Hotel Nirvana w Katmandu czeka...

Na początku stycznia byliśmy w Jakuszcach na nartach śladowych. W ostatnich dniach przeszliśmy jeszcze do Kopalni Stanisław i wtedy zrobiliśmy najdłuższą trasę. Ponad 30 km. A w ostatni dzień już trasa w Harrachovie na butach. Mimo tego, że to trasa biegowa. W sumie dobrze, bo to stroma trasa. Nie specjalnie nadaje się na biegówki.



Ale w ten piątek znowu tam jedziemy. Niestety tym razem nie udało się znaleźć noclegu w Harrachovie. Będziemy nocować w Szklarskiej Porębie dla odmiany. Mam wolny piątek, za trzech króli. Natomiast w tą sobotę byliśmy na Turbaczu. Oczywiście na nartach. A w Niedzielę zrealizowaliśmy największe nasze marzenie dotyczące biegówek. Ubraliśmy narty na tarasie, wyszliśmy przez tył ogrodu i prosto przez pola kukurydzy do Dolinek.


Ale jednak najważniejsze - tytułowe: Od kilku lat marzyłem o wyjeździe w Himalaje na rower. Przejechałem Wielką pętlę Bieszczadzką i objechałem Tatry. Teraz przyszedł czas na największe wyzwanie rowerowe świata. Pętla wokół masywu Annapurny. Oczywiście nie sposób przejechać tego w jeden dzień. To po prostu wyprawa z aklimatyzacją i wszelkimi atrybutami himalaizmu. Pętla liczy około 400 km. Większość trasy przebiega na wysokości 3500 metrów nad poziomem morza. W najwyższym punkcie przekracza się przełęcz Thorong La na wysokości 5416. Podobno to najwyższa przełęcz na świecie dostępna w turystyce rowerowej. Powiedzmy sobie szczerze. Jej się raczej nie przejeżdża. Może uda się ją przypełznąć włócząc za sobą rower. Tam jest dwa razy mniej tlenu. To tak jakby jechać pod stroma górę na rowerze oddychając co drugi raz. Należę do ludzi, którzy, owszem planują marzą, ale w końcu jednym ruchem skaczą w przepaść. Tak się czuję, jestem przerażony, całą logistyką. Przygotowaniami, niepewnością. Na dodatek zdecydowałem się na taką wyprawą gdzie pilot jedzie przodem znacząc trasę kredą. Na szczęście miałem na tyle rozsądku, że załapałem się na promocyjny wyjazd ze wsparciem. Czyli tak naprawdę jedziemy na lekko a bagaże są transportowane od schroniska do schroniska za nami. Miałem jeszcze do wyboru taką z sakwami i namiotami wiezionymi na plecach. Ale cena była niższa dosłownie o kilka stów. Więc długo się nie zastanawiałem. Na razie jeszcze nie wiadomo czy będziemy brali własne rowery, czy polecimy z Krakowa, Warszawy czy z Berlina. O matko! co ja narobiłem. Wpłaciłem już zaliczkę i nie ma odwrotu. Cała nadzieja w tym, że nie zbierze się odpowiednia grupa i wyjazd nie dojdzie do skutku :) Wyjazd jest w kwietniu. Tamten z namiotami, z którego zrezygnowałem był w październiku. W październiku jest niby lepsza pogoda, ale kolidował mi z wyjazdem do Włoch-Szwajcarii. To już z Basią też oczywiście rowerowo. Przyjechałbym z tego wyjazdu i za tydzień musiałbym jechać w Himalaje. Na dodatek na tamten wyjazd musiałbym mieć 15 dni urlopu, tu zaczyna się w sobotę i kończy w niedzielę za dwa tygodnie. Wymaga tylko 10 dni. A tak w ogóle na razie to jeszcze tajemnica. Nikt o tym nie wie, tylko mój blog :)

Komentarze

Marzena pisze…
Gratuluje odwagi :-) No to jedziesz:)