Nareszcie znalazłem czas aby spisać wspomnienia z ubiegłotygodniowej wycieczki rowerowej. Na razie pierwszy dzień:
Wreszcie udało mi się wybrać na rower. Mimo złych prognoz, które ostatnio nie sprawdzają się na moją korzyść. Zapowiadają deszcz i burze, a tym czasem świeci słońce. Ruszyłem z samego rana. Dokładnie 6:40 zaraz po tym jak Basia pojechała do pracy. Postanowiłem przejechać całą trasę do gór i po górach na rowerze. Początkowo planowałem dojazd pociągiem do Lanckorony. Potem jednak postanowiłem zrobić sobie taką wycieczkę. Nigdy nie jechałem jeszcze do Lanckorony. Droga bardzo przyjemna. Do samej Lanckorony jedziemy w zasadzie płasko i po asfaltach. Lanckorona, to tylko rynek i parę chałupek. No jeszcze są ruiny jakiegoś zamku, ale jakoś nie chciało mi się podjeżdżać. Zdjęcie mnie zniechęciło. Te zabytkowe chałupki może i fajne, ale jak ktoś lubi takie oglądać. Mnie nie kręci architektura. Nie lubię zwiedzać miast, ruin i zabytków. Wole naturalne twory. Bardziej spontaniczne. Z Lanckorony cel mój było już pięknie widać. Ruszyłem niebieskim szlakiem, który miał mnie prowadzić wprost pod Koskową Górę. Kiedyś planowałem pojechać tak po pracy pociągiem.
Miałbym wtedy 2 i pół godziny na dojazd na szczyt do noclegu. W Lanckoronie byłem o 10 godzinie. Niestety dojazd do Koskowej nie jest taki prosty. W tej okolicy szlaki są wyjątkowo źle opisane. Po drodze okazuje się, że taki króciutki przesmyk czarnym jest tak z 50 m przesunięty względem tego, co na mapie. Na dodatek zaczyna się u kogoś na podwórku, a potem biegnie zagajnikiem ostro w dół wąziutką ścieżynką. Był problem, aby z rowerem przecisnąć się przez krzaki. Potem niebieski wygląda jakby malujący zabłądził w lesie. Szlak jest malowany prosto ścieżką w lesie, a nie zygzakami jak na mapie. W końcu po jakimś kilometrze nagle się urywa. Malujący pewnie załapał, że się pomylił i nie te drzewa pomalował, które są na mapie. Jak się zorientowałem pognałem przez las na przełaj na kompas. Aż dotarłem już za lasem na kontynuację tego właściwego szlaku. Wreszcie dotarłem do Koskowej i jąłem się znowu nań wdrapywać. Pogoda niby słoneczna, ale jakaś taka wyjątkowo zła na zdjęcia. Światło strasznie rozproszone. Owszem w takiej pogodzie lepiej się jedzie, bo tak nie praży. Już kilka razy mówiłem sobie, że na taki wyjazd wezmę inny obiektyw, ten szerokokątny. On jest o niebo lepszy, tyle, że nie ma zoomu. Zawsze jednak zapominam przepiąć z tego uniwersalnego. Muszę go chyba przełożyć na stałe. Dwóch nie bardzo mi się chce wozić. Staram się minimalizować wagę plecaka. Na Koskowej oczywiście się pomyliłem i pojechałem nie w tym kierunku, co trzeba. Jednak szybko się zorientowałem. Zawróciłem i pojechałem właściwym. Ten właściwy bardzo przyjemny. Długie odcinki płaskich i zjazdów. Tak jedziemy aż do miejscowości Osielec. W górach niestety zaczęło się bardzo mokro i błotnie. Tu musiało sporo padać ostatnimi dni. W Osielcu, to ostatnie miejsce przed wjazdem w prawdziwe góry. Za chwilę będę jechał powyżej 1000 m i nie będzie żadnej cywilizacji, aż do schroniska. Do tej pory, począwszy od Lanckorony i wjazdu w pagórki nie spotkałem żywej duszy. W Osielcu napoiłem się i podjadłem. Kupiłem też kiełbasę na ognisko. Nie sądziłem abym był w stanie dotrzeć dziś do schroniska. Planowałem nocleg gdzieś w lesie w okolicy Naroża. Ruszyłem w góry. Wbrew pozorom nie było tak źle. Owszem prowadzenie roweru, ale tak z umiarem. Nie trzeba było nieść, czepiając się drzew. Po prostu mozolne pchanie w górę i od czasu do czasu niewielkie wjazdy i zjazdy. W końcu dotarłem powyżej 1000 m. Na początku tego pasma jedynie zabłądziłem w lesie. Zamyślony poszedłem inna ścieżką niż szlak. Było masakrycznie dużo błota i chyba z tego względu nie patrzyłem na szlak, tylko szedłem byle dalej. Zorientowałem się kilkadziesiąt metrów od szlaku. Nie chciałem już wracać, a poszedłem prosto przez las. Niestety po drodze musiałem przejść przez głęboki parów z potoczkiem na jego dnie. Umęczyłem się okrutnie. Dotarłszy powyżej tysiąca metrów zacząłem coraz bardziej wierzyć, że uda mi się dotrzeć jednak przed zmrokiem lub na granicy do schroniska. Do tej pory pogoda była taka sobie i w zasadzie żadnych widoczków. Wokoło gęsty las. Co więcej, praktycznie nie było miejsca gdzie można by się rozbić namiotem. Na ścieżce raczej tego nie zrobię. Coraz dalej i coraz bliżej zmroku, ale też coraz bliżej schroniska. Zacząłem nabierać pewności, że dojadę. Choć zmęczenie dawało o sobie znać. Przekroczyłem już 12 godzinę pedałowania. Tyle jeszcze nigdy nie pedałowałem i na dodatek po górach. W końcu będąc coraz wyżej zaczęły robić się luki w drzewostanie i zaczęły jawić się piękne widoki. Ostatnie wzniesienie i zacząłem zjeżdżać w dół, aby po chwili wypaść na wielką przełęcz. Tam widok na wszystkie strony i sto metrów niżej schronisko. Spojrzenie na zegarek. 13 i pół godziny jazdy. Chyba rekord. Nie wiem ile to kilometrów. Nie mam licznika, a tylko GPS z mapami. Ma wszelakie liczniki. Nie używam, bo musiałby być cały czas włączony i logować trasę. Oszczędzam w nim baterie. Starczają na około 5 godzin ciągłej pracy. Włączam tylko gdy chce zobaczyć gdzie jestem. W kieszeni plecaka natomiast jest zawsze włączony loger GPS on pracuje na jednym ładowaniu nieprzerwanie ponad 30 godzin.
Ale można zobaczyć trasę dopiero w domu. I tak pokazał prawie 90 km. Choć jak wiadomo GPS liczy trasę tylko w poziomie. Jeśli doliczyć kąty nachyleń, to zapewne wyjdzie około 100 km. Tu na tej przełęczy nie ma problemu z rozłożeniem namiotu, ale skoro jest schronisko, to podjadę i coś zjem. W schronisku byłem przed paręnaście minut przed dwudziestą. Okazało się, że mam szczęście, bo kuchnie zamykają o 20:00. Co to za dziwne schronisko. W ogóle jakoś tam drętwo. Zapytałem o nocleg. Okazało się, że nie ma problemu. Pokój czteroosobowy i będę sam. Jedyne 22 zł Bo na legitymację krwiodawcy mam zniżkę 20% Fajnie. Jak wszedłem do schroniska było tam kilkanaście osób w jadalni. Rozmowy ucichły i wszyscy ukradkowo na mnie spoglądali. Byłem cały w błocie, to po pierwsze. Po drugie pewnie rowerzysta na takiej wysokości to niecodzienny widok. Trochę głupio mi się zrobiło. Tak mi się skojarzyło. Jak na westernie rewolwerowiec wchodzi do soloonu - piwo i pierogi z mięsem. Huk, strużka dymu i barman pada, bo piwo było za ciepłe. Potem jednak po prysznicu dołączyłem do nich na ognisku i zacząłem sobie smażyć tą kupioną kiełbaskę. Bardzo fajna grupa ludzi. Mimo różnicy wieku swobodnie mogliśmy sobie pogadać. Około 23 położyłem się spać. O pierwszej w nocy zbudziły mnie harcujące myszy. Było słychać tupot małych nóżek po całym pokoju. Musiało ich być co najmniej kilka. Jednak byłem na tyle zmęczony, że w miarę byłem w stanie spać. Od czasu do czasu tylko przebudzając się jak sobie pozwalały ponad miarę.
Wreszcie udało mi się wybrać na rower. Mimo złych prognoz, które ostatnio nie sprawdzają się na moją korzyść. Zapowiadają deszcz i burze, a tym czasem świeci słońce. Ruszyłem z samego rana. Dokładnie 6:40 zaraz po tym jak Basia pojechała do pracy. Postanowiłem przejechać całą trasę do gór i po górach na rowerze. Początkowo planowałem dojazd pociągiem do Lanckorony. Potem jednak postanowiłem zrobić sobie taką wycieczkę. Nigdy nie jechałem jeszcze do Lanckorony. Droga bardzo przyjemna. Do samej Lanckorony jedziemy w zasadzie płasko i po asfaltach. Lanckorona, to tylko rynek i parę chałupek. No jeszcze są ruiny jakiegoś zamku, ale jakoś nie chciało mi się podjeżdżać. Zdjęcie mnie zniechęciło. Te zabytkowe chałupki może i fajne, ale jak ktoś lubi takie oglądać. Mnie nie kręci architektura. Nie lubię zwiedzać miast, ruin i zabytków. Wole naturalne twory. Bardziej spontaniczne. Z Lanckorony cel mój było już pięknie widać. Ruszyłem niebieskim szlakiem, który miał mnie prowadzić wprost pod Koskową Górę. Kiedyś planowałem pojechać tak po pracy pociągiem.
Miałbym wtedy 2 i pół godziny na dojazd na szczyt do noclegu. W Lanckoronie byłem o 10 godzinie. Niestety dojazd do Koskowej nie jest taki prosty. W tej okolicy szlaki są wyjątkowo źle opisane. Po drodze okazuje się, że taki króciutki przesmyk czarnym jest tak z 50 m przesunięty względem tego, co na mapie. Na dodatek zaczyna się u kogoś na podwórku, a potem biegnie zagajnikiem ostro w dół wąziutką ścieżynką. Był problem, aby z rowerem przecisnąć się przez krzaki. Potem niebieski wygląda jakby malujący zabłądził w lesie. Szlak jest malowany prosto ścieżką w lesie, a nie zygzakami jak na mapie. W końcu po jakimś kilometrze nagle się urywa. Malujący pewnie załapał, że się pomylił i nie te drzewa pomalował, które są na mapie. Jak się zorientowałem pognałem przez las na przełaj na kompas. Aż dotarłem już za lasem na kontynuację tego właściwego szlaku. Wreszcie dotarłem do Koskowej i jąłem się znowu nań wdrapywać. Pogoda niby słoneczna, ale jakaś taka wyjątkowo zła na zdjęcia. Światło strasznie rozproszone. Owszem w takiej pogodzie lepiej się jedzie, bo tak nie praży. Już kilka razy mówiłem sobie, że na taki wyjazd wezmę inny obiektyw, ten szerokokątny. On jest o niebo lepszy, tyle, że nie ma zoomu. Zawsze jednak zapominam przepiąć z tego uniwersalnego. Muszę go chyba przełożyć na stałe. Dwóch nie bardzo mi się chce wozić. Staram się minimalizować wagę plecaka. Na Koskowej oczywiście się pomyliłem i pojechałem nie w tym kierunku, co trzeba. Jednak szybko się zorientowałem. Zawróciłem i pojechałem właściwym. Ten właściwy bardzo przyjemny. Długie odcinki płaskich i zjazdów. Tak jedziemy aż do miejscowości Osielec. W górach niestety zaczęło się bardzo mokro i błotnie. Tu musiało sporo padać ostatnimi dni. W Osielcu, to ostatnie miejsce przed wjazdem w prawdziwe góry. Za chwilę będę jechał powyżej 1000 m i nie będzie żadnej cywilizacji, aż do schroniska. Do tej pory, począwszy od Lanckorony i wjazdu w pagórki nie spotkałem żywej duszy. W Osielcu napoiłem się i podjadłem. Kupiłem też kiełbasę na ognisko. Nie sądziłem abym był w stanie dotrzeć dziś do schroniska. Planowałem nocleg gdzieś w lesie w okolicy Naroża. Ruszyłem w góry. Wbrew pozorom nie było tak źle. Owszem prowadzenie roweru, ale tak z umiarem. Nie trzeba było nieść, czepiając się drzew. Po prostu mozolne pchanie w górę i od czasu do czasu niewielkie wjazdy i zjazdy. W końcu dotarłem powyżej 1000 m. Na początku tego pasma jedynie zabłądziłem w lesie. Zamyślony poszedłem inna ścieżką niż szlak. Było masakrycznie dużo błota i chyba z tego względu nie patrzyłem na szlak, tylko szedłem byle dalej. Zorientowałem się kilkadziesiąt metrów od szlaku. Nie chciałem już wracać, a poszedłem prosto przez las. Niestety po drodze musiałem przejść przez głęboki parów z potoczkiem na jego dnie. Umęczyłem się okrutnie. Dotarłszy powyżej tysiąca metrów zacząłem coraz bardziej wierzyć, że uda mi się dotrzeć jednak przed zmrokiem lub na granicy do schroniska. Do tej pory pogoda była taka sobie i w zasadzie żadnych widoczków. Wokoło gęsty las. Co więcej, praktycznie nie było miejsca gdzie można by się rozbić namiotem. Na ścieżce raczej tego nie zrobię. Coraz dalej i coraz bliżej zmroku, ale też coraz bliżej schroniska. Zacząłem nabierać pewności, że dojadę. Choć zmęczenie dawało o sobie znać. Przekroczyłem już 12 godzinę pedałowania. Tyle jeszcze nigdy nie pedałowałem i na dodatek po górach. W końcu będąc coraz wyżej zaczęły robić się luki w drzewostanie i zaczęły jawić się piękne widoki. Ostatnie wzniesienie i zacząłem zjeżdżać w dół, aby po chwili wypaść na wielką przełęcz. Tam widok na wszystkie strony i sto metrów niżej schronisko. Spojrzenie na zegarek. 13 i pół godziny jazdy. Chyba rekord. Nie wiem ile to kilometrów. Nie mam licznika, a tylko GPS z mapami. Ma wszelakie liczniki. Nie używam, bo musiałby być cały czas włączony i logować trasę. Oszczędzam w nim baterie. Starczają na około 5 godzin ciągłej pracy. Włączam tylko gdy chce zobaczyć gdzie jestem. W kieszeni plecaka natomiast jest zawsze włączony loger GPS on pracuje na jednym ładowaniu nieprzerwanie ponad 30 godzin.
Ale można zobaczyć trasę dopiero w domu. I tak pokazał prawie 90 km. Choć jak wiadomo GPS liczy trasę tylko w poziomie. Jeśli doliczyć kąty nachyleń, to zapewne wyjdzie około 100 km. Tu na tej przełęczy nie ma problemu z rozłożeniem namiotu, ale skoro jest schronisko, to podjadę i coś zjem. W schronisku byłem przed paręnaście minut przed dwudziestą. Okazało się, że mam szczęście, bo kuchnie zamykają o 20:00. Co to za dziwne schronisko. W ogóle jakoś tam drętwo. Zapytałem o nocleg. Okazało się, że nie ma problemu. Pokój czteroosobowy i będę sam. Jedyne 22 zł Bo na legitymację krwiodawcy mam zniżkę 20% Fajnie. Jak wszedłem do schroniska było tam kilkanaście osób w jadalni. Rozmowy ucichły i wszyscy ukradkowo na mnie spoglądali. Byłem cały w błocie, to po pierwsze. Po drugie pewnie rowerzysta na takiej wysokości to niecodzienny widok. Trochę głupio mi się zrobiło. Tak mi się skojarzyło. Jak na westernie rewolwerowiec wchodzi do soloonu - piwo i pierogi z mięsem. Huk, strużka dymu i barman pada, bo piwo było za ciepłe. Potem jednak po prysznicu dołączyłem do nich na ognisku i zacząłem sobie smażyć tą kupioną kiełbaskę. Bardzo fajna grupa ludzi. Mimo różnicy wieku swobodnie mogliśmy sobie pogadać. Około 23 położyłem się spać. O pierwszej w nocy zbudziły mnie harcujące myszy. Było słychać tupot małych nóżek po całym pokoju. Musiało ich być co najmniej kilka. Jednak byłem na tyle zmęczony, że w miarę byłem w stanie spać. Od czasu do czasu tylko przebudzając się jak sobie pozwalały ponad miarę.
Komentarze