ch... nie robota.

Jak to mawiają fachowcy. Zacząłem we czwartek, bo piękna pogoda. W piątek jednak, Basia z okazji imienin zażyczyła sobie obiad w jakiejś knajpce. Wyszukałem prawdziwą indyjską i takim dwumetrowym czarnym hindusem jako kelnerem. Kucharze zresztą tacy sami. Jakby ktoś był w takiej, to jak pytają czy ostre, trzeba mówić, że średnio ostre. Ja zamówiłem placki ziemniaczane z zielonym groszkiem, nie przypominają placków ziemniaczanych. Zresztą to były placuszki z ziemniaków, a nie placki ziemniaczane. Mnie wybornie smakowały, do tego cztery sosy, jeden wypalił dziurę w talerzu i w stole, w podłodze. Coś jak krew obcego, tyle, że zielona. Basia wzięła, dość tradycyjnie kurczaka z czymś tam po jakiemuś tam. Taka czerwona breja, ale całkiem smaczna. Wszystkie dania tam podawane są w podgrzewanych miedzianych kociołkach. No poza placuszkami. Do tego wzięliśmy różnego rodzaju pieczywa. Najlepsze jest bakaliowe. Do picia nie polecam natomiast piwa indyjskiego. Taka woda zmieszana z piwem. Basia nie do końca była zadowolona, ale ta kobieta tak już ma. No i w piątek oczywiście - wracając do tematu - nic nie zrobiłem. W sobotę natomiast namówiła mnie na rower. Ale dopiero od 12:00. Wstałem zaraz po szóstej i porobiłem całkiem sporo do 12:00. Potem jeszcze trochę jak wróciliśmy z roweru. W niedzielę po kościele spacer, potem goście i integrowaliśmy się przy raclette. Przygotowałem różne smakołyki, pikle, kilka rodzajów sera, w tym tytułowy i inne takie. Faktycznie można się przy tym integrować. Łosoś był tylko ciut za słony. Pierwszy raz taki kupiłem. Zwykle kupuję surowy, a tu skusiłem się na wędzony na zimno. Zrobiłem też czekoladę z brandy i chilli. To był hit. Ostrość wyszła perfekcyjnie, ale za nic nie wiem ile dałem tej papryki. We czwartek, tak już wracając do początku. Poobcinałem gałęzie. Między innymi wielki konar od orzecha. Nieszczęśliwie zawadził o sznurki do prania i złamał jeden słupek. Dołożyłem sobie roboty. Dziś oddałem do spawania, choć korciło mnie aby kupić sobie spawarkę i zdobyć kolejną sprawność. Zawiozłem dziś też samochody do zmiany opon. Ja już mam letnie, Konrad będzie miał jutro. Dziś nici z roboty, bo łeb urywa od rana. Może jutro coś zdołam zrobić.

Komentarze

eldka pisze…
No nie mów, że sam kół nie zmieniasz? ;)
Nomad pisze…
Eeee... No takie spore są od mojego. Ledwo mogę unieść, a to trzeba ciśnienie sprawdzić, ewentualnie wyważyć. Bezpieczniej jak fachowcy zrobią. No i mam za płotem.
ikroopka pisze…
Hm, zważywszy, że tytuł wpisu brzmi "Ch...nie robota" - nie, nie osmielę się napisać, jak nazywał się 'tytułowy ser', powiesz?
:)
Basia ma imieniny w kwietniu?
Knajpe polecasz? podaj namiary.
Nomad pisze…
No tak, oczywiście chodzi o urodziny. Imieniny ma wtedy co patronka górników. Tytułowy ser... chodzi o tytuł maszyny integracyjnej - Raclette. To taki stołowy grill z malutkimi patelenkami do zapiekania. Nazwa grilla pochodzi właśnie od tego sera. Wiem, pisze ciut niezrozumiale. To taki wyrzut myśli następuje u mnie i wylewa się na papier, a właściwie klawiaturę. Knajpka jest na Sławkowskiej: http://www.indus.pl Mnie się podobało i smakowało.
Tesia pisze…
"Wyrzut myśli" powiadasz :-). Też to miewam, lecz nie miałam pojęcia, jak to się zowie. Czuję się raźniej, bo nie brzmi zbyt groźnie ;-)