Obok wycieczek rowerowych na jakiej byliśmy w tamtym roku z horyzontami. Szukaliśmy jakiejś pieszej po górach. Horyzonty oferują różne profile wycieczek. Są też właśnie takie, górskie. Wybór padł na Ukrainę. Częściowo z uwagi na niska cenę takiej wycieczki. Ukraina w ogóle jest jeszcze bardzo tania. Ostatni raz w Karpatach Ukraińskich byłem siedem lat temu na rowerze. Chciałem Basi pokazać surowość tych gór. Okazało się jednak, że przebywaliśmy w bardziej cywilizowanych i turystycznych rejonach Ukrainy. Takie organizowane wycieczki mają to do siebie, że o nic nie muszę się martwić. Wszędzie mnie zawiozą, poprowadzą, a nawet nakarmią. Pełen komfort. Naprawdę wypoczywam psychicznie. Wadą takich wycieczek jest zatrważająco niska kondycja fizyczna uczestników. W ogóle mam wrażenie, że kondycja fizyczna ogólnie większości osób, szczególnie w naszym wieku jest po prostu tragiczna. Wydawać by się mogło, że osoby, które decydują się na taki wyjazd będą obyte z górami i będą dysponować dobrą kondycją fizyczną. Tak jak na rowerowej, była część osób, która pozostawała ciągle daleko w tyle lub rezygnowała w ogóle z wejścia na szczyt. Choć powiedzmy szczerze te szczyty, to raczej takie większe pagórki.
Ale wracając do samej wycieczki. Ukraina nie jest łatwa w zorganizowaniu takiej wycieczki samemu. Po pierwsze, przejście graniczne. Trzeba się przygotować na kilkugodzinne oczekiwanie na wjazd czy wyjazd. Nie wiem jak na jakichś mniejszych przejściach, ja np w Ubla, gdzie przejeżdżałem rowerem nie miałem nigdy problemów i nie widziałem nigdy więcej niż trzy samochody. My przekroczyliśmy granicę w Użgorodzie. Wcześniej zatrzymywaliśmy się jeszcze na Słowacji w Bardejowie. Zdecydowana większość ludzi nie jest w stanie obejść się bez obiadu. Stąd ten postój. W zasadzie nie było co tam zwiedzać. Pomijając to, że ja po prostu nie lubię zwiedzać miast. Przez to do Użgorodu zajechaliśmy na wieczór, a to miasteczko było znacznie większe i atrakcyjniejsze, nawet odbywał się w nim jakiś koncert. Chętnie czas zmarnowany na Bardejów poświęciłbym w Użgorodzie. Tam przenocowaliśmy i nazajutrz rozpoczęła się przygoda. Naszym celem był ośrodek narciarski na Drogobrat. Świdowiec, nie da się tam dojechać zwykłym samochodem. Po prostu nie ma drogi. Zapakowano nas na ciężarówki i pojechaliśmy dziesięć kilometrów w góry. Jazda sama w sobie była nielada przygodą. Jak wjechaliśmy na górę, to aż syczało z chłodnic tych ciężarówek i dymiło się. Jakiś kilometr dalej i chyba by nie dały rady. Upał tego dnia był niemiłosierny. Rozpakowaliśmy się tylko i ruszyli w góry. Taka sobie lajtowa wycieczka na okoliczne pagórki. Nie osiągnęliśmy nawet dwóch tysięcy metrów. Ale piękne tereny, łatwe na rower. Zresztą trochę w tym celu wybrałem tą wycieczkę. Jako rekonesans rowerowy. Zeszliśmy koło wieczora. Na drugi dzień poszliśmy w tym samym kierunku, ale już z zamiarem znacznie dłuższej wycieczki. Bardzo w poprzednim i tym dniu przeszkadzało mi, że co dosłownie pół godziny, czy godzinę robimy postój, aż reszta się dowlecze. Zresztą robiliśmy też jeden długi, prawie godzinny postój, po którym mi już się nie chciało iść dalej. To nie nasza bajka. Jak idziemy, to idziemy. Dopóki nie wejdziemy na szczyt, tam dziesięć minut na zdjęcia i dalej na kolejny lub do domu. Ale po paru dniach można się przyzwyczaić. Przynajmniej mam wtedy swobodę w robieniu zdjęć. Dzisiejszy dzień przewalały się ciągle chmury przez połoniny. Poszliśmy na jeden szczyt, potem nad jeziorko i tam spotkaliśmy pasące się wolno konie. Po drodze jeszcze owce. To tereny pasterskie. Choć powoli i te uroki nawet na Ukrainie się kończą. Nad jeziorkiem właśnie spędziliśmy ponad godzinę, gdzie zaczął kropić deszcz. Potem jeszcze poszliśmy okrężną drogą na kolejny szczyt. Zaczęliśmy na niego wchodzić tyłem do zbierającej się burzy. Sto metrów przed szczytem zaczęło grzmieć. Po obejrzeniu się za siebie zrobiliśmy natychmiastowy odwrót. Trawersem zaczęliśmy schodzić. Ostatnie osoby jeszcze nawet nie zaczęły podchodzić na szczyt. Na dole dopadł nas deszcz. Ale było to prawie oberwanie chmury. Praktycznie wszyscy mieli peleryny. Ale buty przemokły w kilka sekund i ścieżka zamieniła się w rwący potok. Na szczęście burza poszła sobie w innym kierunku. Na kolejny dzień zjechaliśmy z Drogobratu znów szaloną jazdą w dół przy rzece. Tym razem prowadzący, był jakiś chłopiec niespełna szesnastoletni. Ale radził sobie doskonale. Przejechaliśmy tego dnia w stronę Gorganów i tam zaliczyliśmy jeden ze szczytów Chomiak, to taki przedsmak Gorganów. To była naprawdę fajna górska wycieczka po rumowisku skalnym. Prawie jak w Tatrach. Od teraz będziemy mieszkali cztery dni w innym miejscu w okolicach Worochty. Droga dojazdowa tam jest tragiczna. Stąd wszelkie dojazdy pod góry gdzie będziemy chodzić odbywają się znowu miejscowymi środkami transportu. Są to albo lokalne autobusy z wysokim podwoziem i dobrą twardą amortyzacją lub wręcz właśnie ciężarówki. Jedzie się albo wprost na pace, albo na takiej naczepie w formie busa. jak brakuje miejsc, to jest zawsze kilka taboretów. Trzeba się mocno trzymać burt, aby nie wypaść. Kolejny dzień to lajtowa wycieczka na Kostrzyce. Poza tym jednym dniem gdzie spotkał nas deszcz. Reszta dni to niesamowite upały i piękne niebo postrzępione pierzastymi chmurkami. Wreszcie w kolejnym dniu zdobywamy najwyższy szczyt Ukrainy Howerlę. Tu już sporo turystów. Niemalże jak u nas na Giewoncie (na którym nigdy nie byłem) I na ostatni górski dzień został nam Pop Ivan Niestety znowu z powodu grzmotów i zbliżającej się burzy, która jednak nie doszła. Zwróciliśmy kilkaset metrów od szczytu. Na kolejny dzień rano ruszyliśmy do Lwowa. Dotarliśmy tam po południu. Zwiedziliśmy cmentarz i trochę miasta. Na drugi, ostatni dzień zwiedziliśmy Lwów z przewodniczką. Ja nie lubię zwiedzać miast. Nie interesują mnie zabytki. Ale muszę przyznać, że Lwów jest bardzo ładny i zadziwiająco polski. W zasadzie wszędzie słychać jedynie polski język. Napisy po polsku i nawet msza w kościele po polsku. Naprawdę bardzo udana wycieczka. Poza aspektami górskimi, to i pobyt w tych wszystkich pensjonatach był bardzo przyjemny i miły. Wieczorami nawet graliśmy na gitarze i śpiewaliśmy popijając miejscowe piwo i nie tylko. Niesamowicie tanie arbuzy i melony. Szczególnie na wsiach wszystko za grosze. Piwo mają jednak niedobre. Ale np. kwas wyśmienity. Piliśmy go litrami. Obiad kosztował około 100 hrywien. Można było sobie za taką kwotę naprawdę dobrze pojeść. Trochę byłem jednak zawiedziony, bo to inna Ukraina niż ta, która pamiętam z okolic rowerowych. Tu już dotarła cywilizacja i zaczyna się wdzierać drzwiami i oknami. Na kwaterach mają nawet WiFi. A jeszcze jedno, pilot wycieczki dysponował niesamowitą wiedzą historyczna i geograficzną i potrafił profesjonalnie śpiewać i grać na gitarze.
Ale wracając do samej wycieczki. Ukraina nie jest łatwa w zorganizowaniu takiej wycieczki samemu. Po pierwsze, przejście graniczne. Trzeba się przygotować na kilkugodzinne oczekiwanie na wjazd czy wyjazd. Nie wiem jak na jakichś mniejszych przejściach, ja np w Ubla, gdzie przejeżdżałem rowerem nie miałem nigdy problemów i nie widziałem nigdy więcej niż trzy samochody. My przekroczyliśmy granicę w Użgorodzie. Wcześniej zatrzymywaliśmy się jeszcze na Słowacji w Bardejowie. Zdecydowana większość ludzi nie jest w stanie obejść się bez obiadu. Stąd ten postój. W zasadzie nie było co tam zwiedzać. Pomijając to, że ja po prostu nie lubię zwiedzać miast. Przez to do Użgorodu zajechaliśmy na wieczór, a to miasteczko było znacznie większe i atrakcyjniejsze, nawet odbywał się w nim jakiś koncert. Chętnie czas zmarnowany na Bardejów poświęciłbym w Użgorodzie. Tam przenocowaliśmy i nazajutrz rozpoczęła się przygoda. Naszym celem był ośrodek narciarski na Drogobrat. Świdowiec, nie da się tam dojechać zwykłym samochodem. Po prostu nie ma drogi. Zapakowano nas na ciężarówki i pojechaliśmy dziesięć kilometrów w góry. Jazda sama w sobie była nielada przygodą. Jak wjechaliśmy na górę, to aż syczało z chłodnic tych ciężarówek i dymiło się. Jakiś kilometr dalej i chyba by nie dały rady. Upał tego dnia był niemiłosierny. Rozpakowaliśmy się tylko i ruszyli w góry. Taka sobie lajtowa wycieczka na okoliczne pagórki. Nie osiągnęliśmy nawet dwóch tysięcy metrów. Ale piękne tereny, łatwe na rower. Zresztą trochę w tym celu wybrałem tą wycieczkę. Jako rekonesans rowerowy. Zeszliśmy koło wieczora. Na drugi dzień poszliśmy w tym samym kierunku, ale już z zamiarem znacznie dłuższej wycieczki. Bardzo w poprzednim i tym dniu przeszkadzało mi, że co dosłownie pół godziny, czy godzinę robimy postój, aż reszta się dowlecze. Zresztą robiliśmy też jeden długi, prawie godzinny postój, po którym mi już się nie chciało iść dalej. To nie nasza bajka. Jak idziemy, to idziemy. Dopóki nie wejdziemy na szczyt, tam dziesięć minut na zdjęcia i dalej na kolejny lub do domu. Ale po paru dniach można się przyzwyczaić. Przynajmniej mam wtedy swobodę w robieniu zdjęć. Dzisiejszy dzień przewalały się ciągle chmury przez połoniny. Poszliśmy na jeden szczyt, potem nad jeziorko i tam spotkaliśmy pasące się wolno konie. Po drodze jeszcze owce. To tereny pasterskie. Choć powoli i te uroki nawet na Ukrainie się kończą. Nad jeziorkiem właśnie spędziliśmy ponad godzinę, gdzie zaczął kropić deszcz. Potem jeszcze poszliśmy okrężną drogą na kolejny szczyt. Zaczęliśmy na niego wchodzić tyłem do zbierającej się burzy. Sto metrów przed szczytem zaczęło grzmieć. Po obejrzeniu się za siebie zrobiliśmy natychmiastowy odwrót. Trawersem zaczęliśmy schodzić. Ostatnie osoby jeszcze nawet nie zaczęły podchodzić na szczyt. Na dole dopadł nas deszcz. Ale było to prawie oberwanie chmury. Praktycznie wszyscy mieli peleryny. Ale buty przemokły w kilka sekund i ścieżka zamieniła się w rwący potok. Na szczęście burza poszła sobie w innym kierunku. Na kolejny dzień zjechaliśmy z Drogobratu znów szaloną jazdą w dół przy rzece. Tym razem prowadzący, był jakiś chłopiec niespełna szesnastoletni. Ale radził sobie doskonale. Przejechaliśmy tego dnia w stronę Gorganów i tam zaliczyliśmy jeden ze szczytów Chomiak, to taki przedsmak Gorganów. To była naprawdę fajna górska wycieczka po rumowisku skalnym. Prawie jak w Tatrach. Od teraz będziemy mieszkali cztery dni w innym miejscu w okolicach Worochty. Droga dojazdowa tam jest tragiczna. Stąd wszelkie dojazdy pod góry gdzie będziemy chodzić odbywają się znowu miejscowymi środkami transportu. Są to albo lokalne autobusy z wysokim podwoziem i dobrą twardą amortyzacją lub wręcz właśnie ciężarówki. Jedzie się albo wprost na pace, albo na takiej naczepie w formie busa. jak brakuje miejsc, to jest zawsze kilka taboretów. Trzeba się mocno trzymać burt, aby nie wypaść. Kolejny dzień to lajtowa wycieczka na Kostrzyce. Poza tym jednym dniem gdzie spotkał nas deszcz. Reszta dni to niesamowite upały i piękne niebo postrzępione pierzastymi chmurkami. Wreszcie w kolejnym dniu zdobywamy najwyższy szczyt Ukrainy Howerlę. Tu już sporo turystów. Niemalże jak u nas na Giewoncie (na którym nigdy nie byłem) I na ostatni górski dzień został nam Pop Ivan Niestety znowu z powodu grzmotów i zbliżającej się burzy, która jednak nie doszła. Zwróciliśmy kilkaset metrów od szczytu. Na kolejny dzień rano ruszyliśmy do Lwowa. Dotarliśmy tam po południu. Zwiedziliśmy cmentarz i trochę miasta. Na drugi, ostatni dzień zwiedziliśmy Lwów z przewodniczką. Ja nie lubię zwiedzać miast. Nie interesują mnie zabytki. Ale muszę przyznać, że Lwów jest bardzo ładny i zadziwiająco polski. W zasadzie wszędzie słychać jedynie polski język. Napisy po polsku i nawet msza w kościele po polsku. Naprawdę bardzo udana wycieczka. Poza aspektami górskimi, to i pobyt w tych wszystkich pensjonatach był bardzo przyjemny i miły. Wieczorami nawet graliśmy na gitarze i śpiewaliśmy popijając miejscowe piwo i nie tylko. Niesamowicie tanie arbuzy i melony. Szczególnie na wsiach wszystko za grosze. Piwo mają jednak niedobre. Ale np. kwas wyśmienity. Piliśmy go litrami. Obiad kosztował około 100 hrywien. Można było sobie za taką kwotę naprawdę dobrze pojeść. Trochę byłem jednak zawiedziony, bo to inna Ukraina niż ta, która pamiętam z okolic rowerowych. Tu już dotarła cywilizacja i zaczyna się wdzierać drzwiami i oknami. Na kwaterach mają nawet WiFi. A jeszcze jedno, pilot wycieczki dysponował niesamowitą wiedzą historyczna i geograficzną i potrafił profesjonalnie śpiewać i grać na gitarze.
![]() |
| Więcej w Ukraina pieszo 2018 |





Komentarze
Na Ukrainie byłem dawno, dawno temu na kilkudniowym trekkingu (doszliśmy aż do granicy z Rumunią), było dziko, pięknie i wszystko nieśliśmy na plecach. Przewodnikiem był Ukrainiec, pogranicznik emerytowany, świetnie znał teren i... lokalne stosunki!
Nie byłeś na Giewoncie?
Wstyd! Straszny wstyd!
Się przyznać ale ja też i jakoś mnie nie ciągnie ;)
Nie lubię wyjazdów zorganizowanych, w grupie, ale są miejsca, w które lepiej tak jechać. Tęskni mi się za Bieszczadami, ale nie przewiduję, niestety, żadnego wypadu; nie czas, nie sytuacja, nie kondycja:(