Serak i inne górki

Ścieżki, ścieżkami, ale tu tyle gór do zdobycia. Oprócz gór Rychlebskich, są tu jeszcze Jesioniki. A w nich kilka szczytów na które można wjechać. Można zimą pojeździć tam też na nartach, czy choćby na nich pobiegać. Podjechałem samochodem znowu pod jaskinie, aby tam zostawić samochód i stamtąd, czego trochę żałowałem główną drogą do ośrodka narciarskiego, do Ramzowej. Niezbyt to ciekawy dojazd, bo główną drogą. Ale zaplanowałem taką pętelkę, która sprowadzi mnie znowu pod jaskinie, tyle, że od drugiej strony. Z Ramzowej już piękną Cyklotrasą na Serak. 1350 m nad poziomem morza. Trasa wiedzie z początku szeroką szutrową droga, potem jednak od górnej stacji wyciągu narciarskiego okrąża szczyt i jest chyba jakimś żartem dla rowerzystów.

Nadal oznaczona jako cyklotrasa, ale po prostu skalista, z ostrymi płytami skalnymi wystającymi ze ścieżki na sztorc. Nie sposób w żaden sposób jechać co najmniej na kilometrze jej długości. Przed samym szczytem dopiero robi się w miarę jezdna. Na szczycie niestety było tak zimno, że musiałem zrezygnować z dalszej jazdy, a chciałem jeszcze pojechać na kolejny wierzchołek - Keprnik 1422 i zjechać do Adolfowic. Zmieniłem jednak plany i pojechałem w dół żółtym pieszym szlakiem. Bardzo trudnym i krętym. I tutaj właśnie mamy dowód czemu dla górskich turystów rowerowych coś takiego jak Rychlebskie ścieżki nie jest wyzwaniem. Jeżdżąc po górach mamy na co dzień znacznie trudniejsze przejazdy. Na dodatek nie przygotowane pod rowerzystów. Efektem na zwieńczenie dnia i zakończenie przygody było przelecenie przez kierownicę, na samym końcu szlaku, tak, że z lasu wypadłem prosto na asfalt. Mocno się poobijałem. Najgorzej wygląda biodro.

Krwawa wielka gula. Pod łokciem też siniak, kilka nad kolanem i coś mi się stało z kciukiem. Nie bardzo mogłem zgiąć i strasznie bolał. Jakiś taki dziwny był. Udało mi się jednak pomimo bólu ponaciągać go i wskoczył na swoje miejsce. Pojawiła się jedynie po jednym dniu sina pręga na poduszce od kciuka do nadgarstka, ale jest z nim wszystko ok. Nawet nie boli. We czwartek wracam do domu, w planach miałem jeszcze raz z rana zanim pojadę wyskoczyć na ścieżki i jeszcze raz przejechać Superflow, jednak o ósmej rano zastałem szron na trawie. Stwierdziłem, że skoro tu na dole jest tak zimo, to wyżej będzie lodowato. Spakowałem się i pomknąłem do domu. Nie ulega wątpliwości, że muszę tu wrócić z ekipą. Chciałbym zrobić film z przejazdu z prawdziwego zdarzenia, a nie tylko w stylu "Jedzie facet na rowerze" kręcony z kierownicy.

Komentarze

ikroopka pisze…
Podziwiam, ale nie zazdroszczę, zdecydowanie góry wolę zdobywać per pedes:)
makroman pisze…
Ambitne plany filmowe ;) powodzenia.
Kilka razy spotkałem się ze szlakami rowerowymi wyznaczanymi za pomocą... googlemap! Efakt właśnie taki, że trzeba było rowery przenosić. Jeszcze pół biedy gdy trasa wiedzie przez błocka, ale ns skalistych i wąskich scieżkach zaczyna być niebezpiecznie.