Swego czasu. Można powiedzieć, że dzięki “Naszej klasie” odzyskałem kuzynostwo. Kuzyna i kuzynkę. Jakoś w meandrach czasów przeszłych i dorosłości rozeszły się nasze drogi. Na wspomnianym portalu znalazłem ich i zaprosiłem na wspólny wyjazd narciarski. To w zasadzie jedyna cząstka rodziny w miarę “kumata” i potrafiąca się ruszać. Oboje nie założyli swoich rodzin, aż do teraz. Bowiem On się żeni! Zostaliśmy zaproszeni na ślub. Od mniej więcej czerwca chodziły o tym słuchy. Chodziły też słuchy, że zostaniemy zaproszeni. Ślub odbył się w klasztorze w Tyńcu pod Krakowem. Piękne miejsce i pogoda była wyśmienita. Ślub wcześnie, bo o trzynastej. Potem pojechaliśmy do Wieliczki na weselisko. To było w karczmie przy drodze na Tarnów. “Pod wielką solą” Miejsce bardzo swojskie, ale fajne. Impreza była przednia, a jaki jadło! Co prawda ja nie bardzo do tańca. Jakoś nie lubię tak skakać w krawacie. Ale Basia wymusiła na mnie trochę podrygiwania. Towarzystwo doskonale się bawiło. Miło było patrzeć na “młodych” W ogóle bywałem na wielu ślubach, ale Ci byli strasznie radośni i szczęśliwi. Zwykle “młodzi” są dość zestresowani i poważni. Pani młoda piękna, smukła. On też przystojny. Będzie z nich piękna i szczęśliwa para. Nie miałem oczywiście aparatu ze sobą, ale pewnie jakieś zdjęcia będą.
Komentarze
W krawacie czy bez podskakiwać wypada...
Miłego dnia Andrzeju ;)