Wreszcie udało się pojechać nad ten Poprad. Wylądowaliśmy w Starym Sączu na cmentarzu. Po prostu sprawdzałem za pomocą Google Street gdzie najlepiej zaparkować i okazało się, że przy cmentarzu jest duży parking. Oczywiście nie pomyślałem, że kościół jest w pobliżu i na dodatek są komunie i jest to niedziela. Ale mieliśmy to szczęście, ze ludzie dopiero zaczęli się zjeżdżać.
I tak musiałem zaparkować wpierw wzdłuż. Odpiąć rowery i platformę i dopiero przeparkowałem po bożemu. Trochę i tak źle zaplanowałem. Musieliśmy przejechać praktycznie dziesięć kilometrów aby znaleźć się nad Popradem. Okazało się też, że to nie tak jak nad Brenną czy Wisłą. Tu jest ścieżka terenowa. Uch... była jazda nad przepaścią po wąskiej ścieżce w lesie, a w dole Poprad. Basia prowadziła, ale nie narzekała. W Piwnicznej napiliśmy się Piwniczanki. Ale to nie taka woda jak ta butelkowana w sklepach. Ta smakiem, kolorem i zapachem raczej bliższa jest tej z szamba. Ale mnie i tak smakowała. Było gorąco. Wytrąbiliśmy jej tam i w drodze powrotnej chyba ze dwa litry. Porobiliśmy sobie ładne zdjęcia nad wodą na powalonym drzewie. Potem przy fontannie. A na koniec przekroczyliśmy granicę. W sumie późno dotarliśmy na powrót do Sącza. Dodatkowo zrobiliśmy sobie postój na Słowacji na pieczenie kiełbaski, a potem kofolę w przydrożnym barze.
Zrobiła się 15:00 a do Muszyny zostało jakieś 20 km. Sama droga też nam się trochę już znudziła. Wiał też bardzo silny czołowy wiatr. Jechało się ciężko. Za to z powrotem prawie bez pedałowania. W dodatku z biegiem Popradu. Słowem bardzo miła i fajna wycieczka. tak nas pozytywnie nakręciła, że dziś wynająłem w Piwnicznej-Zdroju noclegi na “łykend bożocielny” Jedziemy tam od 30-tego do 2-go. Będziemy pedałowali zarówno rowerowo jak i pieszo po górkach. No i oczywiście pili na przemian wodę z szamba i kofolę. Oczywiście Słowackiego piwa też spróbuję. A z wycieczki Zdjęcia, film i trasa.
I tak musiałem zaparkować wpierw wzdłuż. Odpiąć rowery i platformę i dopiero przeparkowałem po bożemu. Trochę i tak źle zaplanowałem. Musieliśmy przejechać praktycznie dziesięć kilometrów aby znaleźć się nad Popradem. Okazało się też, że to nie tak jak nad Brenną czy Wisłą. Tu jest ścieżka terenowa. Uch... była jazda nad przepaścią po wąskiej ścieżce w lesie, a w dole Poprad. Basia prowadziła, ale nie narzekała. W Piwnicznej napiliśmy się Piwniczanki. Ale to nie taka woda jak ta butelkowana w sklepach. Ta smakiem, kolorem i zapachem raczej bliższa jest tej z szamba. Ale mnie i tak smakowała. Było gorąco. Wytrąbiliśmy jej tam i w drodze powrotnej chyba ze dwa litry. Porobiliśmy sobie ładne zdjęcia nad wodą na powalonym drzewie. Potem przy fontannie. A na koniec przekroczyliśmy granicę. W sumie późno dotarliśmy na powrót do Sącza. Dodatkowo zrobiliśmy sobie postój na Słowacji na pieczenie kiełbaski, a potem kofolę w przydrożnym barze.
Zrobiła się 15:00 a do Muszyny zostało jakieś 20 km. Sama droga też nam się trochę już znudziła. Wiał też bardzo silny czołowy wiatr. Jechało się ciężko. Za to z powrotem prawie bez pedałowania. W dodatku z biegiem Popradu. Słowem bardzo miła i fajna wycieczka. tak nas pozytywnie nakręciła, że dziś wynająłem w Piwnicznej-Zdroju noclegi na “łykend bożocielny” Jedziemy tam od 30-tego do 2-go. Będziemy pedałowali zarówno rowerowo jak i pieszo po górkach. No i oczywiście pili na przemian wodę z szamba i kofolę. Oczywiście Słowackiego piwa też spróbuję. A z wycieczki Zdjęcia, film i trasa.
Komentarze