Wreszcie, nareszcie koniec. Definitywny koniec. Oczywiście nadal czekam na dwa fronty do mebli i okleinę. Ale wczoraj byli fachowcy i podłączyli mi gaz do płyty. Wada jaką widzę w tej płycie jest taka, że zupełnie nie widać, że gaz się pali. Myślałem, że to pole grzewcze będzie przezroczyste. Kompletnie nic nie widać i nic nie słychać. Jedynie wentylator działa. Jak ostygnie, wyłącza się. Nagrzewa się błyskawicznie. Stygnie tak jak elektryczna, można więc korzystać z ciepła resztkowego. Oczywiście nie ma na razie piekarnika. Powiedziałem kiedyś, że kupię im w okolicach marca. Tak zostanie. Niech się uczą cierpliwości. Fachowcy wkręcili też kraniki do wody. Zlewozmywak i baterię podłączyłem już sam. Też było z tym trochę zamieszania. Bo kupując kraniki. Zreflektowałem się, że jeden muszę kupić do pralki. Do pralki ma inną średnicę. Po czym szukając jeszcze innych rzeczy w tym przedłużek jakoś się zapomniałem i stwierdziłem, że ten od pralki (zupełnie zapomniałem już o średnicy) jest tańszy. Czemu więc nie wezmę wszystkich takich. W domu przy montażu okazało się, że mam trzy do pralki. Na biegu musiałem jechać po odpowiednie. Potem okazało się, że przedłużki są jeszcze za krótkie. Pojechał ponownie. Na koniec jak już fachowcy poszli sobie, a ja podłączałem zlewozmywak. Okazało się, że zabraknie mi jednego kolanka i kawałka rurki. Była już jednak prawie 20:00. Tym sposobem dopiero dziś podłączyłem wodę. Kończę roczny okres niebytu.
Jak na razie było to moje największe przedsięwzięcie. Pasuje tu jak ulał powiedzenie. Nawet największą podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Bardzo trudno jest postawić ten pierwszy krok. Ja podjąłem tą decyzję dość spontanicznie. Podejrzewam, że jeśli zacząłbym się wtedy zastanawiać ile to pracy i ile to będzie kosztowało. Ile trudu, ile trzeba wszystkiego zgrać w czasie. Nie zacząłbym w ogóle. Rok czasu ogromnie wytężonej pracy, Rok czasu życia w stresie, że coś nie będzie pasowało, że nie na czas, że zabraknie pieniędzy. że się nie zmieści, że będzie krzywo, za nisko, za wysoko, za wąsko. Dzień w dzień bez chwili wytchnienia. Wracałem średnio o 16:00 do domu i zaczynałem średnio o 17:00 na dole. Kończyłem średnio o 20:00 Do tego cała sobota. Ostatnio kończyłem w okolicach 22:00 i nawet w niedziele pracowałem, a o 5:00 rano trzeba wstać. Co dzień prawie do Lerua po drodze, aby kupić jakieś śrubki, deseczki, czy wiertła. Dżentelmeni o pieniądzach nie mówią. Nie powiem ile to kosztowało. Jestem najbardziej dumny z tego, że sfinansowałem to z bieżących dochodów. Nie biorąc kredytu, czy nie naruszając oszczędności. Wspomnę tylko, że budżet został przekroczony prawie dwukrotnie. Były momenty liczenia każdej złotówki, aby do pierwszego starczyło. Przekładanie zakupu na kolejny okres płatności karty kredytowej. Wspomnę też, że policzyłem sobie zgrubnie, bazując na średnich cenach usług. Ile kosztowała moja praca jeśli musiałbym ją zlecić. Czyli kucie, regipsy, elektryka, malowanie, montaż drzwi, mebli hydrauliki i inne. Układanie podłogi... Wyszło mi prawie 30 tyś! Tyle można zaoszczędzić mając dwie ręce i chęć uczenia się i podjęcia ryzyka.
No dobrze, wrzucę jeszcze zdjęcie sypialni, którą zagracili i urządzili obrzydliwymi meblami z ikei. Nie wspomnę o karniszu na który nie mogę patrzeć. Jeszcze brak lampy, pewnie będzie jakiś badziew z Ikea. Na przykład ze sznurków, albo z drutu. Trudno. Tak wiem, mam z tym problem :)
I jeszcze pralnio-spiżarnia bez pralki.
Jak na razie było to moje największe przedsięwzięcie. Pasuje tu jak ulał powiedzenie. Nawet największą podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Bardzo trudno jest postawić ten pierwszy krok. Ja podjąłem tą decyzję dość spontanicznie. Podejrzewam, że jeśli zacząłbym się wtedy zastanawiać ile to pracy i ile to będzie kosztowało. Ile trudu, ile trzeba wszystkiego zgrać w czasie. Nie zacząłbym w ogóle. Rok czasu ogromnie wytężonej pracy, Rok czasu życia w stresie, że coś nie będzie pasowało, że nie na czas, że zabraknie pieniędzy. że się nie zmieści, że będzie krzywo, za nisko, za wysoko, za wąsko. Dzień w dzień bez chwili wytchnienia. Wracałem średnio o 16:00 do domu i zaczynałem średnio o 17:00 na dole. Kończyłem średnio o 20:00 Do tego cała sobota. Ostatnio kończyłem w okolicach 22:00 i nawet w niedziele pracowałem, a o 5:00 rano trzeba wstać. Co dzień prawie do Lerua po drodze, aby kupić jakieś śrubki, deseczki, czy wiertła. Dżentelmeni o pieniądzach nie mówią. Nie powiem ile to kosztowało. Jestem najbardziej dumny z tego, że sfinansowałem to z bieżących dochodów. Nie biorąc kredytu, czy nie naruszając oszczędności. Wspomnę tylko, że budżet został przekroczony prawie dwukrotnie. Były momenty liczenia każdej złotówki, aby do pierwszego starczyło. Przekładanie zakupu na kolejny okres płatności karty kredytowej. Wspomnę też, że policzyłem sobie zgrubnie, bazując na średnich cenach usług. Ile kosztowała moja praca jeśli musiałbym ją zlecić. Czyli kucie, regipsy, elektryka, malowanie, montaż drzwi, mebli hydrauliki i inne. Układanie podłogi... Wyszło mi prawie 30 tyś! Tyle można zaoszczędzić mając dwie ręce i chęć uczenia się i podjęcia ryzyka.
No dobrze, wrzucę jeszcze zdjęcie sypialni, którą zagracili i urządzili obrzydliwymi meblami z ikei. Nie wspomnę o karniszu na który nie mogę patrzeć. Jeszcze brak lampy, pewnie będzie jakiś badziew z Ikea. Na przykład ze sznurków, albo z drutu. Trudno. Tak wiem, mam z tym problem :)
I jeszcze pralnio-spiżarnia bez pralki.




Komentarze