Pogoda na piątek była wątpliwa. Obudziłem się o 6:00 Wstałem i zacząłem sprawdzać pogodę na różnych portalach internetowych. Ma się chmurzyć i po południu deszcz. Już prawie zrezygnowany zajrzałem jeszcze na kamery internetowe. Nad górami słońce. Na dodatek Basia zwlokła się z łóżka. Postanowiliśmy jechać. I dobrze. Na miejscu okazało się, że pogoda jest wyśmienita. I cudowne pierzaste chmurki, takie wprost idealne do zdjęć. Nie cierpię błękitnego lazuru. Zdjęcia wychodzą wtedy plastikowe. Już wole zachmurzone niebo. Przy odpowiednim filtrze można uzyskać ciekawe, żywe zdjęcia. Ruszyliśmy na Kondracką Kopę. Wiedziałem, że Basia raczej odmówi wyjścia wprost na przełęcz, pod kopą zielonym szlakiem. Stromo i może być oblodzone. Ruszyliśmy więc niebieskim, choć nie jestem pewien czy on w zimie nie jest zamknięty. Tabliczki jednak nie znalazłem. Wiedzie na przełęcz, tyle, że od strony Giewontu. Tak zwykle schodzi się z Giewontu. Oczywiście nadal na Giewoncie nie byłem. Permanentnie odmawiam tam wejścia. Choć dziś żywej duszy nie uświadczysz na szlaku. Zaczęliśmy się wspinać. Tu też jest stromo, Basia złapała cykora, jak zwykle. Musiałem ją uspokajać. Śnieg był tu bardzo głęboki.
Miejscami z uwagi na głębokość śniegu i stromość. Stojąc po pas w śniegu, nosem prawie dotykało się ściany. Zagrożenie lawinowe było oznaczone na jedynkę. Ale i tak lepiej zachować ostrożność. Wokół wszędzie były ślady lawin. Nagle usłyszeliśmy jakiś dziwny szum. Okazało się, że po przeciwnej stronie zaczęła zsuwać się mini lawinka. Naprawdę takie nic a hałasu narobiła sporo. W końcu weszliśmy na przełęcz i tu już było luźno. Jak zawsze w tej okolicy natrafiliśmy na stadko kozic. Były blisko, ale z uwagi na szerokokątny obiektyw praktycznie nie widać ich na zdjęciach. Nigdy nie chce mi się zabrać innego obiektywu. Z przełęczy już bardzo łatwo szło się na kopę, choć wcale blisko nie jest. Widzieliśmy z góry też w wielu miejscach narciarzy. Aż mnie skręcało. Ile ja się dla niej poświęcam. Mogłem sam iść z nartami. Toż to mój urlop w końcu. Ale trudno, tak też jest fajnie. Wdrapaliśmy się na kopę i spotkaliśmy pierwszych tego dnia turystów. Potem zaczęliśmy schodzić. Istotnie, na zejściu było twardo. Tak jak się spodziewałem, ale nie było lodu.
Wbijając pięty można było w zasadzie zbiec. Basia jednak znowu zaczęła panikować. Nie zdecydowałem się na raki, choć zabraliśmy je. Bardziej przydają się wchodząc, niż odwrotnie. W połowie minęli nas narciarze. Znowu zrobiło mi się żal. Od połowy śnieg zaczął być bardziej ciastowaty i w zasadzie tą część do schroniska pokonaliśmy w pół godziny. Potem grzanie się na słońcu i zejście do samochodu. Od piętnastej, tak jak zapowiadano, słońce zostało przysłonięte przez chmury. Mimo kremu z filtrem 30 skóra i tak schodzi mi z twarzy. A zdjęć zrobiłem prawie czterysta. Obrobiłem niespełna pięćdziesiąt.
Miejscami z uwagi na głębokość śniegu i stromość. Stojąc po pas w śniegu, nosem prawie dotykało się ściany. Zagrożenie lawinowe było oznaczone na jedynkę. Ale i tak lepiej zachować ostrożność. Wokół wszędzie były ślady lawin. Nagle usłyszeliśmy jakiś dziwny szum. Okazało się, że po przeciwnej stronie zaczęła zsuwać się mini lawinka. Naprawdę takie nic a hałasu narobiła sporo. W końcu weszliśmy na przełęcz i tu już było luźno. Jak zawsze w tej okolicy natrafiliśmy na stadko kozic. Były blisko, ale z uwagi na szerokokątny obiektyw praktycznie nie widać ich na zdjęciach. Nigdy nie chce mi się zabrać innego obiektywu. Z przełęczy już bardzo łatwo szło się na kopę, choć wcale blisko nie jest. Widzieliśmy z góry też w wielu miejscach narciarzy. Aż mnie skręcało. Ile ja się dla niej poświęcam. Mogłem sam iść z nartami. Toż to mój urlop w końcu. Ale trudno, tak też jest fajnie. Wdrapaliśmy się na kopę i spotkaliśmy pierwszych tego dnia turystów. Potem zaczęliśmy schodzić. Istotnie, na zejściu było twardo. Tak jak się spodziewałem, ale nie było lodu.
Wbijając pięty można było w zasadzie zbiec. Basia jednak znowu zaczęła panikować. Nie zdecydowałem się na raki, choć zabraliśmy je. Bardziej przydają się wchodząc, niż odwrotnie. W połowie minęli nas narciarze. Znowu zrobiło mi się żal. Od połowy śnieg zaczął być bardziej ciastowaty i w zasadzie tą część do schroniska pokonaliśmy w pół godziny. Potem grzanie się na słońcu i zejście do samochodu. Od piętnastej, tak jak zapowiadano, słońce zostało przysłonięte przez chmury. Mimo kremu z filtrem 30 skóra i tak schodzi mi z twarzy. A zdjęć zrobiłem prawie czterysta. Obrobiłem niespełna pięćdziesiąt.
Komentarze