We czwartek wreszcie się zebrałem i zacząłem gipsować w kuchni ubytki. Cala kuchnia na wieczór była w ciapki. Nie było odwrotu. W piątek musiałem już kupić po pracy farbę. Basia oczywiście wybierała kolory. Sufit - egipska bawełna. Ściany - ogniste flamenko. Odważny kolor. Zdecydowaliśmy nie demontować mebli. Z kuchennymi trudno to zrobić. Są poskręcane od góry i zaklejone listwami. W sobotę wstałem zaraz po szóstej. Zrobiłem rodzinie placki owsiane na śniadanie, aby nie kręcili mi się po kuchni jak będę malował. Potem zafoliowałem całą kuchnie, łącznie z meblami. Basia pojechała do pracy zarobić na malowanie. Gipsowanie już wyschło. Wyszlifowałem szybko i zabrałem się za malowanie sufitu. Kuchnia jest niewielka, około 15 metrów. Poszło wiec szybko. Po raz pierwszy zmieniłem taktykę. Postanowiłem pomalować sufit dwa razy na raz, a potem już tylko ściany. Zwykle malowałem na przemian. Chciałem pozbyć się foli z mebli i udostępnić kuchnie jak najszybciej. Zanim wysechł sufit po jednokrotnym malowaniu. Skosiłem trawę i umyłem samochód. Wymalowałem ponownie sufit. Zdjąłem folię z mebli i zabrałem się za obiad. Chciałem aby wysechł trochę sufit zanim zacznę malować ściany. Malowanie ścian nad meblami wymaga włożenia głowy w przestrzeń miedzy szafka, a sufitem. Mimo wieku włosy mam jeszcze w młodzieńczym kolorze. Nie chciałem osiwieć od malowania kuchni. Na obiad zrobiłem makaron z tuńczykiem i szparagami. Teraz jest sezon na szparagi.

A, zapomniałem jeszcze, że przed obiadem odkurzyłem dom. Na koniec zabrałem się za malowanie ścian. Miałem zamiar wymalować dwukrotnie. Niestety wszystkie zakamarki miedzy szafkami, nad szafkami, okno. To wszystko okazało się, ze zajęło mi dużo czasu. Zrobiło się późno, a i dzień pochmurny. Nie bardzo da się tak malować. Musiałem zdjąć lampę do malowania sufitu. W piątek przy zdejmowaniu lampy rozbiłem jeden kieliszek od żarówki. Na szczęście to taka lampa, ze można modyfikować ilość lampek. Będą niestety trzy, zamiast czterech. Przynajmniej dopóki nie uda mi się dokupić zapasowego. Dzień, bardzo pracowity zakończyłem prawie o 21:00. Teraz zostało mi jeszcze tylko raz pomalować ściany, zrobić zdjęcie i pochwalić się moim dziełem. W tym roku jeszcze zostanie jedynie przedpokój z klatka schodowa i holem do wymalowania. Ale to dopiero co najmniej w czerwcu...
Z uwagi na mało zachęcającą pogodę z rana (w kościele byliśmy na ósmą ze względu na rocznicę komunii) mimo niedzieli, dokończyłem malowanie. Dziś uwinąłem się szybciutko. Dosłownie 2,5 h. Wczoraj późnym wieczorem od przepracowania dostałem gorączki i dreszczy. To taka gorączka powysiłkowa. Często zdarza mi się na wyjazdach rowerowych. Tych wielogodzinnych po górach. Nie wspominając o tym, że boli mnie ramię, od wykręcania, gdy malowałem nad szafkami. I w ogóle cały obolały jestem. Ja po prostu nie potrafię robić czegoś na pół gwizdka. Jak już zacznę, to nie znam umiaru, albo byczę się na całego. Z jednej skrajności w drugą.

A, zapomniałem jeszcze, że przed obiadem odkurzyłem dom. Na koniec zabrałem się za malowanie ścian. Miałem zamiar wymalować dwukrotnie. Niestety wszystkie zakamarki miedzy szafkami, nad szafkami, okno. To wszystko okazało się, ze zajęło mi dużo czasu. Zrobiło się późno, a i dzień pochmurny. Nie bardzo da się tak malować. Musiałem zdjąć lampę do malowania sufitu. W piątek przy zdejmowaniu lampy rozbiłem jeden kieliszek od żarówki. Na szczęście to taka lampa, ze można modyfikować ilość lampek. Będą niestety trzy, zamiast czterech. Przynajmniej dopóki nie uda mi się dokupić zapasowego. Dzień, bardzo pracowity zakończyłem prawie o 21:00. Teraz zostało mi jeszcze tylko raz pomalować ściany, zrobić zdjęcie i pochwalić się moim dziełem. W tym roku jeszcze zostanie jedynie przedpokój z klatka schodowa i holem do wymalowania. Ale to dopiero co najmniej w czerwcu...
Z uwagi na mało zachęcającą pogodę z rana (w kościele byliśmy na ósmą ze względu na rocznicę komunii) mimo niedzieli, dokończyłem malowanie. Dziś uwinąłem się szybciutko. Dosłownie 2,5 h. Wczoraj późnym wieczorem od przepracowania dostałem gorączki i dreszczy. To taka gorączka powysiłkowa. Często zdarza mi się na wyjazdach rowerowych. Tych wielogodzinnych po górach. Nie wspominając o tym, że boli mnie ramię, od wykręcania, gdy malowałem nad szafkami. I w ogóle cały obolały jestem. Ja po prostu nie potrafię robić czegoś na pół gwizdka. Jak już zacznę, to nie znam umiaru, albo byczę się na całego. Z jednej skrajności w drugą.
Komentarze