Siódemka z tyłu i dziura w zderzaku

Już kiedyś pisałem o tym, że równowaga w przyrodzie musi być zachowana i że jak coś robię dla kogoś, zawsze muszę za to ponieść karę. Jak jestem egoistom, czeka mnie nagroda. A ja uparcie usiłuję być filantropem. Po fali upałów, dziś rano zrobiło się czarno w stronę Basi pracy. Poprosiła abym ją zawiózł do pracy. Wtedy muszę pojechać około pół godziny później i oczywiście jechać przy znacznie większym ruchu ulicznym. A dziś miał być dzień wyjątkowy, jeden taki w roku, co prawda są tacy co mają go raz na cztery lata. Ci przestępni. Ja dziś mam siódemkę z tyłu. W związku z tym upiekłem wczoraj, pierwszy raz w życiu własnoręcznie ciasto do pracy. Było pyszne i czekoladowe. Zaprzeczyłem jakiejkolwiek okazji. Wracając do podwózki rano. Śpiesząc się w garażu. Nie wiem jakim cudem ruszyłem do przodu miast do tyłu. A że samochód teraz wielki a garaż mały zatrzymałem się na stoliku z przodu i pudłach z płytkami na elewację domu. Efekt, pomijając lekkie odrapania z przodu. Wgnieciony i pęknięty zderzak na przestrzeni jakichś trzech centymetrów. To jedynie narzędzie, nie ma co ronić łez, ale wkurzające, bo nie ma jeszcze roku. Tak więc karę poniosłem, dodatkowo w Zabierzowie wypadek i korek na 20 minut. Dwa w jednym, zderzak to mało. Trzeba było mi dowalić jeszcze korkiem. A tam na górze szampana piją. Jest ponoć taka teoria, że Bóg doświadcza do granic możliwości człowieka. Oj bluźnię, cóż mój zderzak do bezmiaru nieszczęścia innych. Ale coś w tym jest. Od dawna mam swoją teorię, że ten nasz żywot tutaj, to po prostu test. I trzeba się cieszyć z doświadczeń a nie narzekać. Bo jak kolejny test, to znaczy, że nadzieja jest i nie zapomniał o nas. Kolejną szansę daje. To trochę tak do tego piję, bo mój chrzestny ojciec w złym stanie jest i bardzo współczuje jego bezpośredniej rodzinie. Sam bardzo się martwię. Zastanawiam się czy nie zaproponować rodzicom, aby podjechać i odwiedzić go. Teraz oczywiście nie jest to możliwe, bo jest na intensywnej terapii. Odbiegam trochę od tematu. Teraz będzie o równowadze w przyrodzie. A i może puenta z tego wyjdzie. Od tamtego roku od chyba lipca usiłuję oddać krew. Jestem od dłuższego już czasu dawcą i w większości oddaje płytki krwi na ratunek. Taki bezpośredni. Dzwonią z krwiodawstwa, ja się zbieram w pół godziny z pracy. Wystawiam ręce i cach wampirki ssą krew i odwirowują płytki dla dzieciaczków z białaczką w Prokocimiu. Człowiek czuje się potrzebny i uzasadniony na tym świecie. Tak naprawdę, to oni więcej mi dają niż ja im. Ale od tamtego roku, co jechałem, albo z własnej inicjatywy na krew szedłem, to albo za dużo tłuszczu we krwi, albo za mało jakichś tam krwinek, albo eozynofile nie takie. Ostatnio znowu zrobiłem sobie serie badań i strasznie dbałem o siebie. Wreszcie dziś się znowu odważyłem pójść, po chyba trzech miesiącach od ostatniego razu. I jest! Dziurę zrobili w zgięciu łokcia i siknęło, że aż miło. Pół litra pani kochana. Wszystko było jak należy. Jedynie ciśnienie mi podskoczyło w gabinecie, bo znowu myślałem, że nici z tego. Zarobiłem osiem czekolad. I jak ten Hobbit jąłem rozdawać prezenty z nich w dzisiejszym moim dniu. Tak, że pieprzyć dziurę w zderzaku, ta w ręce przesłoniła tamtą.

Komentarze

Bożena pisze…
uśmiecham się do Ciebie bardzo :DDDDDDDDDDDDDDDDDD
a równowaga musi być, żeby człowiek nie oszalał z nadmiaru świętego spokoju :) i tak, jak mówisz wszystko dzieje się po coś, szkoda tylko, że człowiek przypomina sobie o tym dopiero po czasie, a kiedy coś się w naszym życiu wydarza, jest zwyczajnie przestraszony i zły :))
eldka pisze…
To spóźnione życzenia ślę - zdrowia przede wszystkim.
Nomad pisze…
Pięknie dziękuję.