Całą sobotę od 7:00 rano malowałem do 21:00 Zrobiłem sobie tylko przerwę na śniadanie, zrobienie obiadu i umycie samochodu. Malowanie przedpokoju, to największa praca. Nie sądziłem, że tyle mi zejdzie. Przed chwilą skończyłem drugie malowanie. Udało mi się zejść już na klatkę schodową. Jak dobrze pójdzie jutro skończę i pozostaną wykończenia. Zajmą zapewne też co najmniej dzień. I wreszcie będzie koniec. A potem oczywiście koszenie, malowanie tarasu, naprawienie płytek i jeszcze tysiąc innych.
To po prostu nie ma końca. Na szczęście w niedziele zrobiłem sobie przerwę jak Pan Bóg przykazał. Dosłownie. Wybraliśmy się z Basi koleżankami do Ojcowa. Ale powiem szczerze, że to była męczarnia. Z Basią w tej chwili mogę pojechać wszędzie. Prowadzi rower jedynie tam gdzie w zasadzie spada z roweru, bo tak stromo. A te koleżanki prowadziły wszędzie. Jak sam rower nie chciał jechać, to zsiadały. 38 km zabrało nam prawie sześć godzin. Owszem w Ojcowie posiedzieliśmy ze 40 minut. Nawet jak jechaliśmy z góry, trzeba było na nie czekać, bo bały się jechać szybko. Czasami mam wrażenie, że jesteśmy z innej planety niż nasi rówieśnicy. Wyrzućcie telewizory! Na koniec zrobiliśmy po wycieczce u nas ognisko. Dziś dowiedziałem się, że ten gość (Furman) z którym byłem dwa lata temu w Karpatach Ukraińskich na rowerze. Przejechaliśmy miedzy innymi całe pasmo Pikuja i Połoninę Równą.
W tym ja połoninę trzeci raz. Więcej nikt mnie nie zmusi tam wjechać. Ten gość teraz pojechał z jakimś facetem do Albanii. Tyle, że oni pojechali z sakwami asfaltowo. My jechaliśmy po górkach na górskich rowerach. I okazało się, że facet wymiękł po jednym dniu. Wrócił do Krakowa. Furman musiał jechać dalej sam. Gość jest niesamowity, zrobił w tej Albani ponad siedemset kilometrów. Furman ma wiele zdjęć jak stoi na podium Giga maratonów. Zwykle na pierwszym miejscu. Faktycznie jechał wtedy na Ukrainie nieźle. Ale żeby aż tak. Musiał chyba być bardzo pobłażliwy dla mnie. W każdym razie urosłem w dumę, że dałem rady wtedy i nie odpadłem. W ostatni dzień dałem z siebie wszystko. Zrobiliśmy 130 km tego dnia. W tym wjazd na Połoninę Równą ze 130 m na 1450. Zjazd znowu na dół i wyjazd na 980 m prawie trzydziesto kilometrowym podjazdem na roztoki do Polski. Ostatniego dnia jechaliśmy od ósmej rano do nocy. Zresztą tu jest opis.
To po prostu nie ma końca. Na szczęście w niedziele zrobiłem sobie przerwę jak Pan Bóg przykazał. Dosłownie. Wybraliśmy się z Basi koleżankami do Ojcowa. Ale powiem szczerze, że to była męczarnia. Z Basią w tej chwili mogę pojechać wszędzie. Prowadzi rower jedynie tam gdzie w zasadzie spada z roweru, bo tak stromo. A te koleżanki prowadziły wszędzie. Jak sam rower nie chciał jechać, to zsiadały. 38 km zabrało nam prawie sześć godzin. Owszem w Ojcowie posiedzieliśmy ze 40 minut. Nawet jak jechaliśmy z góry, trzeba było na nie czekać, bo bały się jechać szybko. Czasami mam wrażenie, że jesteśmy z innej planety niż nasi rówieśnicy. Wyrzućcie telewizory! Na koniec zrobiliśmy po wycieczce u nas ognisko. Dziś dowiedziałem się, że ten gość (Furman) z którym byłem dwa lata temu w Karpatach Ukraińskich na rowerze. Przejechaliśmy miedzy innymi całe pasmo Pikuja i Połoninę Równą.
Bike route 2 187 800 - powered by Www.bikemap.net
W tym ja połoninę trzeci raz. Więcej nikt mnie nie zmusi tam wjechać. Ten gość teraz pojechał z jakimś facetem do Albanii. Tyle, że oni pojechali z sakwami asfaltowo. My jechaliśmy po górkach na górskich rowerach. I okazało się, że facet wymiękł po jednym dniu. Wrócił do Krakowa. Furman musiał jechać dalej sam. Gość jest niesamowity, zrobił w tej Albani ponad siedemset kilometrów. Furman ma wiele zdjęć jak stoi na podium Giga maratonów. Zwykle na pierwszym miejscu. Faktycznie jechał wtedy na Ukrainie nieźle. Ale żeby aż tak. Musiał chyba być bardzo pobłażliwy dla mnie. W każdym razie urosłem w dumę, że dałem rady wtedy i nie odpadłem. W ostatni dzień dałem z siebie wszystko. Zrobiliśmy 130 km tego dnia. W tym wjazd na Połoninę Równą ze 130 m na 1450. Zjazd znowu na dół i wyjazd na 980 m prawie trzydziesto kilometrowym podjazdem na roztoki do Polski. Ostatniego dnia jechaliśmy od ósmej rano do nocy. Zresztą tu jest opis.


Komentarze
Oboje z mężem dobraliśmy się pod kątem sportów i nie nudzimy się ze sobą ani na trasach rowerowych ani na nartach czy też na pływalni. Mąż nie dotrzymuje mi towarzystwa w innych dyscyplinach sportowych, których nie lubi. Szkoda, że musiał wyjechać... Pozdrawiam ciepło :)))*