No i wróciłem cało i szczęśliwie. Ten wyjazd planowałem już dawno. Nastawiony byłem bardzo pozytywnie. Plan początkowy zakładał start w Zwardoniu i koniec na Pilsku. Zakładałem dwa noclegi po drodze. Na mapie zaznaczonych jest sporo schronisk, ale jak zwykle brałem ze sobą namiot. Miał to być przejazd niebieskim szlakiem samą granicą. W międzyczasie pojeździłem jeszcze trochę po Beskidzie Śląskim. Bardzo spodobały mi się te okolice. Spojrzawszy ponownie na mapę, pomyślałem: czemu by nie zacząć od samego początku. Czyli z Ustronia na Czantorię. Tam jest czeskie schronisko i mają laną kofolę! I piwo czeskie, ale na rowerze nie pijam piwa. Rozleniwiam się strasznie po piwie i już mi się nigdzie nie chce jechać. Mnóstwo tutaj turystów. Z Czantorii pognałem na Stożek. Ze Stożka dalej granicami i niestety na Kiczorach koniec szlaku po granicy. Ale i tak dalsza jazda wyśmienita. Upał zaczął doskwierać jednak niemiłosierny. Niebo bez jednej chmurki. Nie lubię takiego. Zdjęcia wychodzą wtedy nijakie. Zjechałem żółtym szlakiem do Istebnej, a stamtąd do niebieskiego przez kolejną górkę aż do Zwardonia. Te wszystkie górki na razie poniżej 1000 m.n.p.m. Ale tu jazda mimo turystów fajna. Przez Zwardoń tylko przejechałem i zacząłem wtaczać się na Skalankę w stronę Wielkiej Raczy. Należało się już rozglądać za noclegiem. Po drodze kilka możliwych schronisk. Znalazłem chatkę “Skalanka” Nocleg za 15 zł w spalni o nazwie “Teleportacja” Oczywiście kolejne schronisko w którym mają remont pryszniców i nie ma ciepłej wody. Ale zdeterminowany umyłem się cały w takiej wielkiej umywalce nad którą był jednak prysznic z zimną wodą. Nawet się uprałem.
Rozwiesiłem na werandzie rzeczy. Oczywiście “Stanowisko strzałowe” Tak nazwane WC również było nieczynne i trzeba było w pobliski las. Wyszedłem o drugiej w nocy za potrzebą i popatrzeć na gwiazdy. W górach są nocą niesamowite. Prawdziwe! Nie to co w miastach. Wielki wóz ledwo widoczny i tyle. Tu cały batonik MilkiWay namacalny niemalże. Aż mleko spływa po twarzy jak się głowę podniesie. Okazało się, że moje pranie już suche. Z rana o 6:00 ruszyłem dalej w górę. O 7:00 było już chyba ze 30 stopni. Chłeptałem wodę gdzie tylko znalazłem. Dotarłem na Wielką Raczę 1236 m.n.p.m. około 10:00 Zaraz zaczepił mnie facet na oko 70 lat z plecakiem w którym spakował chyba cały dom. Miał specjalny pas wokół bioder chyba aby kręgosłupa od ciężaru nie złamać. Biedny pytał każdego wychodzącego czy okularów ktoś nie znalazł. Na Wielkiej Raczy zjadłem pierwszy posiłek od dwóch dni. Wczoraj były tylko dwa batoniki. Zjadłem jajecznice i jeszcze pierogi. Zmitrężyłem prawie godzinę. Zacząłem szukać tu niebieskiego szlaku. Nigdzie nie ma takiego, a czerwony omija wszystkie szczyty, obchodzi bokiem. Postanowiłem jechać wzdłuż słupków granicznych. W okolicy szczytu “Orzeł” Słupki weszły w las i jazda, a nawet prowadzenie roweru stało się bardzo uciążliwe. Pojechałem zielonym na Słowację licząc na to, że może znajdę jakąś ścieżkę i wrócę na granicę. Czerwony odchodził w drugą stronę mocno w dół. Efekt był taki, że zabłądziłem na Słowacji i musiałem się przedzierać przez ostrężyny. Poharatałem całe nogi i zgubiłem rękawiczki rowerowe koło źródełka.
Powrót na czerwony szlak zajął mi godzinę. Od tego momentu szlak stał się typowo pieszy. O jeździe można było zapomnieć. Pytałem wszystkich napotkanych turystów o niebieski. Każdy twierdził, że takiego nie ma. Ja mam go na mapie! Jedna starsza pani powiedziała “Tak jakieś trzydzieści lat temu go przeszłam.” Ale już dawno jest zlikwidowany. Kontynuowałem więc czerwonym coraz bardziej zirytowany. Widoków żadnych i wszystkie szczyty omija. W końcu dotarłem w okolice Rycerzowej. Nawet nie zadałem sobie trudu wdrapania się na szczyt. Z braku możliwości kontynuowania wycieczki granicami. Nie dopatrzyłem się niebieskiego szlaku w stronę Pilska, a do przejścia było około 20 km. Raczej bez możliwości noclegu po drodze. Zresztą szlaki na tych wysokościach są typowo piesze. Wąskie, kamieniste i z wystającymi korzeniami. Stwierdziłem, że z rowerem nie ma to sensu. Lepiej wrócić tu pieszo i spróbować iść wzdłuż granicy. Postanowiłem na tym zakończyć wycieczkę i zjechać na dół. Od “Młodej Hory” asfalt i wijąca się wstęga przełęczą aż po Ujsoły. Potem do Rajczy i tam koleją do domu. W sumie jestem zawiedziony tą wycieczką, ale oświeciło mnie, że nie wszystkie góry mają sens rowerowo. Pewną ich część lepiej przejść pieszo. Więcej frajdy będzie z tego. Pomijam to, że na Wielkiej Czantorii okazało się, że puściły zaczepy bagażnika i musiałem go powiązać sznurkami, aby tam już nie zakończyć wycieczki.
Jutro planujemy z Basią pieszo na Czantorię po czeskie piwo i na Kofolę. A dziś rowerkiem na lody do Krakowa i zwiedzić Stare Bagry. Do tej wycieczki po granicach na pewno pojawi się szerszy opis na mojej stronie i co najmniej dwa filmy z jazdy. Póki co, zdjęcia i trasy z dwóch dni. Łącznie zrobiło się 90 km. Z tego jakieś 70 km typowo po górach. Nie jest tak źle.
Rozwiesiłem na werandzie rzeczy. Oczywiście “Stanowisko strzałowe” Tak nazwane WC również było nieczynne i trzeba było w pobliski las. Wyszedłem o drugiej w nocy za potrzebą i popatrzeć na gwiazdy. W górach są nocą niesamowite. Prawdziwe! Nie to co w miastach. Wielki wóz ledwo widoczny i tyle. Tu cały batonik MilkiWay namacalny niemalże. Aż mleko spływa po twarzy jak się głowę podniesie. Okazało się, że moje pranie już suche. Z rana o 6:00 ruszyłem dalej w górę. O 7:00 było już chyba ze 30 stopni. Chłeptałem wodę gdzie tylko znalazłem. Dotarłem na Wielką Raczę 1236 m.n.p.m. około 10:00 Zaraz zaczepił mnie facet na oko 70 lat z plecakiem w którym spakował chyba cały dom. Miał specjalny pas wokół bioder chyba aby kręgosłupa od ciężaru nie złamać. Biedny pytał każdego wychodzącego czy okularów ktoś nie znalazł. Na Wielkiej Raczy zjadłem pierwszy posiłek od dwóch dni. Wczoraj były tylko dwa batoniki. Zjadłem jajecznice i jeszcze pierogi. Zmitrężyłem prawie godzinę. Zacząłem szukać tu niebieskiego szlaku. Nigdzie nie ma takiego, a czerwony omija wszystkie szczyty, obchodzi bokiem. Postanowiłem jechać wzdłuż słupków granicznych. W okolicy szczytu “Orzeł” Słupki weszły w las i jazda, a nawet prowadzenie roweru stało się bardzo uciążliwe. Pojechałem zielonym na Słowację licząc na to, że może znajdę jakąś ścieżkę i wrócę na granicę. Czerwony odchodził w drugą stronę mocno w dół. Efekt był taki, że zabłądziłem na Słowacji i musiałem się przedzierać przez ostrężyny. Poharatałem całe nogi i zgubiłem rękawiczki rowerowe koło źródełka.
Powrót na czerwony szlak zajął mi godzinę. Od tego momentu szlak stał się typowo pieszy. O jeździe można było zapomnieć. Pytałem wszystkich napotkanych turystów o niebieski. Każdy twierdził, że takiego nie ma. Ja mam go na mapie! Jedna starsza pani powiedziała “Tak jakieś trzydzieści lat temu go przeszłam.” Ale już dawno jest zlikwidowany. Kontynuowałem więc czerwonym coraz bardziej zirytowany. Widoków żadnych i wszystkie szczyty omija. W końcu dotarłem w okolice Rycerzowej. Nawet nie zadałem sobie trudu wdrapania się na szczyt. Z braku możliwości kontynuowania wycieczki granicami. Nie dopatrzyłem się niebieskiego szlaku w stronę Pilska, a do przejścia było około 20 km. Raczej bez możliwości noclegu po drodze. Zresztą szlaki na tych wysokościach są typowo piesze. Wąskie, kamieniste i z wystającymi korzeniami. Stwierdziłem, że z rowerem nie ma to sensu. Lepiej wrócić tu pieszo i spróbować iść wzdłuż granicy. Postanowiłem na tym zakończyć wycieczkę i zjechać na dół. Od “Młodej Hory” asfalt i wijąca się wstęga przełęczą aż po Ujsoły. Potem do Rajczy i tam koleją do domu. W sumie jestem zawiedziony tą wycieczką, ale oświeciło mnie, że nie wszystkie góry mają sens rowerowo. Pewną ich część lepiej przejść pieszo. Więcej frajdy będzie z tego. Pomijam to, że na Wielkiej Czantorii okazało się, że puściły zaczepy bagażnika i musiałem go powiązać sznurkami, aby tam już nie zakończyć wycieczki.
Jutro planujemy z Basią pieszo na Czantorię po czeskie piwo i na Kofolę. A dziś rowerkiem na lody do Krakowa i zwiedzić Stare Bagry. Do tej wycieczki po granicach na pewno pojawi się szerszy opis na mojej stronie i co najmniej dwa filmy z jazdy. Póki co, zdjęcia i trasy z dwóch dni. Łącznie zrobiło się 90 km. Z tego jakieś 70 km typowo po górach. Nie jest tak źle.
Komentarze