Obiecałem, to piszę.

Tak, było trochę pogody, to i się wreszcie wybrałem. Choć, bardzo mnie korciło aby pojechać z Basią. Pieszo. Zwiedzić dolinę Prosiecką i Kwaczańską. Jednak rower zwyciężył. Tym bardziej, że Basia miała w piątek popołudniową zmianę i nie bardzo chciało jej się wcześnie wstawać. Zapakowałem rower i w drogę. Na parkingu w Kwaczanach byłem 8:30. Zimno jak diabli. 6 stopni, musiałem się przebrać na wstępie. Założyłem bieliznę termoaktywną i dodatkowy podkoszulek. Byłem przekonany, że przejazd po dolince Kwaczańskiej, to przejazd po płaskim nad rzeką. Dosłownie po kilkuset metrach rzeka została daleko w dole. Podjazd bardzo stromy, miejscami po litej skale. Ale widoki cudne. Wreszcie przejechałem na drugą stronę. Zjazd, co najbardziej w górach lubię.


Znowu nad rzeką. Teraz wzdłuż rzeki i potem asfaltem do Małe Borowe. Na końcu Kwaczańskiej trochę się wahałem, czy nie podjechać jeszcze do młynów wodnych. Dałem sobie jednak spokój. Nie wiedziałem ile mi zajmie dalsza jazda, a koniecznie chciałem na wstępie wysunąć się jak najdalej i zrobić cały trawers pod górami. Podjazd w Małe Borowe do trawersu też bardzo stromy. Na szczęście asfalt. Już we wsi zaczęły się krokusy. Ludzie walą do Kościeliskiej czy Chochołowskiej. Tłoczą się deptają, a tu całe zbocza gór, całe kilometry krokusów. Niestety okazało się, że szlak rowerowy, ten trawers cały rozjechany przez ciężki sprzęt do wyrębu lasu. Ale jakoś bokiem krzakami dotarłem do Wielkie Borowe. Po drodze widoki urzekające. Nasze Tatry od drugiej strony i Taty Niskie, te z Chopokiem. Zjazd do wielkie Borowe powalający pod względem widoków. Miałem jechać dalej trawersem i od góry minąć wieś, ale nie mogłem się powstrzymać. Teraz znowu podjazd.


Okropnie stromy miejscami. Jak tam samochodami jeżdżą? Znowu na trawersie i znowu zrujnowany szlak. Dobrze oznakowany. Bałem się z mapy czy nie zabłądzę na polanach. Nie było jednak problemu. Dotarłem wreszcie do Malatiny. W samej wsi drogi mimo tego, że asfaltowe, to dziura na dziurze. Za wsią na szczęście już asfalt lepszy, ale i ruch też znacznie większy. Znaczy w porównaniu do tej pory z zerowym. Do Osadki i teraz mocy podjazd na granicę województw. Nie wiem, oni to nazywają Okresami. Teraz znowu w dół pięknym asfalcikiem. Aż do miejscowości z kąpieliskiem. Mają tu park wodny. Miejscowość Lucky. Jest tam też wodospad, ale sobie zapomniałem i potem nie chciało mi się wracać i szukać. Czas mam dobry, a w planach miałem jeszcze jeden niepewny przejazd znowu do Malatiny. Ruszyłem, na razie asfalt. Zaraz za miejscowością natrafiłem na dzikie gorące źródło. Pełno kąpiących się w bajorku jakieś 10x10 metrów. Pojechałem dalej, choć korciło mnie aby wejść i się potaplać. Cały czas niepewnie. Ale za chwilę minął mnie samochód. Potem dwa kolejne. No skoro jadą samochody, to musi być przejazd. Po kilku kilometrach okazało się, że dwa z nich stoją na polance. Tu coś budują.


Ale trzeci pojechał dalej. Za kolejny kilometr wraca. Pani wychyla się z okna - Tu nie przejedietie. bloto tam. No trudno, będę musiał jakoś przenieść rower. Okazało się jednak, że nie jest tak źle. W końcu wyjechałem z lasu i skały zostawiłem za sobą. Ale jestem na polance. W stronę Osadki jest jakaś droga, ale nie uśmiecha mi się wracać. W stronę Malatiny jest łąka pełna krokusów. No trudno jadę. W sumie widać niewyraźne ślady kół samochodu w krokusach. No i udało się zjechać do Malatiny. Co prawda przez czyjeś podwórko, ale tu rzadko są ogrodzenia. Wyjechałem wprost na wjazd do kolejnej dolinki, którą planowałem zjechać. No to dawaj pędem w dół. Aż pod samo jezioro. Teraz tylko wzdłuż brzegu, bo nie bardzo mi się chciało szukać przejazdów pod górami. tak dotarłem znowu do Kwaczan. Na liczniku prawie 70 km. Przewyższeń w sumie prawie dwa kilometry. W Kwaczanach nie odmówiłem sobie kofoli. No i odwiedziłem browar aby kupić miejscowe piwo. Czteropak prawie osiem euro, na dobitkę 0.33 Niespecjalne. Nie warte tej ceny. W drodze powrotnej zaopatrzyłem się w czekolady studenckie, kofole i piwo. Tu piwo w wiejskim sklepiku za 70 centów.

Komentarze

makroman pisze…
No nie powiem, ciekawe; pomysł i wykonanie! suma przewyższeń imponuje, praktycznie niewiele mniej mają górskie etapy tour'ów.