Endomodo pokazało, że spaliłem prawie 9000 kcal. A mnie została jeno jedna konserwa. Pójść na miasto coś zjeść już nie starczyło sił. Teraz już za późno. Jutro jeszcze musi starczyć na śniadanie. Plan wykonałem. Jak zaplanowałem, tak zrobiłem 72 km po górach. Ale była jazda. A jakie widoki. Zjazd wzdłuż wąwozu Homole, obok jest szlak rowerowy. Coś niesamowitego. Tylko na dole takie skurcze mnie złapały, że musiałem siąść i masować mięśnie nóg. Zjeżdżałem po prostu stojąc na pedałach i mnie strasznie wytrzepało.
Oczywiści w Białej Wodzie tak fajnie się jechało, że przegapiłem zjazd na szlak do granicy i potem zamiast się wrócić, oczywiście zacząłem przedzierać się przez las na azymut do granicy. Podrapałem całe nogi ostrężynami i poparzyłem pokrzywami. Nie dało się praktycznie nieść roweru, bo teren strasznie nierówny. Zresztą stromo pod górę. Wciągałem po prostu rower prawie 200 metrów w pionie po lesie. Nie Wiem czemu ja tak robię. Któryś już raz. Nie wiem czy to jakaś plama na honorze aby się wrócić. Jakoś genetycznie chyba mam zakodowane. Przeć zawsze do przodu. Efekt, znowu skurcze, ledwo dotarłem do tej granicy. Ale potem zjazd z Obidzy. Jejku, to było coś. Filmowałem. Zdjęć też mam sporo. Wjechałem sobie od Szczawnicy szlakiem rowerowym czerwonym do granicy. Na pewno się nie pomyliłem, bo spotkałem rowerzystów którzy zjeżdżali. Potwierdzili, że to jest szlak. Pod górę prowadziłem rower płynącą rzeką.
Po kilkuset metrach przestałem zważać, że mi się do butów nalewa. Potem po prostu łąka ze śladami wygniecionej troszkę trawy. Kto taki szlak oznaczył. Zjeżdżać to może można. Pod górę do samej granicy nie sposób jechać. Ale widoki na granicy są niesamowite. To hale bez jednego prawie drzewa. Nie wysokie to jest, bo jakieś 600 m.n.p.m Aż mnie kark rozbolał od kręcenia głową. Potem jak można było jechać i tak co chwila zsiadałem na zdjęcia, a potem prowadziłem aby widoków nie przegapić. Kiedyś byłem już tam pieszo. W ogóle bardzo przejezdne te góry. Wreszcie też udało mi się wleźć na Radziejowej na platformę. Wystaje ponad drzewa. Wszystko widać dokoła. Na Wielki Rogacz postanowiłem wjechać szlakiem rowerowym. Zajęło mi to około dwóch godzin. Bez zsiadania z roweru. Piękna droga. Wjechałem na 1100 m.n.p.m W tym czasie minęły mnie trzy ciężarówki i jedna koparka ?!? Jutro mam w planie 94 km. Ale teren wydaje się łatwiejszy. I za wszelką cenę będę unikał pieszych szlaków. Jedynie rowerowe. Piesze są jednak znacznie wolniejsze. No i jutro po tej jeździe trzeba wrócić potem do domu, do Krakowa. Zdjęcia i film pewnie w następnym tygodniu. A jeszcze jedno endomodo pokazuje też, że w pionie pokonałem 2,5 km Dawno takiej solidnej trasy nie zrobiłem.
Oczywiści w Białej Wodzie tak fajnie się jechało, że przegapiłem zjazd na szlak do granicy i potem zamiast się wrócić, oczywiście zacząłem przedzierać się przez las na azymut do granicy. Podrapałem całe nogi ostrężynami i poparzyłem pokrzywami. Nie dało się praktycznie nieść roweru, bo teren strasznie nierówny. Zresztą stromo pod górę. Wciągałem po prostu rower prawie 200 metrów w pionie po lesie. Nie Wiem czemu ja tak robię. Któryś już raz. Nie wiem czy to jakaś plama na honorze aby się wrócić. Jakoś genetycznie chyba mam zakodowane. Przeć zawsze do przodu. Efekt, znowu skurcze, ledwo dotarłem do tej granicy. Ale potem zjazd z Obidzy. Jejku, to było coś. Filmowałem. Zdjęć też mam sporo. Wjechałem sobie od Szczawnicy szlakiem rowerowym czerwonym do granicy. Na pewno się nie pomyliłem, bo spotkałem rowerzystów którzy zjeżdżali. Potwierdzili, że to jest szlak. Pod górę prowadziłem rower płynącą rzeką.
Po kilkuset metrach przestałem zważać, że mi się do butów nalewa. Potem po prostu łąka ze śladami wygniecionej troszkę trawy. Kto taki szlak oznaczył. Zjeżdżać to może można. Pod górę do samej granicy nie sposób jechać. Ale widoki na granicy są niesamowite. To hale bez jednego prawie drzewa. Nie wysokie to jest, bo jakieś 600 m.n.p.m Aż mnie kark rozbolał od kręcenia głową. Potem jak można było jechać i tak co chwila zsiadałem na zdjęcia, a potem prowadziłem aby widoków nie przegapić. Kiedyś byłem już tam pieszo. W ogóle bardzo przejezdne te góry. Wreszcie też udało mi się wleźć na Radziejowej na platformę. Wystaje ponad drzewa. Wszystko widać dokoła. Na Wielki Rogacz postanowiłem wjechać szlakiem rowerowym. Zajęło mi to około dwóch godzin. Bez zsiadania z roweru. Piękna droga. Wjechałem na 1100 m.n.p.m W tym czasie minęły mnie trzy ciężarówki i jedna koparka ?!? Jutro mam w planie 94 km. Ale teren wydaje się łatwiejszy. I za wszelką cenę będę unikał pieszych szlaków. Jedynie rowerowe. Piesze są jednak znacznie wolniejsze. No i jutro po tej jeździe trzeba wrócić potem do domu, do Krakowa. Zdjęcia i film pewnie w następnym tygodniu. A jeszcze jedno endomodo pokazuje też, że w pionie pokonałem 2,5 km Dawno takiej solidnej trasy nie zrobiłem.
Bike route 2 211 611 - powered by Www.bikemap.net


Komentarze
13 lat temu :)
fajna traska, mojemu mężowi by się na pewno spodobała...