Dziś już całkiem świadomie celem było Sedlo Prievalec. Przede wszystkim chodziło też o spenetrowanie ścieżek rowerowych w przeciwnym kierunku. Jedynym problemem jaki widziałem, to powrót. Po zjeździe na drugą stronę w zasadzie jedyna droga, to główna droga na Ruzomberok. Potem jeszcze powrót osiemnastką pod Liptowski Mikulasz. Wg mapy wychodzi prawie 90 km. Sporo. Ale nie ma co jadę. Początkowa droga jest trochę niewygodna. Trochę terenu. Raz z góry, raz pod górę. Potem kluczenie po różnych miejscowościach.
Ale wszystkie niedogodności rekompensują widoki. W końcu docieram do doliny i tu jazda już jest wspaniała i trochę przypomina drogę, za siedmioma górami, za siedmioma lasami… Co wydaje mi się, że to już za tą górą będzie wjazd na przełęcz, przestrzeń się otwiera i widać kolejną górę. Cały czas jedzie się praktycznie po płaskim. Trochę zaczyna mnie martwić pogoda. Chłodno i ruszył się mocny wiatr. Na dodatek zza szczytów wychodzą nieładne chmury. Mam nadzieję, że nie dowali mi znowu burza. Widać też jakiego spustoszenia na Słowacji wyrządziły wiatry. Wszędzie całe zbocza powalonych drzew. Ciągle mijam ogromne sterty bali lub resztek po drwalach. Niektóre pryzmy mają chyba z 10 metrów. Już wczoraj zauwarzyłem specjalne znaki na cyklotrasach ograniczające rowerzystów do 20 km na godzinę.
Zaczynam w końcu podjazd, gdzie właśnie mijają mnie z hukiem dwa ogromne samochody z przyczepami pełnymi bali drewna. Podjazd jest męczący i długi. Na szczęście asfalt i to dobrej jakości. Znowu dziś wspinam się na 1102 metry. Wreszcie na górze. Teraz będzie zjazd. Według profilu jaki sobie sprawdziłem, aż po Ruzomberok. Faktycznie zjazd jest niesamowity. Jadę i jadę w dół. Martwi mnie tylko kierunek, coraz bardziej oddalam się od miejsca do którego mam wrócić. W końcu dojeżdżam do głównej drogi. Ruch spory, ale jest piękne asfaltowe pobocze. Drogowskaz mówi, że do Ruzomberoka 15 km. To wyzwanie po takiej drodze. Po chwili jednak patrzę, a ja na liczniku mam 36 na godzinę. To pęd powietrza od mijających mnie samochodów tak mnie gna. Jest lekko z górki. I tak do końca. Docieram niemal w pół godziny. To spore miasto, zjeżdżam na 18-nastkę i tu już nie jest tak wspaniale, ale i tak w dół i jedzie się ponad 20. Do Mikulasza jest 31 km. Jednak ja mam zamiar skręcić trochę wcześniej. Najgorsze jest jednak to, że aby zjechać na Liptowski Michał.
Mam jakieś 500 metrów autostradą. Nie wiem jak ja to zrobię. Rowerem nie można. Na szczęście okazuje się, że ten zjazd na mapie oznaczony na brązowo i opatrzony napisem D1 nie do końca jest jeszcze autostradą. Jest tam stacja benzynowa do której jest osobny dojazd. A wyjazd z niej też sięga aż do zjazdu. Na stacji tankuje kofolę i jadę dalej. Ta część aż do zjazdu w pola jest chyba najgorsza. Zaczyna się wreszcie skwar, chyba pierwszy w tym roku. Jak rano marzłem, to teraz czuję, że muszę się posmarować filtrem, bo mnie spali na wiór. W końcu mozolnie docieram do zjazdu i tera choć pod górkę jedzie się przyjemnie, aż do mojej miejscowości. Teraz pod prysznic, a potem do knajpki na piwo.
Ale wszystkie niedogodności rekompensują widoki. W końcu docieram do doliny i tu jazda już jest wspaniała i trochę przypomina drogę, za siedmioma górami, za siedmioma lasami… Co wydaje mi się, że to już za tą górą będzie wjazd na przełęcz, przestrzeń się otwiera i widać kolejną górę. Cały czas jedzie się praktycznie po płaskim. Trochę zaczyna mnie martwić pogoda. Chłodno i ruszył się mocny wiatr. Na dodatek zza szczytów wychodzą nieładne chmury. Mam nadzieję, że nie dowali mi znowu burza. Widać też jakiego spustoszenia na Słowacji wyrządziły wiatry. Wszędzie całe zbocza powalonych drzew. Ciągle mijam ogromne sterty bali lub resztek po drwalach. Niektóre pryzmy mają chyba z 10 metrów. Już wczoraj zauwarzyłem specjalne znaki na cyklotrasach ograniczające rowerzystów do 20 km na godzinę.
Zaczynam w końcu podjazd, gdzie właśnie mijają mnie z hukiem dwa ogromne samochody z przyczepami pełnymi bali drewna. Podjazd jest męczący i długi. Na szczęście asfalt i to dobrej jakości. Znowu dziś wspinam się na 1102 metry. Wreszcie na górze. Teraz będzie zjazd. Według profilu jaki sobie sprawdziłem, aż po Ruzomberok. Faktycznie zjazd jest niesamowity. Jadę i jadę w dół. Martwi mnie tylko kierunek, coraz bardziej oddalam się od miejsca do którego mam wrócić. W końcu dojeżdżam do głównej drogi. Ruch spory, ale jest piękne asfaltowe pobocze. Drogowskaz mówi, że do Ruzomberoka 15 km. To wyzwanie po takiej drodze. Po chwili jednak patrzę, a ja na liczniku mam 36 na godzinę. To pęd powietrza od mijających mnie samochodów tak mnie gna. Jest lekko z górki. I tak do końca. Docieram niemal w pół godziny. To spore miasto, zjeżdżam na 18-nastkę i tu już nie jest tak wspaniale, ale i tak w dół i jedzie się ponad 20. Do Mikulasza jest 31 km. Jednak ja mam zamiar skręcić trochę wcześniej. Najgorsze jest jednak to, że aby zjechać na Liptowski Michał.
Mam jakieś 500 metrów autostradą. Nie wiem jak ja to zrobię. Rowerem nie można. Na szczęście okazuje się, że ten zjazd na mapie oznaczony na brązowo i opatrzony napisem D1 nie do końca jest jeszcze autostradą. Jest tam stacja benzynowa do której jest osobny dojazd. A wyjazd z niej też sięga aż do zjazdu. Na stacji tankuje kofolę i jadę dalej. Ta część aż do zjazdu w pola jest chyba najgorsza. Zaczyna się wreszcie skwar, chyba pierwszy w tym roku. Jak rano marzłem, to teraz czuję, że muszę się posmarować filtrem, bo mnie spali na wiór. W końcu mozolnie docieram do zjazdu i tera choć pod górkę jedzie się przyjemnie, aż do mojej miejscowości. Teraz pod prysznic, a potem do knajpki na piwo.
Route 3 063 964 - powered by www.bikemap.net



Komentarze
Tereny wokół Mikulasza znam świetnie, latami był to nasz ulubiony teren wypadowy, choć pewnie teraz sporo się tam zmieniło - no choćby autostrady.