Pojechaliśmy do Dobrej Chaty. To agroturystyka i zarazem sklep i wypożyczalnia nart. W Krakowie usiłowałem kupić narty BC aby rozpocząć kolejną przygodę. Ale praktycznie w żadnym sklepie nie słyszeli o takich nartach. Tak więc tu korzystając z okazji chcieliśmy kupić. Przyjechaliśmy na miejsce w sobotę. Pani się nieco zdziwiła. Stwierdziła, że mieliśmy przyjechać w niedzielę. Nie, w niedziele ma dojechać moja kuzynka, my w sobotę. Okazało się, że pani nie sprawdziła sobie malia od czwartku. Jak do kontaktu podaje się maila, to trzeba go czytać co najmniej co dzień. A nie raz w tygodniu. Oczywiście narty też będą w niedzielę. Dotarliśmy tam około 12:00. Na szczęście będziemy mieli gdzie spać. Wybraliśmy się zatem pieszo na Łopienie. Tak na przełaj przez las na azymut. Śnieg po kolana, ale tego nam trzeba było. Na górze pomyliłem szlak i dobrze, bo wreszcie zrobiłem pętelkę zielonym. Dawno już chciałem to zrobić. Zeszliśmy dawnym żółtym rowerowym. Najlepsze, że ja mam w górach wyłączony telefon aby oszczędzać baterię dla GPS-u i na wszelki wypadek. Pani wydzwaniała do nas czy nie zgubiliśmy się w górach. Bo wróciliśmy grubo po zmroku. Czekał na nas inny pokój niż zamawialiśmy. Okazało się, że ten z kominkiem i sauną. Niestety zimny pokój. Co z tego, że kominek, jak zrobiony w ten sposób. Że w żaden sposób nie dało się go regulować. Dokładało się drewna, które ledwo się tliło i potem trzeba było czekać aż się wyżarzy. Wtedy można było dodać kolejne. Nie było też rozprowadzenia ciepła po pokoju. Przy kominku było ciepło, ale przy ścianie już chłód. Owszem do rana pokój się nagrzał. Najgorsze było to, że musiałem czuwać w nocy czy drewno się nie wypaliło. Obudziłem się około trzeciej w nocy i okazało się, że praktycznie całkiem wygasło. Popiół ledwo się tli. Wstałam w stroju zbliżonym do adamowego, w każdym bądź razie bez koszulki prosto z pościeli, rozgrzany wyszedłem na zewnątrz w klapkach po drewno. Było -4. Dołożyłem do kominka i położyłem się spać.
Rano już zacząłem coś odczuwać niedobrego w gardle. Wiem była to ekstremalna głupota. Ale człowiek zaspany nie myśli. Rano poprosiliśmy o zmianę pokoju. Jestem na urlopie nie będę czuwał w nocy aby dokładać do kominka. Najgorszy był jednak ten zapach dymu we wszystkim. Cała pościel, ręczniki i ubranie przesiąkły. Około 10 dojechała kuzynka, dostaliśmy narty i ruszyli na terenową trasę. Z nartami wyszło, że jedynie kije mam zbyt długie. Mają mi dosłać. Trasa okazała się bardzo terenowa, ale do tego służą narty BC. Kuzynka miała narty z wypożyczalni. Jednak trochę przydługie. Miała problemy. Ponadto pierwszy raz na takich nartach. Najgorzej było na zjazdach. Ciągle się przewracała. Ja też leżałem kilka razy. Trochę pomyliliśmy trasę. Ale potem udało się na nią wrócić. Trasa była na tyle terenowa, że były nawet przejścia przez płot. Liczyła około 10 km, ale kuzynka ledwo doszła.
Kolejny dzień sami poszliśmy na trasę wokół mogielicy. Trasa oficjalnie ma 23,4 km. Mnie z GPS-u wyszło niecałe 20. Szczerze powiedziawszy po wczorajszym odradziłem kuzynce taką wyprawę. Ona poszła sobie wzdłuż Łososiny na króciutką trasę. Sam pod koniec zacząłem słabnąć. Czująć, że zaczyna mnie coś zbierać. Po powrocie do domu jeszcze poszliśmy coś zjeść i zaczęło się dostałem takich dreszczy, że nie byłem w stanie funkcjonować. Zażyłem grypex. Akurat zabraliśmy profilaktycznie. Przez noc oblewały mnie siódme poty. Rano było trochę lepiej. Stwierdziłem jednak. Ja się nigdzie nie wybieram dziś. Popsuła się też diametralnie pogoda. Postanowiliśmy wrócić. Za głupotę trzeba płacić. Można być zahartowanym, ale wyjść z łóżka na 4 stopniowy mróz, to czysta głupota. W domu okazało się, że mam 39,1 stopni gorączki. Dziś już jest ok, przecież jestem niezniszczalny. Ale Basię zaczyna brać. Teraz ma 38,5 i dreszcze. U mnie pozostała jedynie chrypa. Mam bardzo seksowny głos. Muszę zadzwonić do kuzynki czy jej też nie zaraziłem.
Rano już zacząłem coś odczuwać niedobrego w gardle. Wiem była to ekstremalna głupota. Ale człowiek zaspany nie myśli. Rano poprosiliśmy o zmianę pokoju. Jestem na urlopie nie będę czuwał w nocy aby dokładać do kominka. Najgorszy był jednak ten zapach dymu we wszystkim. Cała pościel, ręczniki i ubranie przesiąkły. Około 10 dojechała kuzynka, dostaliśmy narty i ruszyli na terenową trasę. Z nartami wyszło, że jedynie kije mam zbyt długie. Mają mi dosłać. Trasa okazała się bardzo terenowa, ale do tego służą narty BC. Kuzynka miała narty z wypożyczalni. Jednak trochę przydługie. Miała problemy. Ponadto pierwszy raz na takich nartach. Najgorzej było na zjazdach. Ciągle się przewracała. Ja też leżałem kilka razy. Trochę pomyliliśmy trasę. Ale potem udało się na nią wrócić. Trasa była na tyle terenowa, że były nawet przejścia przez płot. Liczyła około 10 km, ale kuzynka ledwo doszła.
Kolejny dzień sami poszliśmy na trasę wokół mogielicy. Trasa oficjalnie ma 23,4 km. Mnie z GPS-u wyszło niecałe 20. Szczerze powiedziawszy po wczorajszym odradziłem kuzynce taką wyprawę. Ona poszła sobie wzdłuż Łososiny na króciutką trasę. Sam pod koniec zacząłem słabnąć. Czująć, że zaczyna mnie coś zbierać. Po powrocie do domu jeszcze poszliśmy coś zjeść i zaczęło się dostałem takich dreszczy, że nie byłem w stanie funkcjonować. Zażyłem grypex. Akurat zabraliśmy profilaktycznie. Przez noc oblewały mnie siódme poty. Rano było trochę lepiej. Stwierdziłem jednak. Ja się nigdzie nie wybieram dziś. Popsuła się też diametralnie pogoda. Postanowiliśmy wrócić. Za głupotę trzeba płacić. Można być zahartowanym, ale wyjść z łóżka na 4 stopniowy mróz, to czysta głupota. W domu okazało się, że mam 39,1 stopni gorączki. Dziś już jest ok, przecież jestem niezniszczalny. Ale Basię zaczyna brać. Teraz ma 38,5 i dreszcze. U mnie pozostała jedynie chrypa. Mam bardzo seksowny głos. Muszę zadzwonić do kuzynki czy jej też nie zaraziłem.
Komentarze
Wirus grypy "siedzi w człowieku" nawet dwa tygodnie nim się uaktywni. Zatem wyjście na mróz mogło skutkować "zasilaniem" ale nie grypą, bo tą musiałeś już mieć wcześniej, tylko się nie aktywowała. Zresztą pewnie to było przeziębienie czyli taki "szybki strzał" chorobowy i z tego faktycznie wychodzi się na drugi trzeci dzień, przy czym raczej nikogo nie zaraża.
Trasy ciekawe, śledziłem z wypiekami na twarzy, wyglądają zachęcająco.