Beskid Sądecki

Od dłuższego już czasu namawialiśmy się z L. na Beskid Sądecki. Oczywiście rowerowo. Od tamtego roku jakoś nie mogliśmy się zgrać wzajemnie i z pogodą. W końcu udało się. W tą sobotę pojechaliśmy z rana do Rytra. Stamtąd w górę od razu niebieskim rowerowym. Z 360 m na 1266 Tyle ma Radziejowa. Cały czas nie zsiadając z roweru. L. starszy ode mnie o 8 lat w połowie zaczął wymiękać i zostawać w tyle. Przynajmniej miałem czas zdjęcia robić. Pogoda piękna. Wreszcie dotarliśmy na przełęcz między Rogaczem, a Radziejową. Okazało się, że jakiś bieg organizują, ale nie było problemu aby jechać. Niestety góry masakrycznie rozkopane. Na przełęczy wielkie kopary i całe ściany skał rozkopane. Nie da się jechać. Na szczęście jakieś kilkaset metrów już w miarę utwardzone.

Cały szlak czerwony do Prehyby prawie przeryty przez spychacz. Może to ma sens. Będzie szerszy, wygodniejszy. Ale przez następne pięć lat, dopóki trochę nie obrośnie, będzie straszył. Boję się, że to ułatwienie dla quadów i motocykli. Rowerzyści, zapewniam - wolą wąskie, trudne ścieżki. Z Prehyby zjechaliśmy w dół do Szczawnicy. Potem przez Białą Wodę na Obidzę i do Piwnicznej. Tam napiliśmy się wody z szamba. Ciekaw jestem jakby taką zaczęli sprzedawać Piwniczankę. Ktoś by kupił? Mnie ona bardzo smakuje. Zapach ma jak ta z szamba, a jak postoi godzinkę, to i kolorem się upodabnia. Nadal jednak jest tak samo smaczna. Oczywiście opiłem się do nieprzytomności i jeszcze do bidonów nabrałem. Z Piwnicznej już tylko rzut beretem do Rytra po samochód. Dawno nie jechałem trasą z tak pięknymi widokami. Niestety zdjęcia coś nie bardzo mi wyszły.

A w niedzielę wymyśliliśmy sobie z Basią, że pójdziemy na nogach do Ojcowa na obiad. Zrobiliśmy tam i z powrotem prawie 32 km. Niestety na obiad trzeba by było czekać godzinę. Nie zjedliśmy. Mają za to piwo holba, to czeskie.


Komentarze

makroman pisze…
Urok roweru (choć ja po górach wolę trekking) piechotą się ten szlak dzieli na trzy dni.