Bo zupy było za wiele

Znowu będzie o ogrodzie i o altance :) No bo ciągle zajmuje się tym. Przychodzę z pracy, jem na szybkiego i lecę do roboty, aby zdążyć przed zmrokiem. Aktualnie nie da się oczywiście kopać. Nadal deszcz nie padał. Robię więc te fugi. Idzie mozolnie. Ale, jeśli jeszcze jutro wytrzyma, powinienem skończyć jeden podest aż do schodka. I wtedy jeszcze zaimpregnuje. Potem przykryje folią i przetrwa do wiosny. Mam już zresztą impregnat. Trochę drogi. Ale mam nadzieję, że skuteczny. Dziś mimo wszystko już modliłem się o deszcz. Po prostu już mi się nie chce tak co dzień tyrać do zmroku. Mam już dość. Marzy mi się siąść po pracy i napić kawy, poleniuchować. Oglądnąć coś. Jestem tak zapracowany i zmęczony, że dziś, a w zasadzie wczoraj Basia zostawiła mi zupę. Z reguły sam dbam o swój obiad. Ale dziewczyna się natrudziła, więc chciałem jej sprawić przyjemność i zjeść tą zupę. Zupa była w takim garnuszku w lodówce. Wyjąłem, zagotowałem i przelewam na talerz. No prawie z meniskiem wypukłym. Nie cierpię tak jeść. Dla mnie oprócz smaku jedzenie jeszcze musi wyglądać. O tyle było to dziwne, że w garnuszku wcale tej zupy nie było wiele. Przyszła akurat Basia jak kończyłem. Mówię więc do niej - Basiu, wiesz, że nie lubię tak kopiato. Prawie wylewało mi się z talerza. Basia spojrzała i ze stoickim spokojem do mnie. - To trzeba było ją wlać do głębokiego talerza, takiego na zupę, a nie do płaskiego. No fakt. Jakim cudem ta zupa weszła na płaski talerz i się nie wylała?

Komentarze