Wypoczynek bożo-cielny zaczęliśmy w strugach deszczu, a potem było coraz gorzej. To pewnie przez to, że po raz chyba pierwszy w życiu nie poszliśmy na procesje. Poszliśmy znowu 6:45 na mszę i potem od razu w samochód i jazda. Dojechaliśmy grubo po dziesiątej. Zatrzymały nas dwie procesje po drodze. Tak, że niby trochę byliśmy. Ale to tak wzorem pewnej pani, którą już w Piwnicznej spotkaliśmy. Chodziliśmy sobie wieczorem po mieście i gadali. Na środku chodnika stała pewna pani, a my swobodnie, nie szeptem sobie gadaliśmy i śmialiśmy się. Pani nas zmroziła wzrokiem. Okazało się, że pani jest w kościele, tak jakieś pięćdziesiąt metrów od wejścia. Nawet jakieś dwadzieścia za bramą. W tym kontekście też byliśmy na procesji. Wracając do drogi. W połowie policja i wypadek. Leżący na drodze skuter. Jakieś dwa kilometry dalej. Znowu blokada, tym razem straże pożarne. I słyszę, że nadlatuje helikopter. Zacząłem filmować, Basia prowadziła. Wpierw myślałem, że to jakaś wsiowa atrakcja.
Okazało się jednak, że to ratunkowy po tego ze skutera. W końcu dojechaliśmy. Na miejscu okazało się, że dostaliśmy nie ten pokój, który zamawialiśmy. Dostaliśmy piękny apartament z aneksem kuchennym i łazienką. Spokojnie ma ze dwadzieścia metrów. Nie wiem jak przyjdzie do płacenia. Jest jak widać WiFi, za to nie ma TV. Basia jest zrozpaczona. Musiała czytać książkę, brrry... Około 13:00 ruszyliśmy na Przechybę. Taki był plan. Z uwagi na to że późno. Podjechaliśmy samochodem na Obidzę, mam nadzieję, że dobrze piszę. Tam jest taka wypasiona bacówka z parkingiem. Cały czas asfalt. Żadna przyjemność wędrowania asfaltem. Choć wjechanie tam, to wyzwanie. Wąsko na jeden samochód i zakrętasy. Za to z powrotem wreszcie wypróbowałem asystenta zjazdu. Stromo jak diabli a ja nóżki na kołderce. Samochód sam hamuje. Rewelacja. Basia zawsze boi się takich zjazdów. Z tej Obidzy poszliśmy na Przechybę.

W jedną stronę prawie trzy godziny na drogowskazie. Jak byśmy z Piwnicznej poszli pieszo, to do samej Obidzy około dwóch godzin. Nie było by szans nigdzie wleźć. Pogoda strasznie chmurna. Ale twardo idziemy. Mamy peleryny, kurtki... Mniej więcej w okolicy Rogacza zaczęło grzmieć w oddali i robić się ciemno. Ale sobie myślimy, może nas ominie. Na dziesięć minut przed Radziejową zaczęło lać, ale byliśmy w lesie. Założyliśmy kurtki i peleryny. Doszliśmy pod wieżę widokową i niebo się otwarło. Tak zaczęło walić piorunami, a my w lesie obok wielkiego masztu. Nagle grad, że aż zaczęło boleć. Zrobiliśmy szybki odwrót. Pamiętałem, że za chwilę jest wąwóz z w miarę otwartym terenem, bez drzew. No i schodząc zaczęliśmy być coraz niżej. Łomotało strasznie. Zastanawialiśmy się czy nie skulić się na ścieżce, ale ścieżką zaczęła płynąć rzeka i nadal byliśmy w lesie. Po dziesięciu minutach burza trochę odeszła, nie było sensu iść nigdzie dalej. Trudno było iść ścieżką, bo płynął rwący potok i nadal istne oberwanie chmury. Buty i nogawki mimo peleryny jakby ktoś wiadra wody na nas wylewał. Oczywiście jak doszliśmy do Obidzy na powrót prawie po godzinie. Przestało padać. Po drodze w tym deszczu spotkaliśmy rowerzystów. Pytali o drogę do Jaworek. W takim ulewnym deszczu nie byłem w stanie wyjąć mapy.

Po raz pierwszy tam byłem. I tak z pamięci na czuja, raczej posiłkując się tym co oni mówili. Powiedzieliśmy, że jest wyżej zejście na czerwony szlak. Potem jakiś kilometr niżej okazało się, że tu jest na Jaworki. Czyli oni pytali się o zejście na szlak, będąc już dobry kilometr za nim i idąc w odwrotnym kierunku. Sumienie minie gryzie. W takim deszczu, ale z drugiej strony jest to skrajna nieodpowiedzialność jechać w góry rowerem bez znajomości trasy, mapy i jakiegoś planu. Wróciliśmy na kwaterę. Przebraliśmy się i poszli na kolejną wycieczkę, aby nie stracić dnia. Tym razem już starając się nie oddalać zbytnio od domu. I to był strzał w dziesiątkę. Piękne słoneczko. Ale jak patrzyliśmy na miejsce z którego zeszliśmy, nadal pogrążone w chmurach i wygląda, że tam leje. Poszliśmy ścieżką dydaktyczną przez park zdrojowy. Zaliczyliśmy sporą górkę, a widoki były przecudne. Potem jeszcze na koniec zwiedzanie Piwnicznej. Centrum i rynek jest obskurny. Nie podoba mi się. Tam gdzie mieszkamy natomiast, jest pięknie. Park zdrojowy i pijalnia wód... Jutro jedziemy rowerowo, mimo tego, że w pogodzie znowu deszczowo i burzowo. Ale już dużo lepiej niż dziś.
Okazało się jednak, że to ratunkowy po tego ze skutera. W końcu dojechaliśmy. Na miejscu okazało się, że dostaliśmy nie ten pokój, który zamawialiśmy. Dostaliśmy piękny apartament z aneksem kuchennym i łazienką. Spokojnie ma ze dwadzieścia metrów. Nie wiem jak przyjdzie do płacenia. Jest jak widać WiFi, za to nie ma TV. Basia jest zrozpaczona. Musiała czytać książkę, brrry... Około 13:00 ruszyliśmy na Przechybę. Taki był plan. Z uwagi na to że późno. Podjechaliśmy samochodem na Obidzę, mam nadzieję, że dobrze piszę. Tam jest taka wypasiona bacówka z parkingiem. Cały czas asfalt. Żadna przyjemność wędrowania asfaltem. Choć wjechanie tam, to wyzwanie. Wąsko na jeden samochód i zakrętasy. Za to z powrotem wreszcie wypróbowałem asystenta zjazdu. Stromo jak diabli a ja nóżki na kołderce. Samochód sam hamuje. Rewelacja. Basia zawsze boi się takich zjazdów. Z tej Obidzy poszliśmy na Przechybę.

W jedną stronę prawie trzy godziny na drogowskazie. Jak byśmy z Piwnicznej poszli pieszo, to do samej Obidzy około dwóch godzin. Nie było by szans nigdzie wleźć. Pogoda strasznie chmurna. Ale twardo idziemy. Mamy peleryny, kurtki... Mniej więcej w okolicy Rogacza zaczęło grzmieć w oddali i robić się ciemno. Ale sobie myślimy, może nas ominie. Na dziesięć minut przed Radziejową zaczęło lać, ale byliśmy w lesie. Założyliśmy kurtki i peleryny. Doszliśmy pod wieżę widokową i niebo się otwarło. Tak zaczęło walić piorunami, a my w lesie obok wielkiego masztu. Nagle grad, że aż zaczęło boleć. Zrobiliśmy szybki odwrót. Pamiętałem, że za chwilę jest wąwóz z w miarę otwartym terenem, bez drzew. No i schodząc zaczęliśmy być coraz niżej. Łomotało strasznie. Zastanawialiśmy się czy nie skulić się na ścieżce, ale ścieżką zaczęła płynąć rzeka i nadal byliśmy w lesie. Po dziesięciu minutach burza trochę odeszła, nie było sensu iść nigdzie dalej. Trudno było iść ścieżką, bo płynął rwący potok i nadal istne oberwanie chmury. Buty i nogawki mimo peleryny jakby ktoś wiadra wody na nas wylewał. Oczywiście jak doszliśmy do Obidzy na powrót prawie po godzinie. Przestało padać. Po drodze w tym deszczu spotkaliśmy rowerzystów. Pytali o drogę do Jaworek. W takim ulewnym deszczu nie byłem w stanie wyjąć mapy.

Po raz pierwszy tam byłem. I tak z pamięci na czuja, raczej posiłkując się tym co oni mówili. Powiedzieliśmy, że jest wyżej zejście na czerwony szlak. Potem jakiś kilometr niżej okazało się, że tu jest na Jaworki. Czyli oni pytali się o zejście na szlak, będąc już dobry kilometr za nim i idąc w odwrotnym kierunku. Sumienie minie gryzie. W takim deszczu, ale z drugiej strony jest to skrajna nieodpowiedzialność jechać w góry rowerem bez znajomości trasy, mapy i jakiegoś planu. Wróciliśmy na kwaterę. Przebraliśmy się i poszli na kolejną wycieczkę, aby nie stracić dnia. Tym razem już starając się nie oddalać zbytnio od domu. I to był strzał w dziesiątkę. Piękne słoneczko. Ale jak patrzyliśmy na miejsce z którego zeszliśmy, nadal pogrążone w chmurach i wygląda, że tam leje. Poszliśmy ścieżką dydaktyczną przez park zdrojowy. Zaliczyliśmy sporą górkę, a widoki były przecudne. Potem jeszcze na koniec zwiedzanie Piwnicznej. Centrum i rynek jest obskurny. Nie podoba mi się. Tam gdzie mieszkamy natomiast, jest pięknie. Park zdrojowy i pijalnia wód... Jutro jedziemy rowerowo, mimo tego, że w pogodzie znowu deszczowo i burzowo. Ale już dużo lepiej niż dziś.
Bike route 2 161 997 - powered by Www.wandermap.net
Bike route 2 161 981 - powered by Www.wandermap.net
Komentarze