Powtórka

Ponownie w górach Chczańskich. Hasło rzucił L. A już myślałem, że wymiękł i nie zdecyduje się na taki przejazd. Pojechaliśmy moim samochodem. Miałem obiekcje czy wjadę na Rohacze z trzema rowerami i pięcioma osobami na pokładzie. Ale o dziwo nie było problemu. Samochód ciągnął bez problemu. Mój samochód to taki mało aerodynamiczny klocek, wysoki i na dodatek ciężki. A silnik jest najsłabszy 1.6 135 koni. Ja się zawsze śmieje, że to samochód dla starszego statecznego pana. Co do rowerów, to ostatnio udało mi się wrzucić do tyłu dwa rowery. Oczywiście te trzy wiozłem na platformie. Nie wiem czy wspominałem, załatwiłem sobie trzecią rejestrację. Teraz można już legalnie.

Pojechaliśmy z samego rana. Do Kwaczańskiej. Miałem opracowane cztery trasy na Mio. Nie rozpisywałem się o mojej nawigacji rowerowej. Ale funkcjonalnie jest naprawdę fajna. W takich sytuacjach, niezastąpiona. To ogromny komfort, że nie muszę ciągle weryfikować mapy. Na każdym zakręcie sygnalizuje dźwiękiem i zapala ekran. Po zjechaniu z trasy wszczyna alarm. Po chwili wyznacza nową trasę najoptymalniejszą do powrotu na trasę. Można też w trakcie zmienić nawigację na inną trasę i od razu wyznacza dojazd do niej i pokazuje odległość. Pokazuje też ogromną ilość parametrów. Najfajniejsze chyba jest pokazywanie ile zostało. No i najważniejsze. Na testach wytrzymuje bez problemu 8 godzin, przy cały czas zapalonym ekranie na full podświetlenie. Nie ma problemu z widocznością w pełnym słońcu. Jedynie interfejs jak dla mnie taki bardzo tandetny. Ale nie można mieć wszystkiego.


No dobra, dojechaliśmy więc do tej Kwaczańskiej. Dziewczyny, żona L. i A. Poszły sobie pieszo. Do nas dojechał jeszcze P. z … dziewczyną. R. Już na poprzedniej wycieczce stwierdziłem, że bez problemu poradzi sobie z górami. Ruszyliśmy w górę przez Kwaczańską. Od razu z grubej rury. Z 650 m na 1050 na odległości 10 km. Mieli dość. To nie asfalt, ale w większości dziki teren. Na dodatek miejscami bardzo mokry. Musiałem zmienić plany. Kolejne dziesięć miałem zaplanowane też po terenie, na dodatek, którym nie jechałem. Stwierdziłem, że jak pojedziemy, to na tym zakończy się wycieczka. Pomknęliśmy zatem drugą zaplanowaną trasą prosto na Malatinę i Osadkę. Długi zjazd, a potem tyleż samo podjazdu, ale same asfalty. No i wreszcie zjazd na popas pod wodospad do kąpieliska Lucky. tam piwko (ja kofola) Trochę odpoczynku i znowu wspinanie się ponownie nad Malatinę. Stamtąd zjazd do Liptowskiej Anny i teraz trawersem koło Prosieckiej. Tu już na ostatnim terenowo łąkowym podjeździe na trzy kilometry przed metą padli zupełnie. Trzeba przyznać, że L. i P. są starsi ode mnie o 8 lat. A A. o chyba 4. Ja nie wiem czy jeszcze za tyle usiedzę w siodełku. Tak, że szacun. R. Jest co prawda młodsza o jakieś pięć lat ode mnie. Ma jednak dużo determinacji. W Kwaczanach poszliśmy na prażony ser i piwo. A niektórzy zamówili sobie żeberka.


Byliśmy w restauracji przy miejscowym browarze. Ja cie jakie tam dają żeberka. Jak dla mnie na co najmniej dwie-trzy osoby. Ja oczywiście prowadziłem, więc zero piwa. Dopiero w domu. Cała wycieczka wyszła ponad 50 km. Myślę, że długo jej nie zapomną.

To wszystko w sobotę, a w niedzielę z Basią pojechaliśmy nad Wisłę, tym razem w stronę Tyńca.


Zrobiliśmy ponad 70 km. Ona nie zna litości.

Natomiast w poniedziałek poszedłem oddać krew :) A na deser zrobiłem to:

Komentarze

makroman pisze…
Nie powiem niezłe szlaki. I ekipa jak widać która może. Ja jak mówiłem,po górkach wolę nogi, za to na równinki rower jest niezastąpiony.