej eskapady rowerowej. Tak tym razem na nartach… za kręgiem polarnym :) Zgłosiłem wstępną rezerwację i w poniedziałek wysyłam podpisane umowy. Wpłaciłem zaliczkę i w połowie marca 2019 lecimy do Tromso w Norwegii, potem przejeżdżamy busem do Finlandii. Stamtąd ruszamy już na nartach po słynnej Arctic Trail na terenie Käsivarsi Wilderness Area. To druga połowa zimy. Średnia temperatura marca -9 stopni. Ale temperatury mogą się wahać od -5 do -15. Oczywiście przy ładnej pogodzie. Jak będzie śnieżyca i wiatr, to odczuwalna może być dużo niższa. Cały swój dobytek ciągniemy przez sześć dni na saniach. Idziemy od jednej drewnianej chatki do drugiej. Zero prądu, zero łazienki. Woda z topionego śniegu. Myć się można co najwyżej tarzając w śniegu. Po przyjściu do chatki, trzeba samemu rozpalić w piecu. W nocy ustala się dyżury kto ma dokładać do pieca. Dzienne dystanse to około 20 kilometrów wędrówki. Przy okazji zdobywamy najwyższy szczyt Finlandii Halti.
Coś ponad 1300 metrów. Basia boi się, że tam zamarznie. Przygotowania już zacząłem. Suszę na potęgę owoce. Muszę zrobić też suszone mięso. Ale oczywiście kupimy zapas liofilizatów, takich gotowych dań. Nie będziemy też jakoś specjalnie wydziwiali. Zabierzemy zapas naszych rodzimych kabanosków. Po prostu nie można zabierać konserw, bo to trzeba wszystko taszczyć na saniach czy plecach. A bagaż w samolocie też jest ograniczony do 20 kg. W większości to będą ciepłe ubrania. Zorza polarna i te sprawy. Wszędzie pustka i tylko śnieg dookoła. Powiem szczerze, nad czym ubolewam, że już nie czuję takiej ekscytacji jak przy okazji Himalajów. Zdawałem sobie sprawę, że jak zaczniemy takie zabawy, to będzie jak narkotyk, za każdym razem trzeba będzie więcej. Basia ma fajnie, bo jest przerażona tą perspektywą. Zazdroszczę jej podniecenia tą sprawą. Urabiałem ją przez prawie dwa miesiące. Wreszcie jak wyczułem, że jest już skłonna się zgodzić. Postawiłem ją przed faktem. Zapisałem nas. Problem jaki tam widzę, to robienie zdjęć i filmowanie. Zabiorę co najmniej dwa powerbanki. ale na takich temperaturach prądu może nie wystarczyć na sześć dni. Z aparatem nie powinno być raczej problemu, mam cztery baterie do niego. Ale filmuję zawsze telefonem. Raczej będę miał go cały czas wyłączonego jedynie na czas marszu, aby sprawnie móc w każdej chwili wyjąć i filmować. To jednak około 8-10 godzin dziennie. Telefon do filmów sprawdza się idealnie. Ostatnie filmy są głównie robione z niego. Na oko ma lepszą jakość niż moja, owszem już cyfrowa z przed kilku lat kamera. Ponadto telefon jest wygodniejszy no i wiele w jednym. Aparatu jeszcze jednak nie przebije, choć ten ma już z 15 lat. Ale kamerę tak.

Do suszonych owoców kupiłem sobie taką tanią suszarkę elektryczną. Sprawdza się idealnie. Dodatkowo zakupiłem urządzenie do próżniowego pakowania. Działa genialnie. Wybrałem takie prawie najtańsze urządzenie. Byłem trochę sceptycznie nastawione, ale wysysa powietrze bardzo dokładnie. Owoce są w formie skompresowanej. Po prostu tak silnie wysysa powietrze, że owoce zostają ściśnięte. Można kupić dosłownie za parę złotych taki pięciometrowy rękaw foliowy. Tnie się go na kawałki i zgrzewa. To urządzenie automatycznie po wyssaniu powietrza zgrzewa folię. Miałem tylko problem z gruszkami. Są na tyle ostre po wysuszeniu, że czasami przebijają folię.

Komentarze

Ewa pisze…
Ech, Andrzeju, podziwiam Cię nieustannie, co nie znaczy, że zazdroszczę Basi takiego męża jakim Ty jesteś, bo mój jest również bardzo dobrym kompanem i największym moim wsparciem, z tą różnicą..., że to ja organizuję nasze wspólne wycieczki, co do reszty podobnie...
Marzec jeszcze daleko, ale przygotować się do takiej wyprawy trzeba wcześniej. Basi gratuluję odwagi, bo to nie łatwe przedsięwzięcie.
Pozdrawiam :)
Beskidnick pisze…
No, no... Imponujące.
Uważaj z Norwegami, są.nerwowi gdy przewozi się żywność (choć na naszą przymknęli oczy), jakieś przepisy epidemiologiczne, klituś bajduś, no ale są i można papu stracić i pieniądze na grzywnę. Choć myślę że są jakieś sposoby by to legalnie obejść.