Dom wariatów. Trafia tu pewien rudzielec, który chce się wykpić z odsiadki. Sam deklaruje, że udaje wariata. Jego pojawienie się tam stawia na głowie całe życie tego przybytku. Ale w odróżnieniu od filmu. W książce to nie on jest bohaterem opowieści. Tak naprawdę cała opowieść, to opowieść wielkiego Indianina. To on opowiada o McMurphym. Indianin nie jest “okresowym” jest tu na stałe. W jego głowie kotłują się myśli o “kombinacie” który kontroluje jego życie. Wszędzie widzi maszyny i trybiki, które podsłuchają i kontrolują innych. Sam boi się wszystkiego, choć to człowiek góra. Fascynuje go nowy przybysz, w nim widzi nadzieje na uwolnienie się od kombinatu. Sam McMurphy jest duszą towarzystwa i wodzirejem w tej placówce. Konkuruje z wielką oddziałową. Jego walka w efekcie kończy się porażką, choć Inndianin przekuwa ją w swoje zwycięstwo. Przez swój czas zmienia jednak wszystko, porywa za sobą innych. To taki mały świat alegoria naszego, potrzebuje kogoś, kto innych obudzi, wyrwie z trybów kombianatu. Wybij okno i uciekaj, jesteś wielki. Możesz, spróbuj.
Druga wojna światowa nie była tylko w europie. Amerykanie mieli swoją. Piszą o niej trochę inaczej, po amerykańsku. Tam też były obozy. Może nie koncentracyjne, ale też okrutne. Tam też umierali ludzie. Ich losy były równie tragiczne. Amerykanie może nie rozczulają się tak bardzo nad tymi losami. Znajdują zawsze w tych opowieściach jakieś pozytywne strony, taki to już naród. To historia zajęcia Szanghaju przez Japonię i losy małego chłopca oddzielonego o swoich rodziców. Amerykańskie opowieści o losach wojennych, mimo że tragiczne, niosą nadzieję na przyszłość. Mają opowiadać o tym, że człowiek mimo ciężkiego losu może żyć i jakoś sobie radzić. Niosą otuchę tym co też tego doświadczają. Te opowieści są dla żywych, nie dla umarłych. Autor tej książki i sam bohater jest Brytyjczykiem. Ale sama powieść w moich oczach jest bardzo amerykańska właśnie. Jest to biograficzna powieść autora, który sam jako dziecko mieszkał wSzanghaju z dużymi wpływami amerykańskimi.
Druga wojna światowa nie była tylko w europie. Amerykanie mieli swoją. Piszą o niej trochę inaczej, po amerykańsku. Tam też były obozy. Może nie koncentracyjne, ale też okrutne. Tam też umierali ludzie. Ich losy były równie tragiczne. Amerykanie może nie rozczulają się tak bardzo nad tymi losami. Znajdują zawsze w tych opowieściach jakieś pozytywne strony, taki to już naród. To historia zajęcia Szanghaju przez Japonię i losy małego chłopca oddzielonego o swoich rodziców. Amerykańskie opowieści o losach wojennych, mimo że tragiczne, niosą nadzieję na przyszłość. Mają opowiadać o tym, że człowiek mimo ciężkiego losu może żyć i jakoś sobie radzić. Niosą otuchę tym co też tego doświadczają. Te opowieści są dla żywych, nie dla umarłych. Autor tej książki i sam bohater jest Brytyjczykiem. Ale sama powieść w moich oczach jest bardzo amerykańska właśnie. Jest to biograficzna powieść autora, który sam jako dziecko mieszkał wSzanghaju z dużymi wpływami amerykańskimi.


Komentarze