Powoli wracam do życia. Teraz będę odpoczywał na urlopie. Do pracy idę dopiero w kolejny czwartek. W międzyczasie jedziemy na narty. Dosłownie na trzy dni. Blisko. Do Jurgowa. Szkoda tylko, że śniegu mało. Tam w większości pewnie będzie sztuczne naśnieżanie. Jedziemy z kuzynką. Będziemy mieli czteroosobowy pokój. Tak zwany “apartament”. W każdym razie ma być nawet miejsce na ugotowanie czegoś. A wracając do pracy, bo to się bardzo wiąże. Urlop dostajemy w końcu z pracy. Miało być tak, że pracowałem w cztery soboty na przestrzeni dwóch miesięcy. Na pewnym spotkaniu “kierowników” zastanawialiśmy się co zrobić aby zmotywować pracowników do bardziej wytężonej pracy i większej ilości godzin. Wysunąłem propozycję, aby zaproponować soboty, które później będzie można odebrać.
To wcale nie jest mój pomysł. Tak było za poprzedniego dyrektora i to funkcjonowało w takich gorących okresach. To chyba najlepsza forma. Bo mówienie, że zostanie to uwzględnione w premii, to jak obiecywanie gruszek na wierzbie. Temat podchwycił obecny dyrektor i nawet zostało to powiedziane na spotkaniu na którym był Z. - prezes. Nie pamiętam czy on nawet to powiedział. Mniejsza o to. Błąd, że nie zostało to napisane i precyzyjnie określone warunki. Ale jesteśmy dorosłymi osobami i nie chodzi tu o jakieś regulaminy. Za poprzedniego dyrektora pracownik, pracował w sobotę, popychał pracę do przodu. Dyrektor był wdzięczny i dawał potem wolne. Tym razem też miało być tak pięknie. Byłem w cztery soboty. W ciągu tych dwóch miesięcy i nawet piątą teraz w grudniu.
Zresztą w tych miesiącach miałem w okolicach 30 godzin. W grudniu nawet 50 do dziś! Niby w regulaminie mamy pracę 8:30, bo przerwa na obiad. (z której nie korzystam) Wiadomo, sobota rządzi się innymi prawami. Byłem odpowiednio 8:30,8:00 7:51,7:41. J. Nowy dyrektor chciał być chyba bardzo służbowy. Rozumiem, chciał to zrobić oficjalnie. Pisaliśmy do Z. wnioski o wolne za soboty. Ja wypisałem cztery. Do wniosku były dołączone zestawienia roczne. W każdym miesiącu liczba godzin. Najmniej chyba miałem sześć, w jakimś wakacyjnym. W miesiącach z sobotami, grubo przekroczyłem 4x8:30 Mój wniosek wrócił ze skreśleniem dwóch dni. Trochę czułem się zdezorientowany, tym bardziej, że J. Zapytał czy nie chcę sobie dopisać do wniosku soboty grudniowej. Powiedziałem, że byłem niecałe 6 godzin. Już wtedy co prawda w grudniu miałem 40 godzin dodatkowych. Dziś przyszedł mail, że praktycznie żadne wnioski nie przeszły. Uzasadniając to niepełną ilością godzin. Przypominam, że w jednej zabrakło mi 9 minut. Owszem jestem za konkretnymi granicami. Tyle że nikt nie objaśnił wcześniej zasad, a mieliśmy na względzie poprzednie takie akcje. Teraz nawet nie wiem, czy skoro dostałem też takiego maila, to w ogóle nie został zaakceptowany żaden dzień, czy tylko te dwa. Ale nie chciało mi się już dopytywać, zobaczę w zestawieniu urlopowym. Powiem głośno - pieprzę to! Nie zostawałem dla prezesa, ani nawet dyrektora nowego, choć tego mi żal, bo usiłuje chłopak zjednać sobie wrogo nastawiony zespół, a prezes takie kłody mu rzuca pod nogi. Naprawdę szczerze współczuję. On chyba czuje się bardziej oszukany niż reszta. Nie zakładam że uczestniczy w jakimś szalonym spisku. Zakładam dobre intencje. Wszystko wskazuje na to, że się stara.
Zostawałem dla sprawy, zostawałem dla ludzi tworzących ten zespół. Jeśli J. chce być w tym zespole, a nie tylko dyrektorem i dla niego. Tak postrzegam zwykłą ludzką lojalność. Skoro mam możliwości zostanie, nie mam płaczących małych dzieci, chorych bliskich. To zostaję, bo inni też się poświęcają. Nie dla firmy. Tworzymy coś z czego chcemy być dumni. I my mamy prawo tak pisać. Prezes nie! Nie należy do tego zespołu. A teraz trochę z innej perspektywy. Bo w końcu lubię zawsze rozpatrzeć sprawę z obu stron. To dość oczywiste, że wolne za inny dzień powinno być wtedy, gdy ten dzień był regulaminowy. Rozumiem to, on też rozlicza się z górą, musi być zapewne bardziej papieski niż papież. Ale to jego błąd, że nie ustalił dokładnych zasad. Czy to z nami, czy z J. A J. nie przekazał nam. Czy naprawdę góra jest tak krótkowzroczna, że nie widzi dwóch końców kija? Taki numer raczej jest jednorazowy. J. napisał dziś maila, że przy rozdziale premii kierownicy mają brać pod uwagę właśnie te dodatkowe soboty. A ja zawsze powtarzam na spotkaniach, że nie oceniam przez pryzmat siedzenia po godzinach, tylko przez efekty. Owszem na efekty wpływa czasami liczba poświęconych godzin. Co ja teraz mam zrobić jak mam takie wytyczne? Dodatkowo czuję się odpowiedzialny, bo ja taki pomysł podsunąłem. A jeszcze aby było jasne, to nie tak, że tylko ja ryłem po 15 godzin dziennie. Takich było przysłowiowe mnóstwo.
To wcale nie jest mój pomysł. Tak było za poprzedniego dyrektora i to funkcjonowało w takich gorących okresach. To chyba najlepsza forma. Bo mówienie, że zostanie to uwzględnione w premii, to jak obiecywanie gruszek na wierzbie. Temat podchwycił obecny dyrektor i nawet zostało to powiedziane na spotkaniu na którym był Z. - prezes. Nie pamiętam czy on nawet to powiedział. Mniejsza o to. Błąd, że nie zostało to napisane i precyzyjnie określone warunki. Ale jesteśmy dorosłymi osobami i nie chodzi tu o jakieś regulaminy. Za poprzedniego dyrektora pracownik, pracował w sobotę, popychał pracę do przodu. Dyrektor był wdzięczny i dawał potem wolne. Tym razem też miało być tak pięknie. Byłem w cztery soboty. W ciągu tych dwóch miesięcy i nawet piątą teraz w grudniu.
Zresztą w tych miesiącach miałem w okolicach 30 godzin. W grudniu nawet 50 do dziś! Niby w regulaminie mamy pracę 8:30, bo przerwa na obiad. (z której nie korzystam) Wiadomo, sobota rządzi się innymi prawami. Byłem odpowiednio 8:30,8:00 7:51,7:41. J. Nowy dyrektor chciał być chyba bardzo służbowy. Rozumiem, chciał to zrobić oficjalnie. Pisaliśmy do Z. wnioski o wolne za soboty. Ja wypisałem cztery. Do wniosku były dołączone zestawienia roczne. W każdym miesiącu liczba godzin. Najmniej chyba miałem sześć, w jakimś wakacyjnym. W miesiącach z sobotami, grubo przekroczyłem 4x8:30 Mój wniosek wrócił ze skreśleniem dwóch dni. Trochę czułem się zdezorientowany, tym bardziej, że J. Zapytał czy nie chcę sobie dopisać do wniosku soboty grudniowej. Powiedziałem, że byłem niecałe 6 godzin. Już wtedy co prawda w grudniu miałem 40 godzin dodatkowych. Dziś przyszedł mail, że praktycznie żadne wnioski nie przeszły. Uzasadniając to niepełną ilością godzin. Przypominam, że w jednej zabrakło mi 9 minut. Owszem jestem za konkretnymi granicami. Tyle że nikt nie objaśnił wcześniej zasad, a mieliśmy na względzie poprzednie takie akcje. Teraz nawet nie wiem, czy skoro dostałem też takiego maila, to w ogóle nie został zaakceptowany żaden dzień, czy tylko te dwa. Ale nie chciało mi się już dopytywać, zobaczę w zestawieniu urlopowym. Powiem głośno - pieprzę to! Nie zostawałem dla prezesa, ani nawet dyrektora nowego, choć tego mi żal, bo usiłuje chłopak zjednać sobie wrogo nastawiony zespół, a prezes takie kłody mu rzuca pod nogi. Naprawdę szczerze współczuję. On chyba czuje się bardziej oszukany niż reszta. Nie zakładam że uczestniczy w jakimś szalonym spisku. Zakładam dobre intencje. Wszystko wskazuje na to, że się stara.
Zostawałem dla sprawy, zostawałem dla ludzi tworzących ten zespół. Jeśli J. chce być w tym zespole, a nie tylko dyrektorem i dla niego. Tak postrzegam zwykłą ludzką lojalność. Skoro mam możliwości zostanie, nie mam płaczących małych dzieci, chorych bliskich. To zostaję, bo inni też się poświęcają. Nie dla firmy. Tworzymy coś z czego chcemy być dumni. I my mamy prawo tak pisać. Prezes nie! Nie należy do tego zespołu. A teraz trochę z innej perspektywy. Bo w końcu lubię zawsze rozpatrzeć sprawę z obu stron. To dość oczywiste, że wolne za inny dzień powinno być wtedy, gdy ten dzień był regulaminowy. Rozumiem to, on też rozlicza się z górą, musi być zapewne bardziej papieski niż papież. Ale to jego błąd, że nie ustalił dokładnych zasad. Czy to z nami, czy z J. A J. nie przekazał nam. Czy naprawdę góra jest tak krótkowzroczna, że nie widzi dwóch końców kija? Taki numer raczej jest jednorazowy. J. napisał dziś maila, że przy rozdziale premii kierownicy mają brać pod uwagę właśnie te dodatkowe soboty. A ja zawsze powtarzam na spotkaniach, że nie oceniam przez pryzmat siedzenia po godzinach, tylko przez efekty. Owszem na efekty wpływa czasami liczba poświęconych godzin. Co ja teraz mam zrobić jak mam takie wytyczne? Dodatkowo czuję się odpowiedzialny, bo ja taki pomysł podsunąłem. A jeszcze aby było jasne, to nie tak, że tylko ja ryłem po 15 godzin dziennie. Takich było przysłowiowe mnóstwo.



Komentarze