Leje

No i pogoda się popsuła. Wszystko wskazywało, że zacznie lać. Więc wczoraj rano postanowiliśmy wybrać się w Czechy. Oczywiście samochodem. Na drugą stronę Śnieżki. To jest mniej niż 50 km. Trzeba objechać dookoła całe pasmo i przejście graniczne jest na wysokości ponad 1000 mnpm. Kolejny tego typu przejazd samochodem. Ja uwielbiam takie kręte drogi z przepaściami, a Basia kurczowo trzyma się klamek w samochodzie. Mieliśmy nadzieję, że w Czechach nie będzie lało i tam pójdziemy sobie w góry. Od Polskiej strony istotnie musiałem nawet włączyć światła przeciwmgielne. Jechaliśmy w chmurze. Po przejechaniu granicy rozjaśniło się. Pełni optymizmu zaczęliśmy zjeżdżać pół kilometra w dół. Taka mniej więcej jest różnica poziomów. Pojechaliśmy do Pec pod Śnieżką. Wymarłe miasto. Może w zimie jest tu życie. Nigdzie nie można zaparkować. Albo prywatne parkingi, albo parkometry. Ja miałem banknot 500 koron. Znalazł się jeden parking ze szlabanem, gdzie pierwsza godzina była darmo, a cały dzień 120 koron. Wpierw poszliśmy na zakupy. Znaleźliśmy supermarket i oczywiście Kofola + margotki. To nasz ulubiony zestaw na Słowacji i Czechach. Kofola to taka ziołowa coca-cola, a Margot, to baton o smaku marcepana. Jest ciężki i treściwy. Nie wiem ile ma kalorii, ale chyba z 500. Jednak nie sposób sobie go odmówić. No i oczywiście Fidorki, to takie okrągłe batoniki. Supermarket też wymarły, ale można było płacić kartą. O dziwo kupiłem sobie tylko dwa piwa. Tu są dwa gatunki bardzo dobrego piwa Czeskiego. Karkonosz choć to nie jestem pewien czy nie jest Polskie i Skalak. To ostatnie szczególnie ciemne jest pyszne. Niestety nie mogę znaleźć lanego, a w Czechach ja musiałem prowadzić. Dobrze się stało, że w markecie zapłaciłem kartą, bo potem trafiliśmy na sklep w którym sprzedawała chyba Chinka mówiąca nieudolnie po Czesku i kupiłem sobie tam od dawna szukane spodnie wspinaczkowe. Takie szerokie, cienkie, kraciaste ze wstawkami wzmocnienia na kolanach i tyłku. Za jedyne 350 koron. Wszędzie u nas cena jest ponad 100 zł i nie mogłem znaleźć odpowiedniego rozmiaru. Faktycznie jestem "L" Zawsze wydawało mi się, że "XL" może zmienili rozmiarówkę, bo nie zauważyłem abym jakoś drastycznie schudł. Co więcej na początku wszedłem w "M" Nie było odpowiedniego koloru w "L" Ale zacząłem kręcić nosem, że poszukamy innego sklepu i wspomniana Chinka poszła na zaplecze. Jednak znalazły się "L" o takiej kolorystyce jak mi odpowiada. Te spodnie są takie trochę piżamowe. Bardzo wygodne na górskie wycieczki. Oczywiście Chinka zapewniała, że "oryginal" Faktycznie nigdzie nie doszukałem się napisu "made in china" No i wyglądają na bardzo porządne. Skądinąd wiem, że Czesi produkują właśnie takie spodnie. W Czechach po niecałej godzinie zaczęło lać. Zrobiliśmy więc odwrót. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do Kowar do parku miniatur. Ale maleńki ten park. Zabytki tylko z najbliższej okolicy. Potem poszliśmy na obiad i wróciliśmy totalnie przemoczeni. Zaczęło tak lać, że masakra i dziś jest to samo. A mamy jeszcze w planach zwiedzić wszystkie wodospady w okolicy Szklarskiej poręby. Nie wiem czy to się uda. Jutro też ma lać, a w sobotę wyjeżdżamy wcześnie rano do Świnoujścia.

Rozpocznij od Karpacz

Komentarze

#poniosłoNas pisze…
Pamiętam jak z okazji wizyty na Singltreku (polecam) byłam w Czechach i miałam takie same odczucia - tam w ogóle nie ma ludzi!! A jak już się znajdą to tacy jacyś bojaźliwi, skryci i stroniący. Dziwnych mamy tych sąsiadów :)
Nomad pisze…
Tak, mieliśmy wyskoczyć, bo to blisko. Niestety na zewnątrz prysznic i nie wygląda na to aby przeszło. A co do ludzi, to samo jest na Słowacji. Jak jechałem z Roztok Górnych w stronę Ukrainy, to nawet sklep był na dzwonek.