Planowaliśmy niedzielny wypad na narty. Koleżanka od kawy w pracy zaproponowała wyjazd na Chopok. Napaliłem się bardzo. Przygotowaliśmy się i spakowali wieczorem w sobotę. Nawet nastawiłem budzik, aby pójść do kościoła na 6:45. Pierwsza msza poranna. Około 22:00 ustawiłem sobie trasę w automapie. 210 km i 3:40 jazdy. Aż stęknąłem. Basia od początku była nastawiona sceptycznie do wyjazdu. Poległem na uświadomieniu sobie tak długiej jazdy samochodem. Zrezygnowaliśmy. Na mszę i tak poszliśmy wcześnie rano. Co prawda na 8:00 Potem ruszyliśmy na niedzielny spacer. Po zboczach doliny Będkowskiej. Pełnia zimy. Gdzie spojrzeć - biało. Ani ździebełka, ani kwiatka. Straszne to jest, choć gdy słońce, lżej człowiekowi jakoś się robi. Schodząc tak po stoku. Nagle natrafiliśmy na krwawe ślady. Widać ewidentnie walkę na stoku. Pełno krwi, resztek mięsa i futra. Wreszcie znaleźliśmy nogę młodej sarny. Tyle z niej pozostało. Wcześniej szliśmy śladami jakiegoś większego rogacza. Duże odciski kopyt w śniegu. Tą sarnę zapewne rozszarpały bezpańskie psy. Nie sądzę aby były w dolinkach jakieś większe drapieżniki. Nigdy zresztą nie widziałem żadnego większego mięsożercy prócz lisa. Cały spacer zrobił się pięciogodzinny i wyszło trochę około 20 kilometrów.
Komentarze
Człowiek czyni najwięcej szkody w przyrodzie.
Pozdrawiam świątecznie, życząc radosnych świąt, krótko przy stole, długo na wędrówkach. Alleluja! Chrystus prawdziwie Zmartwychwstał :)
Pozdrawiam:((:))
A naprawdę warto... Nieporównanie lepsze warunki niż na Kasprowym i większości polskich stoków. Póki jest śnieg, można jeszcze próbować. Nawigacja zawsze na dłuższych odcinkach przesadza. Do Warszawy np. dodała mi 1 godzinę, a jechałem wg przepisów.
Pozdrawiam poświątecznie!