Kajaki

No to kolejne wyzwanie i kolejna forma aktywnego spędzania czasu zaliczona. Tym razem kajaki. Nie wiem czy czas mi się kurczy z wiekiem, ale normalnie powinno się powoli uczyć różnych sportów. Przecież jak człowiek uczy się jeździć na nartach choćby, to nie jedzie od razu w alpy, czy choćby na Kasprowy. Zaczyna się od oślich łączek. Poznany ostatnio Piotr, ten od nart BC namówił mnie na spływ kajakowy. Nigdy w życiu nie siedziałem w kajaku. W ogóle z pływaniem u mnie kiepsko. Znaczy przepłynę basen, na wodzie się utrzymuje, ale mam tendencję zachłystywania się wodą. Ale co mi tam. Oczywiście napomknął, ze to bardziej taka górska rzeka. Biała Przemsza. Korzenie wystające z wody, jakieś powalone pnie. Tak zwane bystrza. Nie jest to oczywiście rzeka z filmu "Dzika rzeka" W końcu płynie po jurze. Wspomniał też, że może pokuszą się na dalszy trudniejszy odcinek. Wtedy cały spływ będzie miał 15 km. Umówiliśmy się o 9:00 u Piotra. Stawiłem się punktualnie. Spływ zaczęliśmy o 10:00 wepchnęliśmy kajaki do wody po krótkim pouczeniu. Rzeka ma szybki nurt, głębokość od 70 do 120 cm. Kamizelki obowiązkowe. Popłynęliśmy w cztery kajaki. Czyli 8 osób. Kajaki są dwuosobowe. Ten z przodu to napęd, a ten z tyłu steruje. Ja jako zupełny nowicjusz dostałem doświadczonego sternika. Ruszyliśmy. Prąd od razu nas wessał. Miejscami płynęliśmy ponad 10 km na godzinę. Na pierwszym bystrzu zostałem zalany wodą. Ale zdawałem sobie sprawę, że suchy nie będę. Zaczęły się przeszkody. Wystające korzenie, leżące w poprzek zatopione drzewa. Trzeba się było rozpędzać aby po nich przepłynąć. Ale ogólnie nie było trudno. Słowem fajna zabawa z odrobiną adrenaliny. Trudnością czasami było trafić sobie w przesmyk między powalonymi drzewami. Płynęła też córka mojego sternika ze swoim chłopakiem. Nie byli nowicjuszami, ale mieli trochę problemów. My płynęliśmy na samym końcu. Trochę z uwagi na moje niedoświadczenie, a trochę z uwagi na to, że ojciec chciał mieć oko na córkę. Pierwszy odcinek przepłynęliśmy w dwie godziny. W zasadzie bez chwili zastanowienia i bez jednego pytania popłynęliśmy dalej na ten nieznany i trudniejszy odcinek. No i się zaczęło. Po prostu jakby cały las leżał w rzece. Nurt znacznie silniejszy i głębokość co najmniej trzy metry. W niektórych miejscach bardzo szeroko, ale rzeka zaczęła bardzo meandrować. Przeszkody były dosłownie co pięć metrów.

Ciągle okazywało się, że musimy przeskakiwać nad pniami. Zawieszaliśmy się na nich i trzeba było radzić sobie odpychając się wiosłami, albo odciążając tył i dociążając przód. Te z tyłu wstawał a ten z przodu posuwał się bardziej na przód i usiłował szarpać kajak ciężarem ciała. Ciągle przepływaliśmy przez jakieś gałęzie, wąziutkie przesmyki. Albo pod pniami. Trzeba było się całkowicie chować w kajaku. W jednym takim miejscu obtarłem sobie nos o pień. Były takie miejsca, że wsadzaliśmy dziób kajaka pod pień. Ten z przodu właził na pień. Składał siedzenie kajaka. Przeciskał kajak pod pniem. Wsiadał z powrotem. Teraz ten z tyłu robił to samo i wsiadał po drugiej stronie. Były też miejsca, że trzeba było wleźć na pień i przenieść kajak przez powalone drzewo. Nie dało się stanąć w rzece, bo nie sięgało się dna. Zresztą nurt był tak silny, że i tak nie bardo dało by się ustać. No i w pewnym momencie córka mojego sternika ze swoim chłopakiem wpłynęła pod gałęzie i przewrócili kajak. Wypadli z kajaka. K. zaczęła trochę panikować. Woda lodowata. szybko podpłynęliśmy i przodem kajaka zablokowaliśmy ją i dzięki temu była w stanie dostać się do brzegu. Okazało się, że dopiero jakieś pół metra od brzegu dostała nogami gruntu. Wiosło odpłynęło, jeden but popłynął. Udało się złapać wiosło, ale buta już nie. Podpłynęliśmy do brzegu, aby im pomóc. Niestety brzeg wysoki i nie było się czego złapać. Wkopałem się ręką w ziemię, aby trzymać kajak. M. wysiadł i próbowali we trójkę wciągnąć kajak na brzeg. Kajak nabiera 200 litrów wody. Ma co prawda korek. Po kilkuminutowej walce kajak zaczął odpływać. Brzegiem prawie nie da się iść, to kompletnie dziki, zarośnięty teren. Jeszcze w jednym bucie, to już w ogóle. K. zdjęła spodenki i owinęła nimi stopę, tą bez buta. Kajak zatrzymał się na przeszkodzie na środku rzeki. Na dodatek linka owinęła się o jakieś korzenie. Po parominutowej walce udało mi się dostać linkę i pociągnąć kajak. Jakimś cudem udało nam się przyholować kajak do brzegu i go wyciągnąć. K. w tym czasie dostała dreszczy, trochę z zimna, a trochę z nerwów. Na szczęście miała jeszcze zapasowe ubranie i się przebrała. Popłynęliśmy dalej, ale widać było, że są już bardzo zmęczeni i ciągle się gdzieś blokowali. Staraliśmy się płynąć za nimi. W zasadzie trudno nazwać to spływem, tu już była ciągła walka z przeszkodami. W pewnym momencie przy bardzo wąskim przesmyku, gdzie kajak trzeba było obrócić o 90 stopni dosłownie na dwóch metrach zawadziliśmy przodem o gałęzie i nurt zepchnął nas pod nie. Kajak się przechylił i zaczął momentalnie nabierać wody. Wypadliśmy w sekundę z kajaka. Poszedłem na dno, ale instynktownie wiedziałem w którą stronę, aby nie pod kajak, tylko w bok i w górę płynąć. Nieszczęśliwie przód kajaka był dalej od brzegu. Usiłowałem dostać się do kajaka, aby się złapać, ale prąd był zbyt silny i zaczął mnie wciągać pod gałęzie. W panice i ostatkiem sił złapałem się konara zwisającego nad wodą. M. udało się dobić do brzegu i opanować kajak. Walcząc z nurtem zadławiłem się wodą. Musiałem uspokoić oddech. Do kajaka nie bardzo mogłem dostać. Czułem jak nogi nurt ciągnie mi pod te gałęzie. Postanowiłem wspiąć się po tym konarze i po gałęzi jak małpa dostać się na brzeg. Na samych rękach zacząłem się wspinać. Na szczęście jestem dość sprawny i ręce mam dość silne. Dodatkowo resztę ciała wypierała woda. Ale jak wyciągnąłem nogi z wody i złapałem się już jedną ręką za kolejną gałąź, cały konar zatrzeszczał i wpadłem z nim do wody. Na szczęście M. zdołał mi podać wiosło i tak dociągnął mnie do kajaka. Całe szczęście taż, że J. czekał poniżej w kajaku. Bo płynął za nami i widział, że się przewróciliśmy. We trójkę zdołaliśmy wyciągnąć kajak z wody. Nie wiem do tej pory w jaki sposób M. zdołał ocalić torbę z kamerami. Stracił jedynie czapkę. Ten odcinek zajął nam 4 godziny. Potem pan z ekipy, która transportuje kajaki powiedział, że ten odcinek rzeki w pięciostopniowej skali jest oceniany na 4.5 Tak, że jestem bardzo szczęśliwy, że przeżyłem i od razu przeszedłem chrzest bojowy w pełnym zanurzeniu. Dziś jestem cały obolały i cały poobcierany od gałęzi. Mam śliwki na rękach od wioseł. Ale micha cieszy mi się od ucha do ucha.

Route 3 486 695 - powered by www.wandermap.net

Komentarze

makroman pisze…
To się nazywa "skok na głęboką wodę" ! Brawo.
Kajakarzem jestem doświadczonym, ale przy takiej rzece czuł bym respekt, choć mam za sobą Dunajec i Poprad.
Sprzęt mieliście dobry, trzeba docenić organizatora.