Konrad wrócił wczoraj z dyskoteki bardzo późno. W zasadzie nad ranem. A chcieliśmy pojechać do Ciężkowic. My do Skamieniałego Miasta, zwiedzić i pojechać na rowerach stamtąd do Jeziora Rożnowskiego. A on W Ciężkowicach powspinać się. Mnie jednak też nie chciało się tak wcześnie rano wstawać.
Poszliśmy więc do kościoła jak zwykle na 9:30 i dopiero potem pojechaliśmy do Ciężkowic. Od nas to 130 km. Miałem włączoną AutoMapę ale Konrad często tam jeździ boulderować na piaskowcu. Stwierdził, że zna lepszą drogę. Jak było 22 km do celu stwierdził abym pojechał tak jak on mówi. Pojechałem więc. Po chwili GPS wybrał inną drogę i stwierdził, że jest 26 km do celu, ale ok. Potem jak już było 16 km znowu AutoMapa chciał jechać prosto przez rondo. Konrad mówi w prawo. Kątem oka zobaczyłem na tablicę. Przekreślone miejscowości. Mówię Konradowi, że nie ma drogi. - Ale na pewno da się objechać. - Przez kolejne 5 km AutoMapa zawzięcie - zawróć w lewo. - W końcu dojechaliśmy do znaku remont drogi i ślepa droga. - Ale na pewno będzie objazd, przecież zawsze tędy jeździmy. Ciężkowice są tu za zakrętem. - No to pojechaliśmy. Za zakrętem okazał się koniec drogi, a za nim Ciężkowice.
I tu AutoMapa pokazał, że dalej to jest polna droga. No cóż AutoMapa jest podłączony do internetu, a Konrad nie. Więc skąd ma wiedzieć, że remontują drogę i nie ma przejazdu. Przełączyłem się na Oziego z mapą compasu Taką gdzie są szlaki turystyczne i ścieżki przez miedze zaznaczone. Pojechaliśmy niebieskim pieszym. Był obiecujący na mapie. Wyglądało, że będzie asfalt. I tak wąziutką drogą, ale asfaltową tłukliśmy się ponad 10 km. W końcu dojechaliśmy do tych Ciężkowic od drugiej strony, tak jak AutoMapa chciał wcześniej. Byliśmy prawie na 14:00 AutoMapa wpierw prognozował 13:15. No ale jesteśmy. Parking zawalony samochodami. Co prawda jakby było mniej egoistów, to zmieściłoby się jeszcze ze dwadzieścia. Stanęliśmy z boczku. Konrad poszedł sobie nad rzekę się wspinać. A my zwiedzać Skamieniałe Miasto. Konrad twierdził, że tam jest tak na piętnaście/dwadzieścia minut chodzenia. Hmm... nam zajęło to ponad półtorej godziny. Przeszliśmy w tym czasie 6 km Ja robię dużo zdjęć. Teren trudny i dużo skałek do oglądania. Ludziów jak mrówków. A rozwrzeszczanych bachorów ponad miarę i moją wytrzymałość. Skaczą po tych skałkach jak małpy. Aż dziw, że ofiar nie ma. Nie potrafię tego zrozumieć. Rodzice idą zagadani, włóczą dzieciaka po piachu, to się drze i wyje. Widać, że woli klikać w playstation czy innego gameboya. Ale nie, trzeba dzieciaka włóczyć na wycieczkę. Potem tak za nic nie będzie chciał w dorosłym życiu iść na spacer jak ja rosołu nie chcę jeść. Nikt mnie już do końca życia nie zmusi. Są różne dzieciaki, albo podejście rodziców do dzieci. Konrad na ten przykład szedł na każdej wycieczce z rozdziawioną buzią i słuchał co mu o tej wycieczce opowiadałem. O każdym drzewie, potoku i skałce. Nieraz z wrażenia miał prawie gorączkę po takiej wycieczce. W wieku 15 lat chyba odchorował Orlą Perć z natłoku wrażeń. Nie wiem, ale skoro dzieciak nie jest zainteresowany czymś, względnie rodzice nie potrafią go tym zarazić, to po jaką cholerę go tam ciągnąć.
Bo to modne? Dobra, wróciliśmy na parking i stwierdziliśmy, że rowery nadal stoją na dachu, nikt nie podpieprzył ich. No to idziemy jeszcze Konradowi zrobić sesję zdjęciową na boulderach. Poszliśmy do niego i spędziliśmy tam z pół godziny. Wspinał się jeszcze z jednym chłopakiem i chyba jego dziewczyną. Byli z Tarnowa. Spojrzałem na zegarek. 16:10. No to my już chyba nigdzie nie pojeździmy na tych rowerach. Konrad stwierdził, że tak za godzinkę to by już się zbierał. No i poszliśmy sobie do "Knajpki Pod Grunwaldem" Ja zjadłem żołądki z cebulką za jedyne 8,5 Pyszne. Basia patrzyła z niesmakiem na mnie. Potem wybyczyliśmy się na słońcu. Przyszedł Konrad zapakował do bagażnika swój "fortepian" Tak nazywam crash pada. Chodzi z tym na plecach. To taki wielki materac składany. Fajnie ma, bo jak jedzie się wspinać pod namiot. Śpi na nim. Jak w domu na łóżku. Tym razem już nie zaufałem Konradowi, tylko AutoMapie. Byliśmy na 19:30 w domu.
Poszliśmy więc do kościoła jak zwykle na 9:30 i dopiero potem pojechaliśmy do Ciężkowic. Od nas to 130 km. Miałem włączoną AutoMapę ale Konrad często tam jeździ boulderować na piaskowcu. Stwierdził, że zna lepszą drogę. Jak było 22 km do celu stwierdził abym pojechał tak jak on mówi. Pojechałem więc. Po chwili GPS wybrał inną drogę i stwierdził, że jest 26 km do celu, ale ok. Potem jak już było 16 km znowu AutoMapa chciał jechać prosto przez rondo. Konrad mówi w prawo. Kątem oka zobaczyłem na tablicę. Przekreślone miejscowości. Mówię Konradowi, że nie ma drogi. - Ale na pewno da się objechać. - Przez kolejne 5 km AutoMapa zawzięcie - zawróć w lewo. - W końcu dojechaliśmy do znaku remont drogi i ślepa droga. - Ale na pewno będzie objazd, przecież zawsze tędy jeździmy. Ciężkowice są tu za zakrętem. - No to pojechaliśmy. Za zakrętem okazał się koniec drogi, a za nim Ciężkowice.
I tu AutoMapa pokazał, że dalej to jest polna droga. No cóż AutoMapa jest podłączony do internetu, a Konrad nie. Więc skąd ma wiedzieć, że remontują drogę i nie ma przejazdu. Przełączyłem się na Oziego z mapą compasu Taką gdzie są szlaki turystyczne i ścieżki przez miedze zaznaczone. Pojechaliśmy niebieskim pieszym. Był obiecujący na mapie. Wyglądało, że będzie asfalt. I tak wąziutką drogą, ale asfaltową tłukliśmy się ponad 10 km. W końcu dojechaliśmy do tych Ciężkowic od drugiej strony, tak jak AutoMapa chciał wcześniej. Byliśmy prawie na 14:00 AutoMapa wpierw prognozował 13:15. No ale jesteśmy. Parking zawalony samochodami. Co prawda jakby było mniej egoistów, to zmieściłoby się jeszcze ze dwadzieścia. Stanęliśmy z boczku. Konrad poszedł sobie nad rzekę się wspinać. A my zwiedzać Skamieniałe Miasto. Konrad twierdził, że tam jest tak na piętnaście/dwadzieścia minut chodzenia. Hmm... nam zajęło to ponad półtorej godziny. Przeszliśmy w tym czasie 6 km Ja robię dużo zdjęć. Teren trudny i dużo skałek do oglądania. Ludziów jak mrówków. A rozwrzeszczanych bachorów ponad miarę i moją wytrzymałość. Skaczą po tych skałkach jak małpy. Aż dziw, że ofiar nie ma. Nie potrafię tego zrozumieć. Rodzice idą zagadani, włóczą dzieciaka po piachu, to się drze i wyje. Widać, że woli klikać w playstation czy innego gameboya. Ale nie, trzeba dzieciaka włóczyć na wycieczkę. Potem tak za nic nie będzie chciał w dorosłym życiu iść na spacer jak ja rosołu nie chcę jeść. Nikt mnie już do końca życia nie zmusi. Są różne dzieciaki, albo podejście rodziców do dzieci. Konrad na ten przykład szedł na każdej wycieczce z rozdziawioną buzią i słuchał co mu o tej wycieczce opowiadałem. O każdym drzewie, potoku i skałce. Nieraz z wrażenia miał prawie gorączkę po takiej wycieczce. W wieku 15 lat chyba odchorował Orlą Perć z natłoku wrażeń. Nie wiem, ale skoro dzieciak nie jest zainteresowany czymś, względnie rodzice nie potrafią go tym zarazić, to po jaką cholerę go tam ciągnąć.
Bo to modne? Dobra, wróciliśmy na parking i stwierdziliśmy, że rowery nadal stoją na dachu, nikt nie podpieprzył ich. No to idziemy jeszcze Konradowi zrobić sesję zdjęciową na boulderach. Poszliśmy do niego i spędziliśmy tam z pół godziny. Wspinał się jeszcze z jednym chłopakiem i chyba jego dziewczyną. Byli z Tarnowa. Spojrzałem na zegarek. 16:10. No to my już chyba nigdzie nie pojeździmy na tych rowerach. Konrad stwierdził, że tak za godzinkę to by już się zbierał. No i poszliśmy sobie do "Knajpki Pod Grunwaldem" Ja zjadłem żołądki z cebulką za jedyne 8,5 Pyszne. Basia patrzyła z niesmakiem na mnie. Potem wybyczyliśmy się na słońcu. Przyszedł Konrad zapakował do bagażnika swój "fortepian" Tak nazywam crash pada. Chodzi z tym na plecach. To taki wielki materac składany. Fajnie ma, bo jak jedzie się wspinać pod namiot. Śpi na nim. Jak w domu na łóżku. Tym razem już nie zaufałem Konradowi, tylko AutoMapie. Byliśmy na 19:30 w domu.
Komentarze