To druga książka Bruno Schulza. Utrzymana w podobnym tonie co Sklepy Cynamonowe. Choć muszę przyznać, że miejscami w tej książce zaczynałem się gubić z powodu natłoku metafor. I takiego trochę surrealistycznego świata. Było to dla mnie męczące i trudne w zrozumieniu. To również zbiór opowiadań,
który jest połączony postacią Józefa i jego Ojca. Motywem przewodnim jest tu wielokrotna śmierć Ojca Józefa. Wielokrotna, bo ciągle w innej postaci, coraz bardziej zdegradowanej. W tytułowym opowiadaniu Ojciec jest w sanatorium jako martwy, zatrzymany w swym umieraniu. Wyjęty niejako poza czas. Dla wszystkich on już umarł, tu jeszcze żyje w śmierci. Na końcu zredukowany do postaci kraba zostaje wreszcie ugotowany, a nawet w tej jeszcze postaci umyka z talerza zostawiając za sobą nogi. Dla mnie symbolizuje to zapominanie, zacieranie się szczegółów jakie pamiętamy o zmarłej osobie. Postać Józefa też nie jest ciągła. Józef raz jest dzieckiem, raz maturzystą i dorosłym właśnie w sanatorium, a nawet emerytem ale tu już pod imieniem Szymon czy nawet jako bezimienny. Zmęczyło mnie czytanie tej książki. Z niechęcią dobrnąłem do końca, choć przyznam w końcowym opowiadaniu ożywiło mnie trochę. Może po prostu nie miałem nastroju. Obiecałem sobie wrócić w zimie do niej ponownie. Może po raz drugi przemówi do mnie ta książka wyraźniej.
który jest połączony postacią Józefa i jego Ojca. Motywem przewodnim jest tu wielokrotna śmierć Ojca Józefa. Wielokrotna, bo ciągle w innej postaci, coraz bardziej zdegradowanej. W tytułowym opowiadaniu Ojciec jest w sanatorium jako martwy, zatrzymany w swym umieraniu. Wyjęty niejako poza czas. Dla wszystkich on już umarł, tu jeszcze żyje w śmierci. Na końcu zredukowany do postaci kraba zostaje wreszcie ugotowany, a nawet w tej jeszcze postaci umyka z talerza zostawiając za sobą nogi. Dla mnie symbolizuje to zapominanie, zacieranie się szczegółów jakie pamiętamy o zmarłej osobie. Postać Józefa też nie jest ciągła. Józef raz jest dzieckiem, raz maturzystą i dorosłym właśnie w sanatorium, a nawet emerytem ale tu już pod imieniem Szymon czy nawet jako bezimienny. Zmęczyło mnie czytanie tej książki. Z niechęcią dobrnąłem do końca, choć przyznam w końcowym opowiadaniu ożywiło mnie trochę. Może po prostu nie miałem nastroju. Obiecałem sobie wrócić w zimie do niej ponownie. Może po raz drugi przemówi do mnie ta książka wyraźniej.
Komentarze