My zdobywcy!

Mamy ruszyć o 6:00 rano, choć nie wszystkim chce się tak wcześnie wstawać. Szerpowie mieli ruszyć znacznie wcześniej. Rano okazuje się, że wszystko oprószone śniegiem. Wokoło szron, a rowery przysypane kilku milimetrową warstwą śniegu/szronu. Jemy szybko śniadanie. Otrzepujemy rowery ze śniegu i ruszamy. Od razu ostro w górę. Dziś w pionie do zrobienia trochę ponad 800 metrów. Mam nadzieję, że nie będzie zjazdów.
Do przełęczy jest jakieś 5 km, reszta to już potem zjazd poniżej 4000 metrów i będziemy mieli to z głowy. Mozolnie pniemy się w górę, trochę po wczorajszym dniu sceptycznie nastawieni czy damy sobie radę. Na tym podejściu nie ma już mocnych, czy słabych. Jedynie Maciek wygląda jakby to był dla niego zwyczajny dzień. Był już tu kilka razy, a na dodatek na co dzień mieszka na ponad 1000 metrach. Sam tak mówi, ale nie wiem czy ma to jakieś znaczenie. Na podejściu są nawet schody.
Wnoszenie roweru w takich warunkach na takiej wysokości jest mordęgą. Brak tlenu daje się we znaki strasznie. Nie jestem w stanie oddychać inaczej niż dysząc ciężko. Mimo wstającego słońca powietrze jest zimne. Obawiam się o swoje gardło. Nie bardzo chciałbym się rozchorować. Przełęcz to dopiero połowa drogi. Owszem potem będzie z górki, ale to jeszcze kilka dni. Wspinanie się na takiej wysokości bez żadnego treningu, na dodatek po kilku dniach wysiłkowej jazdy rowerem, nieprzespanych nocach i tragicznych warunków sanitarnych jest naprawdę trudne. Wszyscy idziemy w zasadzie robiąc jakieś 10 kroków. Odpoczynek, próba uspokojenia oddechu, serca i mobilizacja psychiczna do zrobienia kolejnych dziesięciu kroków. Ja psychicznie wyznaczam sobie ciągle kolejne cele. Albo dojść do kamienia, który sobie upatrzyłem. Albo jak idę za Karoliną, bo zmieniamy się od czasu do czasu miejscami. Dojść do Karoliny, która aktualnie odpoczywa. Dochodzimy do drugiej bazy pod przełęczą. Nie wiedziałem, że w ogóle jest.
Tam robimy krótki odpoczynek. Gdzieś potem, już po powrocie wyczytałem, że trekking robi się na trzy dni. Z Manang po dniu aklimatyzacji idzie się do pierwszej bazy, tak jak my. Potem na kolejny dzień idzie się do drugiej bazy, tam znowu się śpi i dopiero na kolejny przekracza się przełęcz. To chyba jest związane z tym, że potem jeszcze tego samego dnia trzeba zejść z przełęczy. My mamy rowery, to mam nadzieję, że zjedziemy. Po krótkim odpoczynku ruszamy w dalszą drogę. Sprawdzamy wysokość na czym kto ma. Potem okazuje się, że mój licznik rowerowy jest najdokładniejszy. Cieszymy się, że przekroczyliśmy 5000 metrów. Niestety po drodze jest jeszcze zejście. Bolesnym jest tracić wysokość zdobytą z takim trudem. Zejście jednak nie jest takie wielkie jak wczoraj. Od czasu do czasu sprawdzam wysokość. Pęka po kolei 5100, 5200, 5300. Oddech staje się bardzo bolesny. Bolą mnie już całe płuca. Trudno to opisać osobie, która nie doświadcza takiego stanu. To jest tak jakby oddychać przez jakiś worek, który porcjuje powietrze. Usiłujesz się zaciągnąć powietrzem. Rozciągasz płuca do granic możliwości, do bólu, a mózg nie ma dość. Jakby to powietrze było jakieś puste. Chcesz jeszcze więcej wciągnąć do płuc, ale nie da się bardziej. Cały czas czujesz niedosyt tlenu. Bardziej już nie da się rozciągnąć płuc. Czuje się taką lekką panikę, jakby człowiek się topił. W pewnym momencie mijamy osiołki schodzące z przełęczy. Stefa rozmawia z poganiaczem i błagalnym głosem pyta nas czy bierzemy rowery na osiołki. 5000 rupii za rower od osoby do przełęczy. Kto w ogóle wpadł na taki głupi pomysł, żeby zabierać tu rowery. Niestety nie bardzo mamy siłę jej odpowiedzieć. Ruszamy tylko mozolnie dalej przed siebie. Na domiar złego zaczyna się śnieg.
Nogi się zapadają. Wąsko. Nie ma jak tego roweru prowadzić. Osuwa się z grani. Mam ochotę rzucić go w przepaść. Każdy trawers od wschodu jest cały w śniegu. Te odcinki są najgorsze. Nie mam już naprawdę siły. Po drodze mijamy dwóch naszych Szerpów. Jeden ma trudności z podejściem. Choć wyszli wcześniej i nie mają rowerów. Ratujemy go diuramidem. Choć ten zacznie dopiero działać za jakąś godzinę. W końcu wychodzę z za jakiegoś trawersu i widzę powiewające kolorowe chorągiewki i Maćka siedzącego przy schronie na przełęczy. Chrypiącym, łamiącym się głosem, bliskim płaczu rzucam szczęśliwy do tyłu: “Dziewczyny, widzę przełęcz!” Dojście i tak zajmuje nam około 15 minut. Robimy to na jakieś dziesięć odcinków po dziesięć kroków. Wreszcie jesteśmy, już nic nie musimy. My zdobywcy! Wiem, że przy tych co wchodzą na 8000 metrów jest to śmieszne. Ale radość i ulga chyba jest taka sama.
Udało się, mogę sobie to wpisać do CV rowerowego. Przeszedłem. Już nic się nie liczy. Nie ważne, że trzeba jeszcze jakoś stąd zejść. Liczy się tylko tu i teraz. Na chwilę chowamy się w schronie. Oprócz nas jest tylko gość, który siedzi tu w schronie. Robimy pamiątkowe zdjęcia przy chorągiewkach. Zmuszamy Liska aby wsiadł na rower i pojechał dosłownie parę metrów. Robię mu zdjęcie, żeby uzasadnić rower. Nie wiem skąd wykrzesał jeszcze trochę siły. Cieszymy się jak dzieci prawie łkając. Naprawdę wzruszyłem się wchodząc tu. Siadamy sobie na kawałku wolnym od śniegu i patrzymy w dół na drogę, którą trzeba teraz zjechać. Niesamowity singielek. Stromy, kręty. Zaczynamy zjazd/zejście. Obaj z Liskiem narzekamy, że coś jest nie tak z hamulcami. Pewnie to efekt wysokości. Po dosłownie kilkudziesięciu metrach zjazdu i paru zakrętach. Przelatuje przez kierownicę. Nie mam siły utrzymać kierownicy i hamulca. Trochę się poobijałem, siniak będzie na ręce. Piękny singielek, ale nie zaryzykuje połamania się tu. Jadę tylko na łatwiejszych w miarę płaskich i prostych odcinkach. Zejście nie jest takie piękne jakby się wydawało. Nadal jest bardzo trudno. A ja sobie myślałem, że tylko zdobyć przełęcz i będzie koniec trudu. Nic mylnego. Uświadamiam sobie jakieś pół kilometra niżej, że nie zostawiłem na przełęczy tego co tu przywiozłem.
Nie jestem jakoś bardzo wierzący, wręcz uznałbym się za wątpiącego. Ale coś przed przyjazdem tu kazało mi zaopatrzyć się w mały drewniany krzyżyk. Nawet zeszlifowałem go aby wyglądał jak najbardziej surowo. Coś kazało mi go tu przywieźć i zostawić na przełęczy. Ukryć głęboko w kamieniach. Wygląda na to, że będę go jeszcze potrzebował, bo zapomniałem zostawić. Nie dam rady się już wrócić. Wolno schodzimy/zjeżdżamy dalej. Zaczyna być widać już zabudowania. Odwracamy się jeszcze w stronę przełęczy i widać, że całą górę przykryła ciemna chmura. Zdążyliśmy dosłownie na styk. Wreszcie się wypłaszcza i wjeżdżamy do miejscowości w której będziemy spać. Szukamy hoteliku z prądem, wodą i WiFi. Trzeba wreszcie ogłosić światu, że się udało.

Komentarze

Beskidnick pisze…
Przygoda super, ale dla Ciebie wielkie uznanie za styl w którym ją opisałeś!
Marzena pisze…
Zdjęcia obłędne. No i świetnie napisane.