Od wczoraj panują straszne upały. Mimo tego wybrałem się na rower pod tatry. Po ostatniej wycieczce pieszej z Przełomu Białki miałem ochotę pojeździć tam rowerem. Wybrałem się w sobotę. Samochód zostawiłem na parkingu tam gdzie ostatnio. Obiecywałem sobie asfalty poza jedynie przejazdem górą wyciągów narciarskich Bani i Kotelnicy. Staram się tak ostatnio jeździć, bo chcę za rok, dwa kupić sobie rower turystyczny i jeździć na dalsze trasy z sakwami. Marzy mi się wycieczka rowerowa nad Ballaton. Na górskim rowerze to by było bez sensu.
Oczywiście wystartowałem od razu wjeżdżając w łąkę, no bo skrótem. Owszem fajne skałki, ale droga się po kilometrze skończyła. Jak już wspomniałem mam blokadę genetyczną przed cofaniem się. Parłem przed siebie do drogi przez las. Na szczęście było płasko. Potem już powtarzałem sobie cały czas. “Nie po łące” Dojechałem pod wyciąg Kotelnicy. Oczywiście tu jak zwykle górę wzięła moja górska natura. Zamiast wjechać stokiem. Jest tam obok prawie droga. To ja w bok i znowu droga się skończyła po kilkuset metrach. Na dodatek szlaban. Ale co tam. Jadę dalej. Od czasu do czasu prowadząc, gdzie stromo i wielka trawa. Cały czas były jednak ślady ścieżki. Kolejne szlabany, aż w końcu dotarłem na szczyt i do stada owiec z trzema psami pasterskimi i dwoma góralami. Na szczęście nie potraktowali mnie ciupagą. Jedynie pochwalili. “żeś pan tu wjechał” czy coś koło tego. Pomknąłem szutrową drogą. Potem zjechałem na “Kliny” i dawaj w górę, a potem szaleńczo w dół na Łysą Polanę. CO tam się działo.
Kłębowisko samochodów i ludzi. W ogóle nie wpuszczali dalej, tylko zatrzymywali cały ruch na granicy. Już kiedyś pytałem czy można rowerem do Morskiego Oka. Nie można. Pojechałem więc do sąsiadów. I dalej w tatry. Oj fajnie tam jest. Spotkałem kolarzy pędzących w dół, gdzie ja się powoli, mozolnie wtaczałem. To chyba jednak nie był “Kurde Poloń” Zza tatr zaczęły wychodzić chmury. I tak moim celem nie było przejechanie na drugą stronę. Zawróciłem i pomknąłem znowu do Bukowiny. Tam przez Czarną Górę. Było w pewnym miejscu strasznie stromo. Musiałem zablokować amortyzator na asfalcie. Zjechałem na parking nad przełomem z zamiarem pojechania jeszcze dookoła jeziora Czorsztyńskiego. Na liczniku zaledwie 60 km i dopiero 13:00 Ujechałem jakieś 500 m i zaczął kropić deszcz. Zatrzymałem się, rozglądnąłem wokoło. A tu za mną ciemno. Tatr nie widać, tylko smugi deszczu. Nie miałem nawet plecaka z pokrowcem. Nic. Zapomniałem też worka foliowego na aparat. Nic takiego nie było w zapowiedziach. Od razu zawróciłem. Zapakowałem się do samochodu i ruszyłem w stronę Krakowa.
Co prawda deszcz mnie nie dopadł w samochodzie. Ale za sobą widziałem ścianę deszczu. Skoro tak wcześniej skończyłem, to zahaczyłem po drodze o rodziców. Tato stwierdził, że przecież udaru można dostać w takim upale na rowerze. Istotnie było chyba z 35. Dziś jest jeszcze więcej. Może będzie z wycieczki film. Filmowałem zjazd na Łysą Polanę. Dziś niedziela i jeszcze większy upał. Mieliśmy się wybrać na rower, ale bez szans. W ogóle planowaliśmy Tatry. Ale taki upał Basia wymiękła. Zrobiłem dobry obiadek, A Konrad jak widać pławi się w wodzie.
Oczywiście wystartowałem od razu wjeżdżając w łąkę, no bo skrótem. Owszem fajne skałki, ale droga się po kilometrze skończyła. Jak już wspomniałem mam blokadę genetyczną przed cofaniem się. Parłem przed siebie do drogi przez las. Na szczęście było płasko. Potem już powtarzałem sobie cały czas. “Nie po łące” Dojechałem pod wyciąg Kotelnicy. Oczywiście tu jak zwykle górę wzięła moja górska natura. Zamiast wjechać stokiem. Jest tam obok prawie droga. To ja w bok i znowu droga się skończyła po kilkuset metrach. Na dodatek szlaban. Ale co tam. Jadę dalej. Od czasu do czasu prowadząc, gdzie stromo i wielka trawa. Cały czas były jednak ślady ścieżki. Kolejne szlabany, aż w końcu dotarłem na szczyt i do stada owiec z trzema psami pasterskimi i dwoma góralami. Na szczęście nie potraktowali mnie ciupagą. Jedynie pochwalili. “żeś pan tu wjechał” czy coś koło tego. Pomknąłem szutrową drogą. Potem zjechałem na “Kliny” i dawaj w górę, a potem szaleńczo w dół na Łysą Polanę. CO tam się działo.
Kłębowisko samochodów i ludzi. W ogóle nie wpuszczali dalej, tylko zatrzymywali cały ruch na granicy. Już kiedyś pytałem czy można rowerem do Morskiego Oka. Nie można. Pojechałem więc do sąsiadów. I dalej w tatry. Oj fajnie tam jest. Spotkałem kolarzy pędzących w dół, gdzie ja się powoli, mozolnie wtaczałem. To chyba jednak nie był “Kurde Poloń” Zza tatr zaczęły wychodzić chmury. I tak moim celem nie było przejechanie na drugą stronę. Zawróciłem i pomknąłem znowu do Bukowiny. Tam przez Czarną Górę. Było w pewnym miejscu strasznie stromo. Musiałem zablokować amortyzator na asfalcie. Zjechałem na parking nad przełomem z zamiarem pojechania jeszcze dookoła jeziora Czorsztyńskiego. Na liczniku zaledwie 60 km i dopiero 13:00 Ujechałem jakieś 500 m i zaczął kropić deszcz. Zatrzymałem się, rozglądnąłem wokoło. A tu za mną ciemno. Tatr nie widać, tylko smugi deszczu. Nie miałem nawet plecaka z pokrowcem. Nic. Zapomniałem też worka foliowego na aparat. Nic takiego nie było w zapowiedziach. Od razu zawróciłem. Zapakowałem się do samochodu i ruszyłem w stronę Krakowa. Bike route 2 257 483 - powered by Www.bikemap.net
Co prawda deszcz mnie nie dopadł w samochodzie. Ale za sobą widziałem ścianę deszczu. Skoro tak wcześniej skończyłem, to zahaczyłem po drodze o rodziców. Tato stwierdził, że przecież udaru można dostać w takim upale na rowerze. Istotnie było chyba z 35. Dziś jest jeszcze więcej. Może będzie z wycieczki film. Filmowałem zjazd na Łysą Polanę. Dziś niedziela i jeszcze większy upał. Mieliśmy się wybrać na rower, ale bez szans. W ogóle planowaliśmy Tatry. Ale taki upał Basia wymiękła. Zrobiłem dobry obiadek, A Konrad jak widać pławi się w wodzie.
Komentarze
W taki upał rzeczywiście lepiej nie ryzykować takich długich wypadów.
Ja dzisiaj pojechałam rowerem dopiero po 18:00. Było przyjemnie w sam raz.
Pozdrawiam :)))*