W sobotę wybraliśmy się w Tatry. Trochę obawialiśmy się pogody, ale przeszła nasze najśmielsze oczekiwania. Było ciepło, choć bardzo wietrznie. No i najważniejsze. Bardzo zdjęciowo. Chmurki wprost wymarzone do zdjęć. Poszliśmy w Tatry, te niższe. Zachodnie o ile się nie mylę. Ruszyliśmy z doliny Chochołowskiej. Dojechaliśmy samochodem po raz pierwszy od tej drugiej strony.
Przez Czarny Dunajec. Całkiem nieźle się tamtędy jedzie. Mimo ograniczeń do 40 km/h. W ogóle jakoś dziwnie tam jest. Strasznie płasko. Dolina Chochołowska do szlaku, którym mieliśmy wejść liczy sobie 6.5 km. Pieszo to około półtorej godziny. Ale okazało się, że oprócz śmierdzącej dorożki za kosmiczną kwotę i kolejki turystycznej za śmieszną kwotę. Można wypożyczyć rowery. Za jedyne 10 zł do samego szlaku. Kolejka jeździ tylko połowę trasy. Wzięliśmy więc rowery i dawaj w drogę. Jedzie się praktycznie po płaskim. W niecałe dwadzieścia minut z przerwami na zdjęcia byliśmy pod szlakiem. Z początku szlak tragiczny. Zrywka drewna i błoto po pas. Udało się jednak przejść skrajem lasu. Potem łagodne wejście przez dolinę Starobociańską na przełęcz. I tu zdecydowaliśmy, że idziemy w stronę Wołowca. Na szczycie Starobociańskim zadzwonił Konrad aby go odebrać z Krzeszowic o 19:00, a jakże. Darowaliśmy sobie Wołowiec. Zresztą to trasa do co najmniej 21:00 A chcieliśmy zrobić sobie taką “lajtowa” wycieczkę. Zaczęliśmy schodzić zielonym i potem czerwonym z Kończystego Wierchu. W tym dniu było bardzo wietrznie w Tatrach.
Do Starobociańskiego szliśmy w mocnych porywach wiatru, ale ciepłego. Szliśmy w podkoszulkach. Mijali nas jednak ludzie opatuleni w kaptury, czapki i rękawiczki. Faktycznie jak tylko przeszliśmy na drugą stronę szczytu. Szybko wyciągnęliśmy z plecaków kurtki. Tu wiatr był już iście huraganowy i zimny. Do doliny Chochołowskiej zeszliśmy czerwonym szlakiem. Zejście tu jest bardzo strome. Schodzi się po drewnianych schodach. Mniej więcej tak z setnego piętra albo i wyżej. Jest to bardzo męczące. Potem jednak znowu rowerek i tym razem praktycznie bez pedałowania na sam dół. Warto było ruszyć tyłki z domu w tą sobotę mimo ryzykownych zapowiedzi pogody. Moja znajomość tej strony Tatr kończyła się Czerwonych Wierchach. Dalej zawsze uważałem, że to takie pagórki. Tym czasem bardzo tu ładnie. Jest co zwiedzać. Faktycznie to takie wysokie pagórki. Ale bardzo piękne. Widoki nieziemskie.
Przez Czarny Dunajec. Całkiem nieźle się tamtędy jedzie. Mimo ograniczeń do 40 km/h. W ogóle jakoś dziwnie tam jest. Strasznie płasko. Dolina Chochołowska do szlaku, którym mieliśmy wejść liczy sobie 6.5 km. Pieszo to około półtorej godziny. Ale okazało się, że oprócz śmierdzącej dorożki za kosmiczną kwotę i kolejki turystycznej za śmieszną kwotę. Można wypożyczyć rowery. Za jedyne 10 zł do samego szlaku. Kolejka jeździ tylko połowę trasy. Wzięliśmy więc rowery i dawaj w drogę. Jedzie się praktycznie po płaskim. W niecałe dwadzieścia minut z przerwami na zdjęcia byliśmy pod szlakiem. Z początku szlak tragiczny. Zrywka drewna i błoto po pas. Udało się jednak przejść skrajem lasu. Potem łagodne wejście przez dolinę Starobociańską na przełęcz. I tu zdecydowaliśmy, że idziemy w stronę Wołowca. Na szczycie Starobociańskim zadzwonił Konrad aby go odebrać z Krzeszowic o 19:00, a jakże. Darowaliśmy sobie Wołowiec. Zresztą to trasa do co najmniej 21:00 A chcieliśmy zrobić sobie taką “lajtowa” wycieczkę. Zaczęliśmy schodzić zielonym i potem czerwonym z Kończystego Wierchu. W tym dniu było bardzo wietrznie w Tatrach.
Do Starobociańskiego szliśmy w mocnych porywach wiatru, ale ciepłego. Szliśmy w podkoszulkach. Mijali nas jednak ludzie opatuleni w kaptury, czapki i rękawiczki. Faktycznie jak tylko przeszliśmy na drugą stronę szczytu. Szybko wyciągnęliśmy z plecaków kurtki. Tu wiatr był już iście huraganowy i zimny. Do doliny Chochołowskiej zeszliśmy czerwonym szlakiem. Zejście tu jest bardzo strome. Schodzi się po drewnianych schodach. Mniej więcej tak z setnego piętra albo i wyżej. Jest to bardzo męczące. Potem jednak znowu rowerek i tym razem praktycznie bez pedałowania na sam dół. Warto było ruszyć tyłki z domu w tą sobotę mimo ryzykownych zapowiedzi pogody. Moja znajomość tej strony Tatr kończyła się Czerwonych Wierchach. Dalej zawsze uważałem, że to takie pagórki. Tym czasem bardzo tu ładnie. Jest co zwiedzać. Faktycznie to takie wysokie pagórki. Ale bardzo piękne. Widoki nieziemskie.
Komentarze