To jedno z tych marzeń: “Kim chcesz zostać syneczku jak dorośniesz” - “kosmonautą mamusiu” Tak było i z tym. Jak pierwszy raz gdzieś usłyszałem, czy zobaczyłem zdjęcia, że ktoś pojechał na rowerze przez Himalaje. Pomyślałem - kosmos. Gdzieś tam w sennych marzeniach jawiło mi się jak to ja jadę. Ale wiadomo, że marzyć warto. Przez chwilę marzeń człowiekowi wydaje się, że to robi, a potem czar pryska. Potem marzenie zaczynało coraz bardziej doskwierać. Może jednak jest to w moim zasięgu. Coraz więcej zacząłem na ten temat czytać. Oglądać filmy, zdjęcia. Zacząłem dostrzegać, że to nie żadne cyborgi. To ludzie jak ja, no może trochę młodsi. Dobra, dużo młodsi. Jak nie zrobię tego teraz, już nigdy nie zrobię. Ta myśl była podszyta strachem. Przegapisz swoją szansę. Marzenie stawało się coraz bardziej realne i nachalne. Trafiałem na oferty w sieci, mniej lub bardziej zorganizowane wyjazdy. Wystarczyło kliknąć, zadzwonić, wysłać zgłoszenie.
Należę do ludzi, którzy planują, marzą i często nagle skaczą w przepaść. Ostatni remont całego piętra zacząłem podobnie. Wziąłem pięciokilowy młot i walnąłem w ścianę. Zrobiłem dziurę i nie było już odwrotu. Wystarczył jeden wieczór, aby pozbawić się możliwości wycofania się. Tak samo tutaj. Wykręciłem numer, pogadałem, zadeklarowałem. Zrobiłem przelew zaliczki i nie było już odwrotu. Rano przyszła panika. Matko Boska, co ja zrobiłem. Dotarło do mnie, że będę musiał tam pojechać. Do Nepalu jakieś 7 tyś kilometrów stąd. Będzie trudno, zimno, mokro, brudno i daleko do domu. Mama nie pomoże! O matko! Przecież ja tam zginę. Zostawią mnie samego w Nepalu. Nie dam radę, nie nadążę. Trochę się uspokoiłem. To dopiero za trzy miesiące. Może problem sam się jakoś rozwiąże. Postanowiłem nikomu nie mówić. Basi powiedziałem dopiero po tygodniu od wpłacenia zaliczki. Bałem się komukolwiek powiedzieć, bo wtedy nie będę mógł się już wycofać. Jak wszystkim rozpowiem, a nie pojadę, wyjdę na idiotę. Ponadto było to tak nierealne, że byłem przekonany, że i tak nigdzie nie pojadę. Po jakimś czasie powiedziałem koleżance kawowej i koledze śniadaniowemu, aby pozbyć się trochę stresu. Ulżyło. Na miesiąc przed, znowu pojawiło się napięcie. Wyprawa miała zostać oficjalnie potwierdzona, a tu nic. Wpłaciłem kolejną zaliczkę i nic, nawet potwierdzenie nie przyszło. Wreszcie pojawiła się informacja. Termin przesuwamy na prawie dwa tygodnie wcześniej. Dokładnie w wielki czwartek jedziemy.
Pierwszy raz w życiu nie będę na święta w domu. Pognałem na dworzec kupić bilety do Warszawy. Stamtąd lecimy. Na szczęście nie z Berlina, bo taka była opcja. Na tydzień przed wyjazdem w messengerze FB pojawiła się grupa wyjazdowa. Jedziemy w pięć osób, łącznie z przewodnikiem. Od razu zacząłem przeglądać profile. No pięknie młodzi ludzie, ja stary pierdzioch. Dwie dziewczyny, ale to jakieś wymiataczki. Jakieś maratony, jakieś wspinaczki w górach. No przecież ja tam umrę, a nie dam im rady. Gdzieś tam doczytałem, czy w rozmowie usłyszałem. Że pilot, to jedzie przodem, rysuje strzałki kredą na trasie i radź sobie sam. Zresztą już na wyprawie na moje pytanie, "a jak nie dam rady wejść na tą przełęcz?" - "No to wracasz tą samą drogą. Zjedziesz w dwa dni do Pokhary i tam zaczekasz" Na grupie pojawiła się wątpliwość, że zima w himalajach w tym roku nie odpuszcza. Na przełęczy śnieg i mróz. Nie ma szans przejechać w tym terminie. Przekładamy na październik, albo czekamy jeszcze tydzień i sprawdzamy pogodę. Wszyscy jednogłośnie uznali, że październik odpada, czekamy tydzień i zobaczymy co będzie. Ostatecznie przełożyliśmy wyjazd o tydzień. Dzień "zero" zbliżał się nieuchronnie. Zmieniłem bilety na inny termin. Na kilka dni przed wyjazdem pojawiła się informacja, że zabierzemy się samochodem z Krakowa. Oddałem bilety ze stratą 15%. Ale to pikuś. Wolę samochodem. Na dzień przed wyjazdem informacja, że raczej na pewno nie zmieścimy się wszyscy do samochodu i ktoś będzie musiał pojechać pociągiem. No ja cię pie… Zacząłem trochę się martwić o organizację i profesjonalizm. W końcu przyjechałem w umówione miejsce na dworzec w Krakowie. 6:00 o ile pamiętam pociąg do Warszawy jest 6:40. Przewodnika ni słychu ni widu. Okazuje się, że wszyscy to grupa znajomych łącznie z przewodnikiem. Ja tylko obcy w obcym kraju. Nic to, w sumie ja się dobrze bawię we własnym towarzystwie. Byłem i tak na tyle ciężko przestraszony, że było mi już wszystko jedno. Wreszcie pilot dał znać, że jednak wepchniemy się wszyscy. Przyjechał z godzinę po umówionej. Przez chwilę wydawało się, że jednak się nie upchniemy. Ale jakoś się dało i ruszyliśmy.
Do Warszawy dotarliśmy sprawnie, samolot prawie cały Polaków, Polska załoga w większości. Lot trochę się dłużył, ale ciągle jakieś napoje, przekąski, obiad. Ponadto na każdym fotelu monitor. Wielki wybór filmów. A można też śledzić lot. Nawet podgląd z dwóch kamer, jedna na dziobie, druga pod brzuchem. Fajnie można śledzić start i lądowanie.
Do Dubaju dolecieliśmy w nocy. Na zatoce widać pełno oświetlonych statków. Dubaj jest ogromny, od pierwszych świateł mija jeszcze co najmniej pół godziny lotu. Oświetlone autostrady ciągną się po horyzont. Pięknie to wygląda. W końcu lądujemy. Lot do Nepalu za kilka godzin. Jedziemy autobusem. Z jednego terminala do drugiego kilkadziesiąt minut. Lotnisko ogromne. Tym razem malutki samolocik w porównaniu z tamtym.
Tu już widać zupełnie inny ludzie. Ciemniejsza karnacja, wzrostem nam nie dorównują. Zaczyna się egzotyka. W Katmandu lądujemy coś około 12:00 Autobusik przewozi nas dosłownie kilkaset metrów do terminalu. Mogliśmy przejść na nogach. Zawiedziony pogodą. Zachmurzone, ale ciepło. W Dubaju w nocy było coś koło 25. Tu też grubo ponad 20. Od razu załatwienia wizowe. Wpierw wyklikuje jakieś bzdury na automacie. Podaje jakiś fikcyjny hotel w którym mam się niby w Katmandu zatrzymać. Podaje jakąś ulicę z Krakowa. Płacimy po 25 dolarów. Idziemy do oficera imigracyjnego. Wpierw po dwie osoby na raz, podaliśmy paszporty i wizy. Na wizie trzy płcie: Male, female i other, teraz pojedynczo. Urzędnik przygląda mi się kilka razy, w końcu oddaje paszport i wizę. Mogę wejść na teren Nepalu. Teraz dopiero widzę, że mam paszport Karoliny i swoją wizę. Ona odwrotnie. No owszem też ma krótkie włosy, ale żebyśmy byli podobni to raczej nie. Wreszcie mamy wszystko. Wywozimy bagaże z lotniska i od razu organizujemy jakiegoś dżipa. Pakujemy rowery na dach my pakujemy się do dżipa. Trochę ciasno. Jedna osoba do bagażnika w poprzek. Za to ma widoki przez tylną szybę.
Ruszamy w niesamowitym korku przez Katmandu. Pył, smród i gorąco. Za oknem przemyka jakieś stado małp. Po jakiejś godzinie wyjeżdżamy z miasta. Drogi fatalne. Nawet w Katmandu jakieś resztki asfaltu. Jedziemy i dojechać nie możemy. Nieustanne trąbienie i mijanie w taki sposób, że u nas by za to zamknęli. Po drodze zatrzymujemy się na siku i picie. No kibelki to tu są takie, że z zamkniętymi oczyma i zatkanym nosem i jak najszybciej uciekać. W końcu wieczorem dojeżdżamy do Pokhary. Hotel całkiem, całkiem. Jest prąd i ciepła woda, nawet europejski kibelek. Rozpakowujemy się i ruszamy w miasto pozałatwiać pozwolenie na wejście w rejon Annapurny i miejscową kartę telefoniczną. Do wykorzystania 3GB Ciekawe czy będzie możliwość. Trzeba coś też przekąsić. Wymieniam 200 dolarów na trochę ponad 21 tysięcy. Tu podobno średni miesięczny zarobek to około 600 zł. Mam na wszelki wypadek jeszcze stówę w zapasie. Wyżej może być drożej. Tu na dole woda 30 rupii. Na kolacje wydaje coś koło 5 stówek. Pierożki mo-mo i jakaś zupka. O dziwo po mojej nerwicy żołądkowej ani śladu. Wciągam jedzenie w pięć minut i jeszcze mi się chce. Ale przede wszystkim dopoić się na maksa. W podróży bardzo mało piłem. Muszę wypić co najmniej dwa litry. I na jutro przygotować dwa bidony. Śpię bez problemu. Rano w hotelu śniadanie. Bardzo dobre, ale raczej europejskie. Składamy rowery. Mój na szczęście cały i zdrowy. Niestety Stefa ma skrzywioną przerzutkę. Jakiś miejscowy, hotelowy "złota rączka" fachowo ją prostuje. Rowery sprawne, możemy wreszcie ruszać. No i się zaczęło. Nie ma odwrotu. Jakieś pięć kilometrów jedziemy przez miasto. Trzeba mieć oczy naokoło głowy. Nie dość, że ruch odwrotny, to jeszcze nie obowiązują żadne przepisy poza klaksonem. A my klaksonów nie mamy. Samochody i motorki jeżdżą we wszystkie strony. Nikt migacza nie używa. Na szczęście skręcamy w jakąś boczną uliczkę i zaczyna się pierwszy podjazd. A słońce praży. Jeszcze jest asfalt, nie jest tak źle. Okazuje się, że coś mi się dzieje z tylną przerzutką. Mogę tylko na największym trybie, czyli najlżej pedałować, albo dopiero o dwie niżej. Czyli pomiędzy tymi nie mam dostępu. A ten zakres pod górkę najbardziej się przydaje. Czyli muszę pod górkę cisnąć, albo kręcić prawie w miejscu. To niedobrze.
Ciężko tak zrobić jakiś większy podjazd. Ale nie wymiękam, staram się trzymać zaraz za przewodnikiem aby nie zostać w tym Nepalu i się nie zgubić. Asfalt się kończy i zaczyna się podjazd o którym Maciek mówi, że w tamtym roku wymiękł na nim i na drugi dzień pojechał busem. Dziwne, bo jak na razie dla mnie niczym to się nie różni od naszych rodzimych górek. Na razie mimo kłopotów z przerzutką nie narzekam. Dojeżdżamy do jakiegoś wodospadu i moczymy nogi. Wreszcie robię trochę zdjęć. Spod wodospadu wszyscy ruszają z buta.
Owszem jest stromo. Jednak zaraz się trochę wypłaszcza. Wsiadam więc i zaczynam podjeżdżać. W sumie wiem, że i tak dziś czekają mnie skurcze. Zawsze tak jest po długiej nie-jeździe i potem na pierwszej trasie ponad 50 kilometrów. To nieuniknione. Zawsze tak mam choćbym nie wiem co robił. Wykorzystuję to, że inni prowadzą i cisnę pod górę aby na przewyższeniu porobić ekipie zdjęcia. Będzie widać trud trasy. Podjeżdżamy pod sklepik i odpoczywamy.
Teraz jazda w dół. Na dole w jakiejś miejscowości znowu stajemy, banany, napoje. Za wioską znowu asfalcik, a ja czuję, że skurcze coraz bliżej. Nie ma się co bronić. Atak przychodzi znienacka. Wszystkie po kolei. Od góry do dołu. Dziesięć minut muszę się pomęczyć. Ból niesamowity, ale trzeba przeżyć. Miejscowi pomagają. Nawet pojawił się jakiś gość z zamrażaczem. Pomaga. Po dziesięciu minutach daję radę jakoś wsiąść na rower i ostrożnie ruszam dalej. Po drodze mijam Maćka. Też dopadły go skurcze, Tylko dziewczyny dają radę. Ten etap należy do nich. Już widzę, że nie mam się o co martwić. Lisek, piąty tajemniczy uczestnik. Jedzie sobie swoim tempem. Z Poznania, tam nie ma gór. Chłopak nie bardzo ma gdzie poćwiczyć podjazdy. Zresztą on dojeżdża ostatni, chyba dlatego, że robi wszędzie masę zdjęć. To dobrze, będzie od kogo ściągnąć fotki. Na dziś po prawie 80 km i po ponad półtorej kilometra podjazdach zjeżdżamy na zasłużony odpoczynek. Tu już na kwaterze warunki Nepalskie. Prąd kilkakrotnie wyłączają, ale wszystkie gadżety udaje się naładować.
No i tego się obawialiśmy, leje jak z cebra. Od samego rana. W nocy też padało. Nic to, trzeba jechać. Zakładamy co kto ma nieprzemakalnego i ruszamy w trasę. Nie można odpuścić żadnego dnia. Na szczęście zaraz za miasteczkiem przestaje padać, choć przez chwilę jedziemy prawie przez potok. Wyjeżdżamy za miasteczko i od razu droga robi się bardzo terenowa, na dodatek błotnista i mokra. Oj dziś to będzie hardkor.
Pierwszy na trasie wiszący most. Mimo mokrej metalowej nawierzchni ostrożnie go przejeżdżam. Dziś jest bardzo terenowo i bardzo stromo. Wpychamy rowery na jakąś wielką górę, aby zaraz potem z niej zjechać. To pieszy szlak wokół Annapurny. Rowerami jedzie się inną drogą. Ale nasz przewodnik dziś wymyślił, że zweryfikujemy ten przejazd. No tośmy zweryfikowali. Nie bardzo da się jechać pod górę. Za to zjazd jest niezły, oczywiście jako MTB. Wspinamy się coraz wyżej i coraz bardziej urokliwe widoki.
Droga trochę się polepsza. Ale jak ktoś chciałby sobie tu luźno pojeździć, to nic z tego. Każdy podjazd, to walka z terenem. Zresztą prosta czy zjazd też bardzo techniczne. Wiele przejazdów przez strumienie, całe buty mam mokre. Wreszcie po raptem trzydziestu paru kilometrach docieramy na kwaterę. Oj dziś chyba spania nie będzie. Za oknem huczący wodospad. Jednak jesteśmy na tyle zmęczeni, że zasypiamy jak tylko robi się ciemno. Zresztą z prądem znowu krucho. A przysznico-kibelek, owszem jest. Ale z zimną wodą na brudnej betonowej posadzce.
Pogoda w kratkę. Dziś piękne słońce dla odmiany. I dziś przepiękna ścieżka trawersująca głęboki wąwóz skalny. Cały prawie czas wzdłuż rzeki płynącej dnem wąwozu. Wjeżdżamy powoli w wysokie góry. Zatrzymujemy się po drodze na posiłek regeneracyjny. Tu atrakcja, murek z dwoma kranikami i cały koszyczek szczoteczek do zębów. Po posiłku można zadbać o higienę, do wyboru do koloru :) Mijamy liczne wodospady i strumienie zasilające główną rzekę,
a przepływające przez naszą ścieżkę. Pniemy się coraz wyżej i oglądamy coraz piękniejsze góry. W pewnym momencie spotykamy ekipę rowerzystów z Polski zjeżdżających w odwrotnym kierunku. Im się nie udało. Mieli pecha i trafili na opady śniegu na przełęczy. W takich warunkach z rowerami nie mieli szans. Wreszcie docieramy do jakiejś wioski i tam szukamy noclegu. Znajdujemy na zboczu bardzo ładny zadbany hotelik. oczywiście warunki sanitarne nepalskie. Z prądem w kratkę, ale póki co udaje mi się co dzień podładować wszelkie gadżety. Na razie nie korzystałem z powerbanków. Mamy dziś sporo czasu więc idziemy jeszcze przejść się po wsi. Trafiamy na sklepik i tam pierwszy raz chyba mamy czas na integrację z piwem i nawet wódką.
Muszę przyznać, że pierwszy raz od czasów Telpodowskich, jeszcze w socjalizmie gdzie zmuszono mnie do wypicia wódki na czyjeś imieniny. Takiej czystej z kieliszka. Tu na wyprawie piję nawet z butelki. Po trzydziestu latach od ostatniego razu. To wszystko ze strachu przed sraczką. W celu odkażenia. Parę małych łyczków z butelki. Tu można kupić takie 250 ml Ruslan wodka. Aż tak bardzo jak w Telpodzie mnie nie odrzuca. Nie mam skurczu krtani i posmaku karbidu. Może po prostu wydoroślałem :) Potem idziemy na obiado-kolację do naszego hoteliku. Trzy kobiety i jedna dziewczynka, na piecu opalanym drewnem przygotowują średnio po trzy różne dania dla pięciu osób. Po niespełna godzinie, nagle wszystko na raz podają. Niesamowita sprawność. Nie dość, że mogliśmy cały proces obserwować, to jeszcze wybornie smakuje. W ogóle jem tu wszystkie możliwe miejscowe dania i muszę przyznać, że dawno tak smacznie nie jadałem.
Oczywiście to też zasługa codziennego wysiłku. Jestem po prostu bardzo głodny. Ale to proste jedzenie jest bardzo smaczne i zdrowe. Wieczorem z tarasu hotelu cykam parę zdjęć i potem to samo o wschodzie słońca. No i znowu trzeba ruszać. Dziś już jesteśmy grubo ponad 2000 metrów. Na razie nic mi nie jest, ani z uwagi na zatrucia, ani z uwagi na wysokość, czy ogólne zmęczenie.
Już wiemy, że nie możemy sobie pozwolić na dzień odpoczynku. W ogóle to co było napisane w programie wyprawy, rozmija się trochę z rzeczywistością. Kilometraż, przewyższenia i zwiedzanie. Na to ostatnie, to my sami nie bardzo mamy chęć i czas. Świadomie, acz trochę z buntem rezygnujemy z dnia aklimatyzacji. Bierzemy przełęcz szturmem. Zdajemy sobie sprawę, że jeśli zrobimy dzień aklimatyzacyjny, to trafimy idealnie w załamanie pogody i opady śniegu. Wtedy nie przejdziemy przełęczy. Ruszamy z tej pięknej wioseczki i trochę zjeżdżamy, ale głównie pniemy się dziś w górę. Znowu malowniczym wąwozem nad rzeką. Potem trafiamy w rejon bardziej cywilizowany. Znacznie więcej pieszych turystów. Nawet mijam Polską wycieczkę. Miło usłyszeć rodzimy język. Jedziemy niesamowitym trawersem z urwiskiem nad rzeką. Potem wjeżdżamy w naprawdę wysokie góry. Monumentalna lita ściana. Ma chyba z kilometr. Jest niesamowita.
Tak gładka, że można by z niej zjechać na rowerze, albo na nartach po śniegu. Przebijamy się przez ostatnie zarośla i otwiera się ogromna przestrzeń już otoczona ośnieżonymi gigantami. Robi wrażenie. Znowu jakiś przejazd przez strumień. Na ostatnim metrze wpadam do wody. Znowu mokre buty. Zatrzymujemy się na jakiś posiłek, ja jem zupkę i cukier w płynie (fanta) Nie wiem co w tej zupce było, ale dostaję takiego przyspieszenia, że dziś do miejscowości aklimatyzacyjnej docieram jakieś piętnaście minut przed wszystkimi. Spotykam naszych szerpów. Tak, mamy wynajętych szerpów. Musimy mieć ubrania na każdą porę roku. Śpiwór. Jeden szerpa na dwie osoby. Szerpa zabiera 18 km na plecy. Oczywiście oni organizują sobie jakiś transport. Tak naprawdę przechodzą tylko przełęcz. Zresztą w miarę zdobywania wysokości im ubywa, nam przybywa, bo jest coraz chłodniej. Szerpa prowadzi mnie do hotelu, gdzie zostawiam rzeczy, ogarniam się trochę i wychodzę na zewnątrz zrobić zdjęcia nadjeżdżającej ekipie. W tej miejscowości dużo turystów. Ale to taka trochę kamienna pustynia. Jesteśmy na wysokości 3700 metrów. Na razie nic nie czuję.
Nawet głowa mnie nie boli, aczkolwiek mam wrażenie, że cały czas mam zadyszkę. Wystarczy wejść po schodach. Decydujemy się też na zwiedzenie świątyni na wzgórzu. Wchodzimy co najmniej 200 metrów w pionie. Ciężko, ale daję radę. Warto. Widoki niesamowite na całą dolinę i okoliczne góry. Tatry wymiękają. Chyba zmieściłyby się w tej dolinie całe i nie wystawałyby. Zwiedzamy też wioskę i zaprzyjaźniamy się z Yakiem. Zarówno z żywym jak i z martwym. Stek kosztuje 600 rupi, ale nie odmawiam sobie. Woda kosztuje tu już 150. Trzeba się jednak dobrze nawodnić.
Jutro ruszamy na pierwszy etap wspinaczki.
Z rana jedziemy jeszcze do piekarni na drożdżówkę i ruszamy w góry do pierwszej bazy pod przełęczą. Tu po przejechaniu wioski kończy się zabawa. Koniec jazdy. Głównie prowadzimy rowery. Dziś mamy zaledwie 15 km do pokonania. Ale w pionie z 3700 na 4540. Na takiej wysokości jest baza w której śpimy przed zdobyciem przełęczy. Wreszcie przekraczamy magiczne 4000 metrów. Z każdym krokiem trudniej oddychać. Krajobraz księżycowy. Tylko kamienie. Trawersujemy zbocza wąskimi ścieżkami. W dole osuwisko na kilkaset metrów. W pewnym momencie okazuje się, że trzeba zjechać o jakieś 100 metrów w dół na wiszący most. Przekroczyć rzekę i znowu się wspiąć.
Są dwie drogi. Lisek wybiera wiszący most, reszta decyduje się w naszym mniemaniu na łatwiejszą drogę. Zaraz jednak okazuje się, że strzeliliśmy sobie w kolano. Zjeżdżamy jeszcze niżej. Na drewniany mostek i teraz pniemy się strasznie stromymi serpentynami w górę. Wściekli i bliscy płaczu. Jakoś wreszcie osiągamy tą samą wysokość jaką idzie ta druga ścieżka i na oparach docieramy do base campu. To już wysokość 4500 metrów. Zła wiadomość jest taka, że ja spanie mam na górnym poziomie, po schodkach. Nie jest łatwo wejść na tę parę schodków. Na domiar złego śpię przy kibelku w blaszanym pokoiku dwa metry na półtorej. W nocy temperatura spada do -5 stopni. Jest też na tym poziomie prysznic, ale chyba nikt nie skorzysta. Jest zimno, a jak robi się ciemno, wręcz lodowato. Mam już trzy warstwy ubrań na sobie, śpiwór do spania i koce. Zabieramy też trekingowe buty. Resztę, niewiele tego, oddajemy szerpom. Oni ruszają o trzeciej w nocy, my około szóstej. Jeden z szerpów ma problemy z wysokością. Tu już nie oddycha się normalnie. Nie wyobrażam sobie co będzie jutro. Aczkolwiek jestem w bardzo dobrej formie i samopoczucie dopisuje. Na kolacji, trochę z nerwów. Nie bardzo mogę jeść. Na śniadanie zamawiam cztery jajka. Taki zapas energii powinien starczyć na przełęcz. Kładziemy się spać. Wsadzam głowę w śpiwór, ale nie mogę tak oddychać. Śpię fatalnie. Kilka razy budzę się w poczuciu, że się duszę. Siadam na łóżku. Przez kilka minut usiłuję opanować panikę i chęć wołania o pomoc. Widziałem butle z tlenem w jadalni. Teraz rozumiem ludzi, którzy wchodzą na ponad osiem tysięcy metrów. Ja jestem zaledwie w połowie drogi. Jakoś udaje mi się zapanować nad oddechem. Zmuszam się do oddychania przez nos, uspokajam serce i powoli się kładę. Każdy gwałtowniejszy ruch znowu wywołuje zadyszkę. Nawet jak próbuję się obrócić na drugi bok. Byle dotrwać do rana...
Należę do ludzi, którzy planują, marzą i często nagle skaczą w przepaść. Ostatni remont całego piętra zacząłem podobnie. Wziąłem pięciokilowy młot i walnąłem w ścianę. Zrobiłem dziurę i nie było już odwrotu. Wystarczył jeden wieczór, aby pozbawić się możliwości wycofania się. Tak samo tutaj. Wykręciłem numer, pogadałem, zadeklarowałem. Zrobiłem przelew zaliczki i nie było już odwrotu. Rano przyszła panika. Matko Boska, co ja zrobiłem. Dotarło do mnie, że będę musiał tam pojechać. Do Nepalu jakieś 7 tyś kilometrów stąd. Będzie trudno, zimno, mokro, brudno i daleko do domu. Mama nie pomoże! O matko! Przecież ja tam zginę. Zostawią mnie samego w Nepalu. Nie dam radę, nie nadążę. Trochę się uspokoiłem. To dopiero za trzy miesiące. Może problem sam się jakoś rozwiąże. Postanowiłem nikomu nie mówić. Basi powiedziałem dopiero po tygodniu od wpłacenia zaliczki. Bałem się komukolwiek powiedzieć, bo wtedy nie będę mógł się już wycofać. Jak wszystkim rozpowiem, a nie pojadę, wyjdę na idiotę. Ponadto było to tak nierealne, że byłem przekonany, że i tak nigdzie nie pojadę. Po jakimś czasie powiedziałem koleżance kawowej i koledze śniadaniowemu, aby pozbyć się trochę stresu. Ulżyło. Na miesiąc przed, znowu pojawiło się napięcie. Wyprawa miała zostać oficjalnie potwierdzona, a tu nic. Wpłaciłem kolejną zaliczkę i nic, nawet potwierdzenie nie przyszło. Wreszcie pojawiła się informacja. Termin przesuwamy na prawie dwa tygodnie wcześniej. Dokładnie w wielki czwartek jedziemy.
Pierwszy raz w życiu nie będę na święta w domu. Pognałem na dworzec kupić bilety do Warszawy. Stamtąd lecimy. Na szczęście nie z Berlina, bo taka była opcja. Na tydzień przed wyjazdem w messengerze FB pojawiła się grupa wyjazdowa. Jedziemy w pięć osób, łącznie z przewodnikiem. Od razu zacząłem przeglądać profile. No pięknie młodzi ludzie, ja stary pierdzioch. Dwie dziewczyny, ale to jakieś wymiataczki. Jakieś maratony, jakieś wspinaczki w górach. No przecież ja tam umrę, a nie dam im rady. Gdzieś tam doczytałem, czy w rozmowie usłyszałem. Że pilot, to jedzie przodem, rysuje strzałki kredą na trasie i radź sobie sam. Zresztą już na wyprawie na moje pytanie, "a jak nie dam rady wejść na tą przełęcz?" - "No to wracasz tą samą drogą. Zjedziesz w dwa dni do Pokhary i tam zaczekasz" Na grupie pojawiła się wątpliwość, że zima w himalajach w tym roku nie odpuszcza. Na przełęczy śnieg i mróz. Nie ma szans przejechać w tym terminie. Przekładamy na październik, albo czekamy jeszcze tydzień i sprawdzamy pogodę. Wszyscy jednogłośnie uznali, że październik odpada, czekamy tydzień i zobaczymy co będzie. Ostatecznie przełożyliśmy wyjazd o tydzień. Dzień "zero" zbliżał się nieuchronnie. Zmieniłem bilety na inny termin. Na kilka dni przed wyjazdem pojawiła się informacja, że zabierzemy się samochodem z Krakowa. Oddałem bilety ze stratą 15%. Ale to pikuś. Wolę samochodem. Na dzień przed wyjazdem informacja, że raczej na pewno nie zmieścimy się wszyscy do samochodu i ktoś będzie musiał pojechać pociągiem. No ja cię pie… Zacząłem trochę się martwić o organizację i profesjonalizm. W końcu przyjechałem w umówione miejsce na dworzec w Krakowie. 6:00 o ile pamiętam pociąg do Warszawy jest 6:40. Przewodnika ni słychu ni widu. Okazuje się, że wszyscy to grupa znajomych łącznie z przewodnikiem. Ja tylko obcy w obcym kraju. Nic to, w sumie ja się dobrze bawię we własnym towarzystwie. Byłem i tak na tyle ciężko przestraszony, że było mi już wszystko jedno. Wreszcie pilot dał znać, że jednak wepchniemy się wszyscy. Przyjechał z godzinę po umówionej. Przez chwilę wydawało się, że jednak się nie upchniemy. Ale jakoś się dało i ruszyliśmy.
Do Warszawy dotarliśmy sprawnie, samolot prawie cały Polaków, Polska załoga w większości. Lot trochę się dłużył, ale ciągle jakieś napoje, przekąski, obiad. Ponadto na każdym fotelu monitor. Wielki wybór filmów. A można też śledzić lot. Nawet podgląd z dwóch kamer, jedna na dziobie, druga pod brzuchem. Fajnie można śledzić start i lądowanie.
Do Dubaju dolecieliśmy w nocy. Na zatoce widać pełno oświetlonych statków. Dubaj jest ogromny, od pierwszych świateł mija jeszcze co najmniej pół godziny lotu. Oświetlone autostrady ciągną się po horyzont. Pięknie to wygląda. W końcu lądujemy. Lot do Nepalu za kilka godzin. Jedziemy autobusem. Z jednego terminala do drugiego kilkadziesiąt minut. Lotnisko ogromne. Tym razem malutki samolocik w porównaniu z tamtym.
Tu już widać zupełnie inny ludzie. Ciemniejsza karnacja, wzrostem nam nie dorównują. Zaczyna się egzotyka. W Katmandu lądujemy coś około 12:00 Autobusik przewozi nas dosłownie kilkaset metrów do terminalu. Mogliśmy przejść na nogach. Zawiedziony pogodą. Zachmurzone, ale ciepło. W Dubaju w nocy było coś koło 25. Tu też grubo ponad 20. Od razu załatwienia wizowe. Wpierw wyklikuje jakieś bzdury na automacie. Podaje jakiś fikcyjny hotel w którym mam się niby w Katmandu zatrzymać. Podaje jakąś ulicę z Krakowa. Płacimy po 25 dolarów. Idziemy do oficera imigracyjnego. Wpierw po dwie osoby na raz, podaliśmy paszporty i wizy. Na wizie trzy płcie: Male, female i other, teraz pojedynczo. Urzędnik przygląda mi się kilka razy, w końcu oddaje paszport i wizę. Mogę wejść na teren Nepalu. Teraz dopiero widzę, że mam paszport Karoliny i swoją wizę. Ona odwrotnie. No owszem też ma krótkie włosy, ale żebyśmy byli podobni to raczej nie. Wreszcie mamy wszystko. Wywozimy bagaże z lotniska i od razu organizujemy jakiegoś dżipa. Pakujemy rowery na dach my pakujemy się do dżipa. Trochę ciasno. Jedna osoba do bagażnika w poprzek. Za to ma widoki przez tylną szybę.
Ruszamy w niesamowitym korku przez Katmandu. Pył, smród i gorąco. Za oknem przemyka jakieś stado małp. Po jakiejś godzinie wyjeżdżamy z miasta. Drogi fatalne. Nawet w Katmandu jakieś resztki asfaltu. Jedziemy i dojechać nie możemy. Nieustanne trąbienie i mijanie w taki sposób, że u nas by za to zamknęli. Po drodze zatrzymujemy się na siku i picie. No kibelki to tu są takie, że z zamkniętymi oczyma i zatkanym nosem i jak najszybciej uciekać. W końcu wieczorem dojeżdżamy do Pokhary. Hotel całkiem, całkiem. Jest prąd i ciepła woda, nawet europejski kibelek. Rozpakowujemy się i ruszamy w miasto pozałatwiać pozwolenie na wejście w rejon Annapurny i miejscową kartę telefoniczną. Do wykorzystania 3GB Ciekawe czy będzie możliwość. Trzeba coś też przekąsić. Wymieniam 200 dolarów na trochę ponad 21 tysięcy. Tu podobno średni miesięczny zarobek to około 600 zł. Mam na wszelki wypadek jeszcze stówę w zapasie. Wyżej może być drożej. Tu na dole woda 30 rupii. Na kolacje wydaje coś koło 5 stówek. Pierożki mo-mo i jakaś zupka. O dziwo po mojej nerwicy żołądkowej ani śladu. Wciągam jedzenie w pięć minut i jeszcze mi się chce. Ale przede wszystkim dopoić się na maksa. W podróży bardzo mało piłem. Muszę wypić co najmniej dwa litry. I na jutro przygotować dwa bidony. Śpię bez problemu. Rano w hotelu śniadanie. Bardzo dobre, ale raczej europejskie. Składamy rowery. Mój na szczęście cały i zdrowy. Niestety Stefa ma skrzywioną przerzutkę. Jakiś miejscowy, hotelowy "złota rączka" fachowo ją prostuje. Rowery sprawne, możemy wreszcie ruszać. No i się zaczęło. Nie ma odwrotu. Jakieś pięć kilometrów jedziemy przez miasto. Trzeba mieć oczy naokoło głowy. Nie dość, że ruch odwrotny, to jeszcze nie obowiązują żadne przepisy poza klaksonem. A my klaksonów nie mamy. Samochody i motorki jeżdżą we wszystkie strony. Nikt migacza nie używa. Na szczęście skręcamy w jakąś boczną uliczkę i zaczyna się pierwszy podjazd. A słońce praży. Jeszcze jest asfalt, nie jest tak źle. Okazuje się, że coś mi się dzieje z tylną przerzutką. Mogę tylko na największym trybie, czyli najlżej pedałować, albo dopiero o dwie niżej. Czyli pomiędzy tymi nie mam dostępu. A ten zakres pod górkę najbardziej się przydaje. Czyli muszę pod górkę cisnąć, albo kręcić prawie w miejscu. To niedobrze.
Ciężko tak zrobić jakiś większy podjazd. Ale nie wymiękam, staram się trzymać zaraz za przewodnikiem aby nie zostać w tym Nepalu i się nie zgubić. Asfalt się kończy i zaczyna się podjazd o którym Maciek mówi, że w tamtym roku wymiękł na nim i na drugi dzień pojechał busem. Dziwne, bo jak na razie dla mnie niczym to się nie różni od naszych rodzimych górek. Na razie mimo kłopotów z przerzutką nie narzekam. Dojeżdżamy do jakiegoś wodospadu i moczymy nogi. Wreszcie robię trochę zdjęć. Spod wodospadu wszyscy ruszają z buta.
Owszem jest stromo. Jednak zaraz się trochę wypłaszcza. Wsiadam więc i zaczynam podjeżdżać. W sumie wiem, że i tak dziś czekają mnie skurcze. Zawsze tak jest po długiej nie-jeździe i potem na pierwszej trasie ponad 50 kilometrów. To nieuniknione. Zawsze tak mam choćbym nie wiem co robił. Wykorzystuję to, że inni prowadzą i cisnę pod górę aby na przewyższeniu porobić ekipie zdjęcia. Będzie widać trud trasy. Podjeżdżamy pod sklepik i odpoczywamy.
Teraz jazda w dół. Na dole w jakiejś miejscowości znowu stajemy, banany, napoje. Za wioską znowu asfalcik, a ja czuję, że skurcze coraz bliżej. Nie ma się co bronić. Atak przychodzi znienacka. Wszystkie po kolei. Od góry do dołu. Dziesięć minut muszę się pomęczyć. Ból niesamowity, ale trzeba przeżyć. Miejscowi pomagają. Nawet pojawił się jakiś gość z zamrażaczem. Pomaga. Po dziesięciu minutach daję radę jakoś wsiąść na rower i ostrożnie ruszam dalej. Po drodze mijam Maćka. Też dopadły go skurcze, Tylko dziewczyny dają radę. Ten etap należy do nich. Już widzę, że nie mam się o co martwić. Lisek, piąty tajemniczy uczestnik. Jedzie sobie swoim tempem. Z Poznania, tam nie ma gór. Chłopak nie bardzo ma gdzie poćwiczyć podjazdy. Zresztą on dojeżdża ostatni, chyba dlatego, że robi wszędzie masę zdjęć. To dobrze, będzie od kogo ściągnąć fotki. Na dziś po prawie 80 km i po ponad półtorej kilometra podjazdach zjeżdżamy na zasłużony odpoczynek. Tu już na kwaterze warunki Nepalskie. Prąd kilkakrotnie wyłączają, ale wszystkie gadżety udaje się naładować.
No i tego się obawialiśmy, leje jak z cebra. Od samego rana. W nocy też padało. Nic to, trzeba jechać. Zakładamy co kto ma nieprzemakalnego i ruszamy w trasę. Nie można odpuścić żadnego dnia. Na szczęście zaraz za miasteczkiem przestaje padać, choć przez chwilę jedziemy prawie przez potok. Wyjeżdżamy za miasteczko i od razu droga robi się bardzo terenowa, na dodatek błotnista i mokra. Oj dziś to będzie hardkor.
Pierwszy na trasie wiszący most. Mimo mokrej metalowej nawierzchni ostrożnie go przejeżdżam. Dziś jest bardzo terenowo i bardzo stromo. Wpychamy rowery na jakąś wielką górę, aby zaraz potem z niej zjechać. To pieszy szlak wokół Annapurny. Rowerami jedzie się inną drogą. Ale nasz przewodnik dziś wymyślił, że zweryfikujemy ten przejazd. No tośmy zweryfikowali. Nie bardzo da się jechać pod górę. Za to zjazd jest niezły, oczywiście jako MTB. Wspinamy się coraz wyżej i coraz bardziej urokliwe widoki.
Droga trochę się polepsza. Ale jak ktoś chciałby sobie tu luźno pojeździć, to nic z tego. Każdy podjazd, to walka z terenem. Zresztą prosta czy zjazd też bardzo techniczne. Wiele przejazdów przez strumienie, całe buty mam mokre. Wreszcie po raptem trzydziestu paru kilometrach docieramy na kwaterę. Oj dziś chyba spania nie będzie. Za oknem huczący wodospad. Jednak jesteśmy na tyle zmęczeni, że zasypiamy jak tylko robi się ciemno. Zresztą z prądem znowu krucho. A przysznico-kibelek, owszem jest. Ale z zimną wodą na brudnej betonowej posadzce.
Pogoda w kratkę. Dziś piękne słońce dla odmiany. I dziś przepiękna ścieżka trawersująca głęboki wąwóz skalny. Cały prawie czas wzdłuż rzeki płynącej dnem wąwozu. Wjeżdżamy powoli w wysokie góry. Zatrzymujemy się po drodze na posiłek regeneracyjny. Tu atrakcja, murek z dwoma kranikami i cały koszyczek szczoteczek do zębów. Po posiłku można zadbać o higienę, do wyboru do koloru :) Mijamy liczne wodospady i strumienie zasilające główną rzekę,
a przepływające przez naszą ścieżkę. Pniemy się coraz wyżej i oglądamy coraz piękniejsze góry. W pewnym momencie spotykamy ekipę rowerzystów z Polski zjeżdżających w odwrotnym kierunku. Im się nie udało. Mieli pecha i trafili na opady śniegu na przełęczy. W takich warunkach z rowerami nie mieli szans. Wreszcie docieramy do jakiejś wioski i tam szukamy noclegu. Znajdujemy na zboczu bardzo ładny zadbany hotelik. oczywiście warunki sanitarne nepalskie. Z prądem w kratkę, ale póki co udaje mi się co dzień podładować wszelkie gadżety. Na razie nie korzystałem z powerbanków. Mamy dziś sporo czasu więc idziemy jeszcze przejść się po wsi. Trafiamy na sklepik i tam pierwszy raz chyba mamy czas na integrację z piwem i nawet wódką.
Muszę przyznać, że pierwszy raz od czasów Telpodowskich, jeszcze w socjalizmie gdzie zmuszono mnie do wypicia wódki na czyjeś imieniny. Takiej czystej z kieliszka. Tu na wyprawie piję nawet z butelki. Po trzydziestu latach od ostatniego razu. To wszystko ze strachu przed sraczką. W celu odkażenia. Parę małych łyczków z butelki. Tu można kupić takie 250 ml Ruslan wodka. Aż tak bardzo jak w Telpodzie mnie nie odrzuca. Nie mam skurczu krtani i posmaku karbidu. Może po prostu wydoroślałem :) Potem idziemy na obiado-kolację do naszego hoteliku. Trzy kobiety i jedna dziewczynka, na piecu opalanym drewnem przygotowują średnio po trzy różne dania dla pięciu osób. Po niespełna godzinie, nagle wszystko na raz podają. Niesamowita sprawność. Nie dość, że mogliśmy cały proces obserwować, to jeszcze wybornie smakuje. W ogóle jem tu wszystkie możliwe miejscowe dania i muszę przyznać, że dawno tak smacznie nie jadałem.
Oczywiście to też zasługa codziennego wysiłku. Jestem po prostu bardzo głodny. Ale to proste jedzenie jest bardzo smaczne i zdrowe. Wieczorem z tarasu hotelu cykam parę zdjęć i potem to samo o wschodzie słońca. No i znowu trzeba ruszać. Dziś już jesteśmy grubo ponad 2000 metrów. Na razie nic mi nie jest, ani z uwagi na zatrucia, ani z uwagi na wysokość, czy ogólne zmęczenie.
Już wiemy, że nie możemy sobie pozwolić na dzień odpoczynku. W ogóle to co było napisane w programie wyprawy, rozmija się trochę z rzeczywistością. Kilometraż, przewyższenia i zwiedzanie. Na to ostatnie, to my sami nie bardzo mamy chęć i czas. Świadomie, acz trochę z buntem rezygnujemy z dnia aklimatyzacji. Bierzemy przełęcz szturmem. Zdajemy sobie sprawę, że jeśli zrobimy dzień aklimatyzacyjny, to trafimy idealnie w załamanie pogody i opady śniegu. Wtedy nie przejdziemy przełęczy. Ruszamy z tej pięknej wioseczki i trochę zjeżdżamy, ale głównie pniemy się dziś w górę. Znowu malowniczym wąwozem nad rzeką. Potem trafiamy w rejon bardziej cywilizowany. Znacznie więcej pieszych turystów. Nawet mijam Polską wycieczkę. Miło usłyszeć rodzimy język. Jedziemy niesamowitym trawersem z urwiskiem nad rzeką. Potem wjeżdżamy w naprawdę wysokie góry. Monumentalna lita ściana. Ma chyba z kilometr. Jest niesamowita.
Tak gładka, że można by z niej zjechać na rowerze, albo na nartach po śniegu. Przebijamy się przez ostatnie zarośla i otwiera się ogromna przestrzeń już otoczona ośnieżonymi gigantami. Robi wrażenie. Znowu jakiś przejazd przez strumień. Na ostatnim metrze wpadam do wody. Znowu mokre buty. Zatrzymujemy się na jakiś posiłek, ja jem zupkę i cukier w płynie (fanta) Nie wiem co w tej zupce było, ale dostaję takiego przyspieszenia, że dziś do miejscowości aklimatyzacyjnej docieram jakieś piętnaście minut przed wszystkimi. Spotykam naszych szerpów. Tak, mamy wynajętych szerpów. Musimy mieć ubrania na każdą porę roku. Śpiwór. Jeden szerpa na dwie osoby. Szerpa zabiera 18 km na plecy. Oczywiście oni organizują sobie jakiś transport. Tak naprawdę przechodzą tylko przełęcz. Zresztą w miarę zdobywania wysokości im ubywa, nam przybywa, bo jest coraz chłodniej. Szerpa prowadzi mnie do hotelu, gdzie zostawiam rzeczy, ogarniam się trochę i wychodzę na zewnątrz zrobić zdjęcia nadjeżdżającej ekipie. W tej miejscowości dużo turystów. Ale to taka trochę kamienna pustynia. Jesteśmy na wysokości 3700 metrów. Na razie nic nie czuję.
Nawet głowa mnie nie boli, aczkolwiek mam wrażenie, że cały czas mam zadyszkę. Wystarczy wejść po schodach. Decydujemy się też na zwiedzenie świątyni na wzgórzu. Wchodzimy co najmniej 200 metrów w pionie. Ciężko, ale daję radę. Warto. Widoki niesamowite na całą dolinę i okoliczne góry. Tatry wymiękają. Chyba zmieściłyby się w tej dolinie całe i nie wystawałyby. Zwiedzamy też wioskę i zaprzyjaźniamy się z Yakiem. Zarówno z żywym jak i z martwym. Stek kosztuje 600 rupi, ale nie odmawiam sobie. Woda kosztuje tu już 150. Trzeba się jednak dobrze nawodnić.
Jutro ruszamy na pierwszy etap wspinaczki.
Z rana jedziemy jeszcze do piekarni na drożdżówkę i ruszamy w góry do pierwszej bazy pod przełęczą. Tu po przejechaniu wioski kończy się zabawa. Koniec jazdy. Głównie prowadzimy rowery. Dziś mamy zaledwie 15 km do pokonania. Ale w pionie z 3700 na 4540. Na takiej wysokości jest baza w której śpimy przed zdobyciem przełęczy. Wreszcie przekraczamy magiczne 4000 metrów. Z każdym krokiem trudniej oddychać. Krajobraz księżycowy. Tylko kamienie. Trawersujemy zbocza wąskimi ścieżkami. W dole osuwisko na kilkaset metrów. W pewnym momencie okazuje się, że trzeba zjechać o jakieś 100 metrów w dół na wiszący most. Przekroczyć rzekę i znowu się wspiąć.
Są dwie drogi. Lisek wybiera wiszący most, reszta decyduje się w naszym mniemaniu na łatwiejszą drogę. Zaraz jednak okazuje się, że strzeliliśmy sobie w kolano. Zjeżdżamy jeszcze niżej. Na drewniany mostek i teraz pniemy się strasznie stromymi serpentynami w górę. Wściekli i bliscy płaczu. Jakoś wreszcie osiągamy tą samą wysokość jaką idzie ta druga ścieżka i na oparach docieramy do base campu. To już wysokość 4500 metrów. Zła wiadomość jest taka, że ja spanie mam na górnym poziomie, po schodkach. Nie jest łatwo wejść na tę parę schodków. Na domiar złego śpię przy kibelku w blaszanym pokoiku dwa metry na półtorej. W nocy temperatura spada do -5 stopni. Jest też na tym poziomie prysznic, ale chyba nikt nie skorzysta. Jest zimno, a jak robi się ciemno, wręcz lodowato. Mam już trzy warstwy ubrań na sobie, śpiwór do spania i koce. Zabieramy też trekingowe buty. Resztę, niewiele tego, oddajemy szerpom. Oni ruszają o trzeciej w nocy, my około szóstej. Jeden z szerpów ma problemy z wysokością. Tu już nie oddycha się normalnie. Nie wyobrażam sobie co będzie jutro. Aczkolwiek jestem w bardzo dobrej formie i samopoczucie dopisuje. Na kolacji, trochę z nerwów. Nie bardzo mogę jeść. Na śniadanie zamawiam cztery jajka. Taki zapas energii powinien starczyć na przełęcz. Kładziemy się spać. Wsadzam głowę w śpiwór, ale nie mogę tak oddychać. Śpię fatalnie. Kilka razy budzę się w poczuciu, że się duszę. Siadam na łóżku. Przez kilka minut usiłuję opanować panikę i chęć wołania o pomoc. Widziałem butle z tlenem w jadalni. Teraz rozumiem ludzi, którzy wchodzą na ponad osiem tysięcy metrów. Ja jestem zaledwie w połowie drogi. Jakoś udaje mi się zapanować nad oddechem. Zmuszam się do oddychania przez nos, uspokajam serce i powoli się kładę. Każdy gwałtowniejszy ruch znowu wywołuje zadyszkę. Nawet jak próbuję się obrócić na drugi bok. Byle dotrwać do rana...
















Komentarze
Spełniajmy marzenia!
Z brakiem pieniędzy, kondycji czy sprzętu można sobie poradzić, ale jak radzić sobie z Żoną która idzie w zaparte i po prostu nie puści?
A dla Ciebie GRATULACJE!!! Świetnie się czytało!