Morze śniegu i mrozu

Wczoraj było pięknie, słonecznie. My jednak mieliśmy zapowiedzianych gości - kontynuacja imienin - W dodatku na czternastą. Zresztą sobota, sprzątanie i przygotowania. Obiecywaliśmy sobie dziś iść na spacer jeśli pogoda dopisze. Do Kościoła idziemy na 22:00 Dziś w parafii obraz.

Cały dzień uroczystości. My wybraliśmy sobie te na koniec dnia. Zresztą uroczystości są już od kilku dni. Wraz z rekolekcjami. Wstałem około 7:00 rano. Nie potrafię marnować dnia nawet w niedzielę. Około 10:00 Basia zaczęła stroić fochy. Nie chciałem ulegać. Zadałem więc proste, jasne pytania “o której idziemy?” i “Idziesz ze mną?” Zamiast odpowiedzi fochy. Nie stać mnie na takie rzeczy. Cały tydzień ryje do nocy. Choć niedziele chcę wykorzystać. Ubrałem się i poszedłem sam. Oczywiście lepiej w towarzystwie. Ale trudno. Zresztą nie byłem sam. Wziąłem audiobooka. A i w polach spotkałem sarny, zające, Takie żółte ptaszki i wielkiego drapieżnika z kółkami na skrzydłach od spodu. Nie wiem co to za ptak. Ale był piękny. Wyszedłem przez ogród. Okazało się, że niestety jeszcze kukurydza nie jest skoszona. Przedarłem się przez nią do drogi i wszedłem w kolejne pole.

To na szczęście miało rzędy kukurydzy w kierunku w którym chciałem iść. Po jakichś pięciuset metrach wyszedłem na pełne morze i zacząłem łowić wielkiego marlina. Był ogromny, sądząc po napięciu linki. Wcześniej złapałem tuńczyka aby był na przynętę. Po dwóch dniach zmagań z pokaleczoną ręką i bólem pleców wreszcie wyczerpanego miałem koło łodzi. Z całym impetem zatopiłem w jego sercu harpun. Przywiązałem go do łodzi i spostrzegłem, że zbyt daleko wypłynąłem za nim w pełne morze. Postawiłem żagiel i zacząłem wracać. Zdawałem sobie sprawę, że przyjdzie mi niestety stoczyć jeszcze nie jedną walkę. Po kilku godzinach pojawił się pierwszy rekin. Wydarł marlinowi jakieś 30 funtów mięsa. Ugodziłem go harpunem. Zabiłem, ale straciłem harpun. Wpadłem na pomysł aby przywiązać nóż do wiosła.

Tak zrobiłem broń na następne rekiny. Nie miałem wątpliwości, że się pojawią. W chwilę potem przybyły kolejne dwa. Na drugim złamałem nóż, ale oba posłałem na dno. Zdążyły nadjeść sporo mojego marlina. Zostałem bez broni. Znalazłem pałkę ze starego wiosła. Kilka w ten sposób stłukłem. Na koniec jeszcze wykorzystałem rumpel od steru, ale już nie było czego bronić. Tak dotarłem zmarznięty do Hawany. Nie pokonał mnie marwin lecz rekiny. Nie, nie zostałem pokonany. Człowieka bowiem można zniszczyć, ale nigdy pokonać.

Komentarze

makroman pisze…
Kocham takie nocne nabożeństwa albo... takie super wcześnie rano - lata temu w moim kościele parafialnym była msza o 4,30 - to było coś...... ale zrezygnowano, bo uczestników była garstka.