Dobra, to dziś będzie o Pilsku, ale wpierw, warte zanotowania. Od W zasadzie właśnie soboty popsuła się pogoda. A dziś wracając z pracy, wracałem rzeką. Po prostu drogą płynęła rzeka. Dokładnie przed piętnastą zaczęła się ulewa. Miałem przeczekać, ale Basia zadzwoniła żebym przyjechał po nią bo u nas też leje, a ona rowerem. Ruszyłem w największy deszcz, ulice puste. Wszystkich zmyło. Miejscami bałem się, abym silnika nie zalał. Nie tak głęboko, tylko tak woda chlapała z kół. Trawa rośnie, a ja nie mogę skosić.
Teraz wreszcie o Pilsku. Znowu napisałem na fejsie, że wybieram się rowerem i jak ktoś chętny, może dołączyć. Po dwóch dniach zgłosił się T. Ten co byłem z nim na Magurze. Walczy z balastem i jest niesamowicie ambitny. Już pisałem, że traci średnio 4 kg miesięcznie. Podziwiam go. Okazało się, że zgłosił się jeszcze jeden kolega.
Z nim byłem kiedyś w okolicach Ojcowa na wycieczce. Oboje jednak zupełnie bez doświadczenia w górskiej turystyce rowerowej. Ostrzegłem ich, że 50 po górach, to czasami jak 150 po asfalcie. Na koniec okazało się, że dołączył jeszcze jeden. Mój imiennik. Ten akurat trochę jeździ po górach. Musieliśmy pojechać dwoma samochodami. Mam bagażnik tylko na 3 rowery. Mój imiennik przyjechał Nisanem pikapem. Do Basi miały przyjechać koleżanki na grilla. Poprosiłem aby zaparkował w garażu. Nie zmieścił się :) Wystawał w jednej trzeciej. Ruszyliśmy o szóstej rano. Basia była bardzo zaskoczona wstając rano i widząc nowe auto w garażu. Po drodze zebraliśmy T. Około ósmej dotarliśmy pod Pilsko. Postanowiliśmy wtoczyć się nartostradą. Licząc na to, że da się jechać. Niestety. Płyną tamtędy strumienie i są wielkie koleiny. Miejscami mokro. Wiele luźnych kamieni i bardzo stromo. Na około 3 km, było jakieś 300m jazdy. Tak dotarliśmy na Miziową. Tomek dotarł pół godziny po nas, ale należą mu się wielkie brawa. My z 30-kilogramowymi plecakami chyba byśmy nie dotarli. Na Pilsko, to już trzeba było wziąć rowery na plecy i po prostu wejść pieszo. Pamiątkowe zdjęcie i znowu zejście, a częściowo zjazd stokiem do Miziowej. Stamtąd w stronę Rysianki. Teren bardzo trudny technicznie.
Dodatkowo chyba dosłownie kilka dni temu była wichura. Co kilkaset metrów leżały wielkie drzewa na szlaku. Nie było nawet jeszcze wydeptanych obejść. Dotarliśmy wreszcie na Rysiankę. Jak dotąd pogoda cudna i widoki olśniewające. Cały wyjazd był pod znakiem zapytania w piątek. W zapowiedziach były gwałtowne burze i opady. Meteo pokazywało od 14:00 opady na Pilsku. Do Rysianki dotarliśmy około 13:20 Zjedliśmy pierogi i poczekali na T. Dotarł z opóźnieniem podobnym jak na Pilsko. Podczas tego oczekiwania zaczęły się zbierać chmury. Na mapie radarowej w internecie zaczęła się pojawiać burza. Punkt 14:00 rozległ się pierwszy grzmot. Zaczęło kropić. W planach była dalsza jazda żółtym szlakiem aż pod Żywiec. Jednak po krótkiej naradzie postanowiliśmy się ewakuować. W stronę planowanej jazdy było czarno i widać było smugi deszczu. Ruszyliśmy w dół. Ale mieliśmy problem z interpretacją szlaku. Okazało się, że to nie ten. Lunął deszcz. Przykryliśmy plecaki pokrowcami i zaczęliśmy się wdrapywać z powrotem na Rysiankę. Zjechaliśmy dosłownie 50 metrów. Zanim doszliśmy na górę pogrzmiało jeszcze parę razy, ale deszcz zelżał. Wreszcie udało się znaleźć właściwy szlak. Ktoś złamał tabliczkę ze strzałką. Ruszyliśmy pędem poganiani przez pioruny. Niebieski w stronę Sopotni czy jakoś tak. Masakra. Jakby lało chyba by nas potoki porwały. Wąsko, bardzo technicznie i wszędzie przepływający strumień. Wreszcie dotarliśmy do drogi i pomknęliśmy krętą szutrową drogą w dół.
W pewnym momencie licznik dobił prawie do 60-tki Po kilku kilometrach pojawił się asfalt, ale nadal w dół. Po kolejnych zrobiła się ulica i nadal w dół. Potem w prawo znowu na wąską drogę asfaltową. Podjazd, a wokół czarno. Trzeba się sprężać, bo jeszcze z pięć kilometrów do samochodu. I znowu pognaliśmy krętą, wąską asfaltówką w dół. Dotarliśmy do głównej drogi. Dwaj Andrzeje. Cały czas byliśmy na czele tej wycieczki. Po chwili dotarł L. A na końcu T. Ruszyliśmy w górę do Korbielowa gdzie zostawiliśmy samochody. Deszcz złapał nas dopiero w trakcie drogi powrotnej. Po raz pierwszy miałem okazje jechać po górach w grupie czteroosobowej. Choć T. i L. zostawali w tyle. Wtaczania się na Pilsko prawie nie pamiętam. Jakbym był sam, zapewne zmordował bym się okrutnie i pamiętał to. Pewnie sam nigdzie bym się nie zatrzymywał. Ale przyznam, że mogę w tej grupie pojechać ponownie. Jak tylko pogoda się poprawi trzeba będzie pomyśleć o kolejnym wyjeździe.
Teraz wreszcie o Pilsku. Znowu napisałem na fejsie, że wybieram się rowerem i jak ktoś chętny, może dołączyć. Po dwóch dniach zgłosił się T. Ten co byłem z nim na Magurze. Walczy z balastem i jest niesamowicie ambitny. Już pisałem, że traci średnio 4 kg miesięcznie. Podziwiam go. Okazało się, że zgłosił się jeszcze jeden kolega.
Z nim byłem kiedyś w okolicach Ojcowa na wycieczce. Oboje jednak zupełnie bez doświadczenia w górskiej turystyce rowerowej. Ostrzegłem ich, że 50 po górach, to czasami jak 150 po asfalcie. Na koniec okazało się, że dołączył jeszcze jeden. Mój imiennik. Ten akurat trochę jeździ po górach. Musieliśmy pojechać dwoma samochodami. Mam bagażnik tylko na 3 rowery. Mój imiennik przyjechał Nisanem pikapem. Do Basi miały przyjechać koleżanki na grilla. Poprosiłem aby zaparkował w garażu. Nie zmieścił się :) Wystawał w jednej trzeciej. Ruszyliśmy o szóstej rano. Basia była bardzo zaskoczona wstając rano i widząc nowe auto w garażu. Po drodze zebraliśmy T. Około ósmej dotarliśmy pod Pilsko. Postanowiliśmy wtoczyć się nartostradą. Licząc na to, że da się jechać. Niestety. Płyną tamtędy strumienie i są wielkie koleiny. Miejscami mokro. Wiele luźnych kamieni i bardzo stromo. Na około 3 km, było jakieś 300m jazdy. Tak dotarliśmy na Miziową. Tomek dotarł pół godziny po nas, ale należą mu się wielkie brawa. My z 30-kilogramowymi plecakami chyba byśmy nie dotarli. Na Pilsko, to już trzeba było wziąć rowery na plecy i po prostu wejść pieszo. Pamiątkowe zdjęcie i znowu zejście, a częściowo zjazd stokiem do Miziowej. Stamtąd w stronę Rysianki. Teren bardzo trudny technicznie.
Dodatkowo chyba dosłownie kilka dni temu była wichura. Co kilkaset metrów leżały wielkie drzewa na szlaku. Nie było nawet jeszcze wydeptanych obejść. Dotarliśmy wreszcie na Rysiankę. Jak dotąd pogoda cudna i widoki olśniewające. Cały wyjazd był pod znakiem zapytania w piątek. W zapowiedziach były gwałtowne burze i opady. Meteo pokazywało od 14:00 opady na Pilsku. Do Rysianki dotarliśmy około 13:20 Zjedliśmy pierogi i poczekali na T. Dotarł z opóźnieniem podobnym jak na Pilsko. Podczas tego oczekiwania zaczęły się zbierać chmury. Na mapie radarowej w internecie zaczęła się pojawiać burza. Punkt 14:00 rozległ się pierwszy grzmot. Zaczęło kropić. W planach była dalsza jazda żółtym szlakiem aż pod Żywiec. Jednak po krótkiej naradzie postanowiliśmy się ewakuować. W stronę planowanej jazdy było czarno i widać było smugi deszczu. Ruszyliśmy w dół. Ale mieliśmy problem z interpretacją szlaku. Okazało się, że to nie ten. Lunął deszcz. Przykryliśmy plecaki pokrowcami i zaczęliśmy się wdrapywać z powrotem na Rysiankę. Zjechaliśmy dosłownie 50 metrów. Zanim doszliśmy na górę pogrzmiało jeszcze parę razy, ale deszcz zelżał. Wreszcie udało się znaleźć właściwy szlak. Ktoś złamał tabliczkę ze strzałką. Ruszyliśmy pędem poganiani przez pioruny. Niebieski w stronę Sopotni czy jakoś tak. Masakra. Jakby lało chyba by nas potoki porwały. Wąsko, bardzo technicznie i wszędzie przepływający strumień. Wreszcie dotarliśmy do drogi i pomknęliśmy krętą szutrową drogą w dół.
Route 2 616 788 - powered by www.bikemap.net
W pewnym momencie licznik dobił prawie do 60-tki Po kilku kilometrach pojawił się asfalt, ale nadal w dół. Po kolejnych zrobiła się ulica i nadal w dół. Potem w prawo znowu na wąską drogę asfaltową. Podjazd, a wokół czarno. Trzeba się sprężać, bo jeszcze z pięć kilometrów do samochodu. I znowu pognaliśmy krętą, wąską asfaltówką w dół. Dotarliśmy do głównej drogi. Dwaj Andrzeje. Cały czas byliśmy na czele tej wycieczki. Po chwili dotarł L. A na końcu T. Ruszyliśmy w górę do Korbielowa gdzie zostawiliśmy samochody. Deszcz złapał nas dopiero w trakcie drogi powrotnej. Po raz pierwszy miałem okazje jechać po górach w grupie czteroosobowej. Choć T. i L. zostawali w tyle. Wtaczania się na Pilsko prawie nie pamiętam. Jakbym był sam, zapewne zmordował bym się okrutnie i pamiętał to. Pewnie sam nigdzie bym się nie zatrzymywał. Ale przyznam, że mogę w tej grupie pojechać ponownie. Jak tylko pogoda się poprawi trzeba będzie pomyśleć o kolejnym wyjeździe.
Komentarze
Tereny faktycznie idealne do takiego trekkingu.
A propos zabieracie ze sobą mechanika, czy po prostu macie szczęście i rowery nie szwankują?