Ostatni tydzień urlopu motałem się okrutnie. Głównie z powodu pogody. Potrzebowałem trzech dni pogody. W końcu stwierdziłem, że może piątek, sobota i niedziela. Ostatnia deska ratunku. To oczywiście miała być pogoda w górach Izerskich. Zanosiło się na taką z przymrużeniem oka. Na upartego może coś z tego będzie. Okazało się, że z noclegami pod koniec wakacji, bardzo trudno. Zdesperowany postanowiłem już nawet w ciemno jechać. Ale we czwartek wyklarowała się pogoda na Śnieżnicy. Tam też chciałem. Kasina Ski w zimie, to Kasina Bike w lecie. W tym roku w lipcu otwarto dziewięć tras. W sumie to taka trochę ściema. Sporo tych tras w pewnych momentach się łączy i przenika. Ale i tak, blisko, taka zabawa. Warto pojechać i sprawdzić. W końcu zjechałem czerwoną z trupią czachą na Rychlebach. Tu też dam sobie radę. Zapakowałem rower i ruszyłem. Kupiłem karnet. Rower na kołek przy krzesełku i dawaj w górę. Zaniepokoiło mnie jedynie w kasie, że muszę podpisać dokument. Że to ja na własną odpowiedzialność i jakby co, nie roszczę sobie praw do odszkodowania i tak dalej. No nic, wysiadłem. Budowa wre. Po drodze do góry minąłem w dole jakiś spychach pnący się w górę stokiem. Tu kopary i inny sprzęt. Trochę rozjeżdżone. Stwierdziłem, że nie ma co szaleć. Wpierw jadę zieloną, najłatwiejszą Famili. Zresztą tylko jedna o takim kolorze. To tak, po tym jak zobaczyłem jakie inni rowery mają. Jakieś monstra. Ja na swoim góralu, przystosowanym do turystyki czułem się trochę jakbym wjechał syrenką na niemiecką autostradę w latach siedemdziesiątych. Ruszyłem, po przejechaniu kawałka rozoranego przez sprzęt budowlany skierowałem się na trasę. No i się zaczęło. Matko! Co ja tu robię. Przecie Rychleby to dla dzieciaków przy tym. Mulda na muldzie. Zakręty takie, że ogon co chwila swój widzę. Zakręty ze skokami. Masakra jakaś. Jednak jakoś zjechałem. Ale od razu siodełko do samej ziemi. Nie da się na takim rowerze tu jeździć.
To typowo downhilowa trasa. Ale co, ja nie dam rady, ja? Dawaj znowu w górę. No przecież karnet na cały dzień mam. Na drugim zjeździe od razu poodpadały mi wszelkie ruchome rzeczy od roweru. Ale już trochę odważniej, trochę szybciej. Zjechałem parę razy. Coraz bardziej obyty, choć rower kompletnie nie przystaje do takiej jazdy. Jadę na niebieską, tą najłatwiejszą. B-Line. No tu hopki chyba pięciometrowe są. Na filmie wszystko trochę spłaszcza się. Tyle, że tu szerzej trochę. Zjechałem jeszcze parę razy coby jakiś film nagrać. A chciałem kamerką 360 stopni. Dobra, ryzyk-fizyk. Jedziemy na najtrudniejszą niebieska. Zwaną dziką. Nie, tego się nie da opisać. Parę razy musiałem znieść rower. Przez las, między drzewami. Kompletnie na dziko. Jedynie zaznaczone na drzewach gdzie jechać. Jeden, jedyny raz i dość. Nie wracam tu. Pojeździłem trochę jeszcze na Famili. Zrobiła się prawie 16:00 Czas do domu. Ostatni zjazd. No i przyszalałem. Klasyczny błąd. Na łuku za szybko. Zaczęło mnie wyrzucać. Skontrowałem i zablokowałem kierownicę. Wyryłem długi ślad w glebie kaskiem. Musiałem wydłubywać ziemię patykiem z kasku. Oczywiście skasowane kolano i łokieć. Najgorsze, że chyba palce złamane u lewej ręki. Ja cię kręcę jak boli. Aż mnie zatyka. Zacząłem je jednak obmacywać. Nie puchną. Chyba jednak całe. Ale boli jak diabli. Nie mogę utrzymać kierownicy. Jak ja zjadę do końca. Po jakimś czasie zmobilizowałem się jednak i powoli zjechałem. Trzeba przyznać, że parę zakrętów przed upadkiem, wyprzedziłem dwóch chłopaków. Zatrzymali się przy mnie oferując pomoc. Zapakowałem jakoś jedną ręką rower do bagażnika i dojechałem do domu. Z Izerów nici. Zresztą ani noclegu ani pogody. Mija prawie dwa tygodnie od upadku, a ja rękę dalej czuje. Oczywiście spuchła na drugi dzień. Ale jest na pewno cała. Filmik z kawałka zjazdu B-Line. Warto zobaczyć filmy innych autorów z tych tras, aby się przekonać jak prawdziwi wymiatacze tam jeżdżą. Niestety to trasy nie na taki rower. Warto na moim się trochę porozglądać. Jakość, niestety spadła na łeb na szyje po przegraniu na YT.
To typowo downhilowa trasa. Ale co, ja nie dam rady, ja? Dawaj znowu w górę. No przecież karnet na cały dzień mam. Na drugim zjeździe od razu poodpadały mi wszelkie ruchome rzeczy od roweru. Ale już trochę odważniej, trochę szybciej. Zjechałem parę razy. Coraz bardziej obyty, choć rower kompletnie nie przystaje do takiej jazdy. Jadę na niebieską, tą najłatwiejszą. B-Line. No tu hopki chyba pięciometrowe są. Na filmie wszystko trochę spłaszcza się. Tyle, że tu szerzej trochę. Zjechałem jeszcze parę razy coby jakiś film nagrać. A chciałem kamerką 360 stopni. Dobra, ryzyk-fizyk. Jedziemy na najtrudniejszą niebieska. Zwaną dziką. Nie, tego się nie da opisać. Parę razy musiałem znieść rower. Przez las, między drzewami. Kompletnie na dziko. Jedynie zaznaczone na drzewach gdzie jechać. Jeden, jedyny raz i dość. Nie wracam tu. Pojeździłem trochę jeszcze na Famili. Zrobiła się prawie 16:00 Czas do domu. Ostatni zjazd. No i przyszalałem. Klasyczny błąd. Na łuku za szybko. Zaczęło mnie wyrzucać. Skontrowałem i zablokowałem kierownicę. Wyryłem długi ślad w glebie kaskiem. Musiałem wydłubywać ziemię patykiem z kasku. Oczywiście skasowane kolano i łokieć. Najgorsze, że chyba palce złamane u lewej ręki. Ja cię kręcę jak boli. Aż mnie zatyka. Zacząłem je jednak obmacywać. Nie puchną. Chyba jednak całe. Ale boli jak diabli. Nie mogę utrzymać kierownicy. Jak ja zjadę do końca. Po jakimś czasie zmobilizowałem się jednak i powoli zjechałem. Trzeba przyznać, że parę zakrętów przed upadkiem, wyprzedziłem dwóch chłopaków. Zatrzymali się przy mnie oferując pomoc. Zapakowałem jakoś jedną ręką rower do bagażnika i dojechałem do domu. Z Izerów nici. Zresztą ani noclegu ani pogody. Mija prawie dwa tygodnie od upadku, a ja rękę dalej czuje. Oczywiście spuchła na drugi dzień. Ale jest na pewno cała. Filmik z kawałka zjazdu B-Line. Warto zobaczyć filmy innych autorów z tych tras, aby się przekonać jak prawdziwi wymiatacze tam jeżdżą. Niestety to trasy nie na taki rower. Warto na moim się trochę porozglądać. Jakość, niestety spadła na łeb na szyje po przegraniu na YT.
Komentarze