Ależ było zimno. Do około 12:00 cały czas był szron. Dopiero potem trochę się ociepliło. Pojechałem od Tylicza na przełęcz i granicą zacząłem się wspinać.
Osiągnąłem Mincol po 30 km. Mimo tego, że na mapie jest to szlak rowerowy. Nie ma z nim prawie nic wspólnego. Dosłownie gdzieniegdzie można swobodnie jechać. Bardzo trudny teren. W Pierwsza połowa wiedzie dokładnie po granicy. Gdyby nie słupki nie wiedziałbym gdzie jechać. Kilkakrotnie musiałem przeskakiwać elektryczne ogrodzenia. Na Małym Mincolu miałem kryzys i prawie zrezygnowałem z tego właściwego. Zmobilizowałem się jednak i zdobyłem. Wiało tam strasznie i strasznie było zimno. Widoki takie sobie. O tej godzinie było już trochę przymglone. W sumie zrobiłem 75 km. Wróciłem prawie na 18:00 a wyjechałem 7:30. W zasadzie nie mam pomysłu na jutro. Chyba coś prostego, krótkiego i do domciu. Na 7:00 idę na mszę. Strasznie dużo tu pięknych cerkwi. Korci mnie aby pójść na mszę do cerkwi. Ale boję się, że ni umiałbym się zachować. A na miejscu po jeździe gospodarze wcisnęli mi kolację. Po pierwsze już zjadłem co miałem.
Po drugie nie jadam kolacji. I Wystrzegam się zbieranych grzybów. Nie jadam. Nie ryzykuję. Musiałem jednak zjeść. Nie wypadało. Przypomina mi to trochę powiedzenie, że Cygan dla towarzystwa dał się powiesić. Mam traumę z pracy w Telpodzie. Cała rodzina super grzybiarzy się zatruła. Facet zmarł. Matka i dziecko ledwo uszło z życiem. Zbierali od urodzenia i byli super znawcami. Zresztą nie cierpię jak mi ktoś na siłę z grzeczności coś wciska. Ja dziś miałem ochotę na coś innego i poświęciłem czas po przyjeździe aby sobie to zorganizować i zjeść. Tak wiem robią to z grzeczności, powinienem być wdzięczny. Bzdura. Robią to dla siebie. Jeśli jestem w podobnej sytuacji, że wypada kogoś poczęstować. Zawsze mówię “jak masz ochotę to proszę” i nie zwracam uwagi czy ten ktoś odmówił, czy wziął.
Jak nie ma ochoty, to jego sprawa. To samo zresztą było z wódką w Telpodzie. Był taki zwyczaj, że na imieniny przynosiło się flaszkę i kawę. To był głęboki socjalizm. I Zawsze byłem dręczony dopóki się nie zgodziłem. Do dziś pamiętam ten skurcz krtani i obrzydliwy smak przypominający karbid w płynie. Całe szczęście, że pracowałem tam tylko 5 lat. Cóż więcej tu nie przyjadę. To odniosło odwrotny do zamierzonego skutek. No i mam nadzieję, że przeżyję. A w ogóle to strasznie bolą mnie plecy. Spociłem się a zimno było.
Osiągnąłem Mincol po 30 km. Mimo tego, że na mapie jest to szlak rowerowy. Nie ma z nim prawie nic wspólnego. Dosłownie gdzieniegdzie można swobodnie jechać. Bardzo trudny teren. W Pierwsza połowa wiedzie dokładnie po granicy. Gdyby nie słupki nie wiedziałbym gdzie jechać. Kilkakrotnie musiałem przeskakiwać elektryczne ogrodzenia. Na Małym Mincolu miałem kryzys i prawie zrezygnowałem z tego właściwego. Zmobilizowałem się jednak i zdobyłem. Wiało tam strasznie i strasznie było zimno. Widoki takie sobie. O tej godzinie było już trochę przymglone. W sumie zrobiłem 75 km. Wróciłem prawie na 18:00 a wyjechałem 7:30. W zasadzie nie mam pomysłu na jutro. Chyba coś prostego, krótkiego i do domciu. Na 7:00 idę na mszę. Strasznie dużo tu pięknych cerkwi. Korci mnie aby pójść na mszę do cerkwi. Ale boję się, że ni umiałbym się zachować. A na miejscu po jeździe gospodarze wcisnęli mi kolację. Po pierwsze już zjadłem co miałem.
Po drugie nie jadam kolacji. I Wystrzegam się zbieranych grzybów. Nie jadam. Nie ryzykuję. Musiałem jednak zjeść. Nie wypadało. Przypomina mi to trochę powiedzenie, że Cygan dla towarzystwa dał się powiesić. Mam traumę z pracy w Telpodzie. Cała rodzina super grzybiarzy się zatruła. Facet zmarł. Matka i dziecko ledwo uszło z życiem. Zbierali od urodzenia i byli super znawcami. Zresztą nie cierpię jak mi ktoś na siłę z grzeczności coś wciska. Ja dziś miałem ochotę na coś innego i poświęciłem czas po przyjeździe aby sobie to zorganizować i zjeść. Tak wiem robią to z grzeczności, powinienem być wdzięczny. Bzdura. Robią to dla siebie. Jeśli jestem w podobnej sytuacji, że wypada kogoś poczęstować. Zawsze mówię “jak masz ochotę to proszę” i nie zwracam uwagi czy ten ktoś odmówił, czy wziął.
Route 2 350 190 - powered by www.bikemap.net
Jak nie ma ochoty, to jego sprawa. To samo zresztą było z wódką w Telpodzie. Był taki zwyczaj, że na imieniny przynosiło się flaszkę i kawę. To był głęboki socjalizm. I Zawsze byłem dręczony dopóki się nie zgodziłem. Do dziś pamiętam ten skurcz krtani i obrzydliwy smak przypominający karbid w płynie. Całe szczęście, że pracowałem tam tylko 5 lat. Cóż więcej tu nie przyjadę. To odniosło odwrotny do zamierzonego skutek. No i mam nadzieję, że przeżyję. A w ogóle to strasznie bolą mnie plecy. Spociłem się a zimno było.


Komentarze
Już widzę jaki posiłek przygotujesz sobie i Basi po powrocie do domu...
Pozdrawiam ciepło :)