Sobota, piękna pogoda. Ja znowu tyram w ogrodzie. Kopie i kopię. Jak się nie chciało uczyć, to teraz trzeba zapieprzać z łopata. Dotarłem w tym kopaniu do ściany. To znaczy do tak twardej ziemi, że nie ma sensu męczyć się dalej i na siłę kopać. Muszę poczekać na deszcz, który niewątpliwie zmiękczy tą ziemię. Sam ośmiokąt pod altankę jest wykopany więcej niż w połowie. Oczywiście pozostaje otoczenie altanki. Te esy-floresy wokoło. W tej chwili wziąłem się za to właśnie. Tu też jest sporo kopania. No i tego równać nie trzeba. Tam będę mógł sypać kamień, bo tam nic nie trzeba będzie już dopasowywać. A sam wykop pod altankę musi zaczekać. Była U. i cały dom jedzie naftaliną czy jakimś takim specyfikiem na mole. Niedobrze mi od tego zapachu. Czy ona się kąpie w tej naftalinie. Przecież aż w oczy szczypie. Poobierała maliny, winogrona, orzechy i gruszki i sobie poszła. Może by tak liście chociaż jeszcze zgrabiła skoro korzysta z darów tego ogrodu? Dziś się wybieramy do kościoła wieczorem, bo jutro kroją się Tatry. Nie chcę zapeszać, bo od chyba trzech lat nie byłem w Tatrach. Dolina Kościeliska się nie liczy. Mam ambitny plan pójść z Basią na Kościelec. Nie wiem czy sobie poradzi. Z tego co pamiętam nie jest jakiś trudny. Najwyżej zawrócimy, albo zostanie się opalać gdzieś po drodze, a ja sobie szybciutko skoczę na szczyt i pocykam zdjęcia. Konrad z Marianną pójdzie zapewne na "Orlą". A wczoraj byliśmy w galerii.
(...) Część przeniesiono do "Bardzo prywatnie" (...)
Komentarze