Na środę wziąłem urlop. Miałem zawieźć Basię na badania. Pomyślałem sobie, że zawiozę ją. Potem odwiozę na busa, a sam pójdę oddać krew. Tym sposobem będę miał wolne zamiast urlopu. Ale jakby Basia pojechała busem do pracy, to byłaby tam pewnie koło jedenastej, albo i później. Odwiozłem ją więc do pracy, a sam wróciłem do domu. To takie dwa w jednym, bo przy okazji badań, jak już i tak do pracy musiałbym pójść ze dwie godziny później, czemu nie zrobić sobie wolnego i zacząć to malowanie na całego. Tak zrobiłem. Ale malowania w przedpokoju, to jest w sporo. Cały dzień zszedł na malowanie dupereli i przygotowywanie wszystkiego. Poodkręcać wszystko, wynieść meble. Zafoliować podłogę i przeszlifować ściany, zdemontować gniazdka i wyłączniki, pozaklejać je, pozaklejać prawie dwadzieścia lampek sufitowych. Okazało się, że do malowania jest pięcioro drzwi, mimo tego, że niby po ostatnim remoncie zlikwidowaliśmy wszystkie. Ale dwie sypialnie, łazienka, drzwi na strych i na dół. Do tego lustro, poster i piętnaście ramek na zdjęcia. Strasznie dużo tego. W tej chwili mam już pomalowane dwukrotnie wszystkie drzwi, bez ramek w szybach, ale za to z futrynami. Nawet dziś już przemalowałem przejścia jednokrotnie. Jutro mam nadzieję pomalować jednokrotnie sufit.
Myślę, że definitywnie skończę koło wtorku środy. Coś czuję, że zabraknie mi farby jak patrzę ile tego jest do malowania. Jak malowałem drzwi, kupiłem trzy puszki farby. Są niestety półlitrowe. Otwarłem jedną - pistacjową. Patrzę, a tu na wieczku takie zupełnie niebieskie kropelki i nakapane takimi do wnętrza. Myślę sobie - źle rozmieszane. Zamieszałem więc porządnie i zacząłem malować. Otwieram kolejną puszkę i zdębiałem. Zupełnie niebieska. Zamieszałem trochę, nic. Myślałem, że się rozwarstwiła. Choć duluksa używam od zawsze i nigdy nie było problemu. Zawsze byłem zadowolony. Otwieram następną, to samo. Co jest? Zacząłem znowu mieszać. No niebieska i tyle. W końcu zacząłem czytać na etykiecie. A tam pisze dobrze wymieszać. No to zacząłem kręcić jak szalony. Po jakichś pięciu minutach zacząłem dopatrywać się smug bardziej zielonkawych. No to jeszcze bardziej mieszam. W końcu po jakichś 10- 15 minutach kręcenia farba niebieska przeistoczyła się w pistacjową. Z przyjemniejszych rzeczy, bo Basia została w pracy dłużej więc musiałem ją też odebrać po południu. Przy okazji podjechałem po rower. Coroczny przegląd. Nowy amortyzator, jak zwykle nowe klocki z tyłu. Niestety jak się jeździ powyżej 1000 m.n.p.m a nie jak Pan Bóg przykazał po asfaltach, to tak się robi z rowerem. Amortyzator trzeba było wymienić, bo był pęknięty. To te szalone zjazdy kamienistymi szlakami. Ale teraz rowerek chodzi jak złoto. Jak tylko wyschnie muszę się wybrać na jakąś dwudniową jazdę.
Już zaplanowałem w tym roku Beskid Sądecki. choć z tamtego roku mam jeszcze niedosyt ze Śląskiego. A ze smaczniejszych rzeczy, to oczywiście obiadek zrobiłem w te wolne. Tym razem pełna improwizacja. Nie ma przepisu, bo w zasadzie nie pamiętam ile czego dałem. W każdym razie kurczak z kuskus, z ananasem, rodzynkami, migdałami i orzechami nerkowca. Migdały i orzechy prażone. Z przypraw: imbir, sos chili, sos sojowy ciemny, ostra papryka, i taka specjalna przyprawa orientalna do kurczaka. Wyszło ostre, a zarazem słodkie. Pychota. Do tego dwa rodzaje szparagi. A w sobotę lub niedzielę przymierzam się do krewetek. A na koniec mam trochę zaległych przeczytanych książek. Ostatnio Dostojewski i Victor Igo. Nie mam kiedy opisać.
Myślę, że definitywnie skończę koło wtorku środy. Coś czuję, że zabraknie mi farby jak patrzę ile tego jest do malowania. Jak malowałem drzwi, kupiłem trzy puszki farby. Są niestety półlitrowe. Otwarłem jedną - pistacjową. Patrzę, a tu na wieczku takie zupełnie niebieskie kropelki i nakapane takimi do wnętrza. Myślę sobie - źle rozmieszane. Zamieszałem więc porządnie i zacząłem malować. Otwieram kolejną puszkę i zdębiałem. Zupełnie niebieska. Zamieszałem trochę, nic. Myślałem, że się rozwarstwiła. Choć duluksa używam od zawsze i nigdy nie było problemu. Zawsze byłem zadowolony. Otwieram następną, to samo. Co jest? Zacząłem znowu mieszać. No niebieska i tyle. W końcu zacząłem czytać na etykiecie. A tam pisze dobrze wymieszać. No to zacząłem kręcić jak szalony. Po jakichś pięciu minutach zacząłem dopatrywać się smug bardziej zielonkawych. No to jeszcze bardziej mieszam. W końcu po jakichś 10- 15 minutach kręcenia farba niebieska przeistoczyła się w pistacjową. Z przyjemniejszych rzeczy, bo Basia została w pracy dłużej więc musiałem ją też odebrać po południu. Przy okazji podjechałem po rower. Coroczny przegląd. Nowy amortyzator, jak zwykle nowe klocki z tyłu. Niestety jak się jeździ powyżej 1000 m.n.p.m a nie jak Pan Bóg przykazał po asfaltach, to tak się robi z rowerem. Amortyzator trzeba było wymienić, bo był pęknięty. To te szalone zjazdy kamienistymi szlakami. Ale teraz rowerek chodzi jak złoto. Jak tylko wyschnie muszę się wybrać na jakąś dwudniową jazdę.
Już zaplanowałem w tym roku Beskid Sądecki. choć z tamtego roku mam jeszcze niedosyt ze Śląskiego. A ze smaczniejszych rzeczy, to oczywiście obiadek zrobiłem w te wolne. Tym razem pełna improwizacja. Nie ma przepisu, bo w zasadzie nie pamiętam ile czego dałem. W każdym razie kurczak z kuskus, z ananasem, rodzynkami, migdałami i orzechami nerkowca. Migdały i orzechy prażone. Z przypraw: imbir, sos chili, sos sojowy ciemny, ostra papryka, i taka specjalna przyprawa orientalna do kurczaka. Wyszło ostre, a zarazem słodkie. Pychota. Do tego dwa rodzaje szparagi. A w sobotę lub niedzielę przymierzam się do krewetek. A na koniec mam trochę zaległych przeczytanych książek. Ostatnio Dostojewski i Victor Igo. Nie mam kiedy opisać.


Komentarze