W piątek był treściwy dzień. Rano pojechałem do rodziców. Z samego rana. Byłem u nich o 9:00 Zawiozłem im mnóstwo książek. Zawiozłem też placki owsiane na spróbowanie, te które robię. Mama dała w zamian litrowy słoik dżemu śliwkowego. Znowu zjem na raz i będę gruby. Pojechaliśmy od razu na cmentarz. Do Wieliczki. Przy cmentarzu jest maluśki parking, tak zapchany, że kiedyś urwano mi tam lusterko. Jeszcze w starym samochodzie. Nie odważyłem się w tym tam jechać. Jeszcze nie potrafię tak manewrować jak w starym. Zaparkowaliśmy w ślepej uliczce, już kiedyś tam stawałem. Idealnie. Nawet bliżej niż z parkingu. Okazało się na cmentarzu, że zapomnieliśmy zapałek. Odpalałem kawałkiem tektury. Zawiał wiatr i tekturka oparzyła mi paskudnie rękę. Od razu zeszła skóra z jakiegoś centymetra kwadratowego. Potem posiedziałem jeszcze godzinkę u rodziców i pojechałem do pracy mimo urlopu. Mam strasznie dużo pracy. W zasadzie nigdy nie zostaje, ale staram się być lojalny wobec innych. Są momenty w których czuję, że muszę. Inaczej nie byłbym w porządku do innych. Był też K. dyrektor. Zawołał mnie do siebie. Idą oczywiście zmiany i w związku z tym w zespole będzie jedna projektantka i będę jej kierownikiem. To E. Moja dawna projektantka. Kobieta z IQ tak wysokim i umysłem tak logicznym, że aż się boję. Zresztą ja zawsze projektantów uważałem za swoich zwierzchników jakby, a tu ja mam być jej szefem? Do tej pory wspaniale zawsze się dogadywaliśmy. Myślę, że tak pozostanie. Basia oczywiście odrabia pańszczyznę u U. A to sprząta, a to firanki jej wiesza, załatwia szycie zasłon. Ja też muszę iść i złożyć wreszcie te meble. Ciągle jednak na coś czekamy. Może wreszcie da się to skończyć w przyszłym tygodniu. Choć wolałbym w pracy zostawać. Dziś zresztą też tam pojechała. Ja za to, cały ogród wygrabiłem i pierwszy raz umyłem samochód po kupnie. Był brudny, że aż wstyd. Przyszedł sąsiad i oczywiście deprecjonować, deprecjonować. A to, że KIA, a to że opony zimowe tanie. No, żesz kurde. Nie stać mnie na inne. A co dziurawe może? Jejku czemu ludzie uwielbiają komuś wszystko obrzydzać i deprecjonować. Jak on mi opowiadał o swoim kupnie, choć nie pytałem, to słuchałem i podziwiałem. Potem zrobiłem obiad Konradowi, bowiem rano dziś wrócił z pod Paryża ze wspinaczki. Mieli cztery dni wyśmienitej pogody. Chłodno jak u nas. Powspinali się, pewnie będzie film. A wczoraj po pracy jeszcze byliśmy w kinie. Ale o tym to pewnie w kolejnym poście. A jeszcze tak z głupiego, Basia namówiła mnie na kupno nowego zegarka. Taki zwykły, ale poprzedni już się rozpadł. Znaczy pasek odpadł. Tym razem dałem się namówić na bransoletkę. Do tamtego spróbuję kupić jednak pasek i będzie na co dzień, to znaczy do roboty i na wycieczki. Tan od święta i do pracy. Tamten ma już strasznie porysowane szkiełko i obudowę.
Komentarze
A mój blog otwarty, dobrze zalinkowałeś ?