Po burzy z gradobiciem na Radziejowej i drugim dniu słonecznym, rowerowym, popradowym. Znowu mamy taki sobie dzień pochmurny i deszczowy. Tak, bo deszcz siąpił co chwila. Ale my twardzi, nie dajemy się. Dziś żeśmy wymiatali. Choć w zasadzie ja wymiatałem, a Basia trochę wymiękła. Podjechaliśmy do Wierchomli na samą górkę, pod wyciągi i tam czarnym szlakiem na górę. I dookoła. Prawie do Piwnicznej doszliśmy i zawrócili. Trochę przygód było. Raz to jak w tytule ręce fioletowe z zimna. Chyba w pewnym momencie było poniżej dziesięciu. Basi oddałem swój jedyny sweterek. Ale szlak fajny. Beskidzki - partyzancki. Trochę smutny. Co kawałek jakieś mogiły dawne. Przy powrocie już bardzo improwizowałem. Aby nie iść asfaltem i skrócić jak najbardziej trasę. Dwa z trzech skrótów udało się zrealizować. Jednego nie znalazłem. Gdzieś we wsi się gubił między domami.

Ostatnim skróciliśmy najbardziej, ale musieliśmy przejść przez potok i wypas owiec. Napadły nas psy pasterskie. Z doświadczenia jednak wiem, że one tylko odstraszają i odganiają od owiec. Jakoś dotarliśmy na powrót do Wierchomli. Widoki byłyby przecudne. Trasa bardzo eksponowana. Co z tego, gdy zachmurzenie na amen. Dosłownie kilka zdjęć wydobyłem. Basia po przejściu 30 kilometrów odmówiła współpracy. Zostawiłem ją na przystanku. Zostawiłem plecak i kurtkę, a wziąłem tylko kluczyki do samochodu i ostatnie trzy kilometry pobiegłem. Pod górkę, ciężko było. Ale nie chciałem aby Basia czekała na chłodzie i sama na obcej ziemi za długo. W sumie w dwadzieścia minut obróciłem zziajany i spocony jak mysz. Ale jak już sobie kiedyś powiedziałem, jestem niezniszczalny. Dałem radę. Coś się dzieje z mapkami które wrzucam. Przebudowują stronkę, gdzie ślady GPS mam. Myślę, że uda mi się niebawem zrobić opis na mojej stronie internetowej. Tam wrzucam ślady w google maps. Zresztą jak ta zacznie działać też będą zapewne widoczne. Przed nami ostatni dzień, niedziela. Planów na razie nie ma. Zapowiadają deszcze, ale zobaczy się.

Ostatnim skróciliśmy najbardziej, ale musieliśmy przejść przez potok i wypas owiec. Napadły nas psy pasterskie. Z doświadczenia jednak wiem, że one tylko odstraszają i odganiają od owiec. Jakoś dotarliśmy na powrót do Wierchomli. Widoki byłyby przecudne. Trasa bardzo eksponowana. Co z tego, gdy zachmurzenie na amen. Dosłownie kilka zdjęć wydobyłem. Basia po przejściu 30 kilometrów odmówiła współpracy. Zostawiłem ją na przystanku. Zostawiłem plecak i kurtkę, a wziąłem tylko kluczyki do samochodu i ostatnie trzy kilometry pobiegłem. Pod górkę, ciężko było. Ale nie chciałem aby Basia czekała na chłodzie i sama na obcej ziemi za długo. W sumie w dwadzieścia minut obróciłem zziajany i spocony jak mysz. Ale jak już sobie kiedyś powiedziałem, jestem niezniszczalny. Dałem radę. Coś się dzieje z mapkami które wrzucam. Przebudowują stronkę, gdzie ślady GPS mam. Myślę, że uda mi się niebawem zrobić opis na mojej stronie internetowej. Tam wrzucam ślady w google maps. Zresztą jak ta zacznie działać też będą zapewne widoczne. Przed nami ostatni dzień, niedziela. Planów na razie nie ma. Zapowiadają deszcze, ale zobaczy się.
Bike route 2 161 962 - powered by Www.wandermap.net
Komentarze
serdecznosci
Judyta