Pasmo Policy - dzień drugi

Rano wstałem skoro świt, no może nie tak całkiem. Pospałem chyba do jakiejś szóstej. Zwykle pod namiotem mam już dość około 4 rano. No ale tu spałem na w miarę wygodnym wyrku. Liczyłem na wschód słońca, ale o tej porze roku to jest on chyba zaraz po trzeciej. Liczyłem też na Tatry, ale też nic z tego. Zamglone, choć to przecież niecałe 50 km albo i bliżej. Na zoomie coś tam zamajaczyło. Trochę widać na jednym zdjęciu. Wszystko to z Hali Krupowej. Zebrałem się po zdjęciach i ruszyłem piąć się w górę na Policę. Wspinając się coraz wyżej. Las zaczął się przerzedzać. Na samym szczycie jedynie kikuty uschniętych drzew. Prawdopodobnie to sprawka jakiejś burzy. Ale dzięki temu widoczki ładne. Tak mi przyszło do głowy jaki byłem dumny kiedyś z wycieczki rowerowej na Turbacz. Tu jest wyżej o 50 metrów. Zresztą Połonina Równa na Ukrainie też jest wyższa. Tyle, że tam się wjeżdża betonowymi płytami. Jest jeszcze kilka szczytów które można zaliczyć z rowerem, wyższych w Beskidzie Żywieckim czy Śląskim. Ale to może na kolejny rok. Z Policy to już z górki. Od czasu do czasu jakieś podjazdy, ale ogólnie to sukcesywnie w dół, aż do Mosornego. Stamtąd z górnej stacji wyciągu krzesełkowego widać Babią Górę na wyciągnięcie ręki. Zresztą z Policy też ją było widać. Kusiło mnie aby z Mosornego zjechać skrótem po stoku, ale żółty, a potem niebieski szlak miał piękne widoki, no i wodospad na Mosornym potoku. To skusiło mnie bardziej. Okazało się jednak, że wodospad, to tak tylko z nazwy. W Dolince Będkowskiej jest większy. Tym szlakiem zjechałem do Zawoi. Trochę mi to zajęło, bo z początku trzeba było prawie znosić rower.


Trasa rowerowa 1039297 - powered by Bikemap 

Przez Zawoję zacząłem jechać o 9 rano. Była niedziela. Nagle usłyszałem słowa modlitwy. Spojrzałem na zegarek 9:02 Patrzę kościół. Skręciłem, na tablicy z godzinami mszy okazało się, że jest o dziewiątej. Wniosłem rower po schodkach i przystanąłem sobie koło drzewa przed wejściem do kościoła. Przy okazji sobie trochę odpocznę i nie będę musiał u nas iść wieczorem. Potem ruszyłem dalej szosą w stronę Suchej Beskidzkiej. Wyznaczyłem tak trasę, aby pojechać w Czernichowie na prom i wrócić przez Zimny Dół do domu od strony Nielepic. Przed Suchą jest jeszcze sporo górek, a jedna dość znaczna. Wybrałem wjazd na nią asfaltem. Wtoczyłem się wreszcie na tą górę. Pod koniec to już była ścieżka w lesie. I powoli zacząłem zjeżdżać w dół. Po drodze musiałem objechać samochód który ktoś zaparkował dokładnie w poprzek szlaku. W końcu znowu wjechałem na asfaltową alejkę, a daleko w dole zamajaczyła Sucha Beskidzka. Na złość chyba skończyła się bateria w kamerze. A zjazd był niesamowity. Kręta wąska serpentyna o gładziutkim asfalcie. Marzenie rowerzysty szosowego. Ja też nie pogardziłem. Po jakimś kilometrze albo i więcej zjechałem na sam dół do Suchej. Potem miałem do wyboru, albo ruchliwą krajową, albo odcinek green way'a. Wybrałem to drugie. Przejechałem przez piękny mostek i znowu w górę. Widoki ładne, ale trochę zacząłem żałować tej płaskiej krajówki. Potem kolejny mostek. Następnie szybko dalej i dalej, już coraz mniej większych pagórów. Aż dojechałem prawię pod Kalwarię Zebrzydowską. Ją ominąłem bokiem. I wreszcie po wielu godzinach drogi moim oczom po wyjechaniu z kolejnego lasu ukazał się płaski krajobraz aż po Kraków. Nawet zamajaczyły gdzieś tam w oddali znajome kominy Skawiny. Aczkolwiek do promu było jeszcze ponad 10 km. Szlak miał biec za lasem nadal prosto. Ale jak, skoro mam przed sobą łąkę? Skonsternowany zacząłem się rozglądać i faktycznie na środku łąki majaczy słup, a na nim znak szlaku rowerowego. Puściłem się więc wprost przez tą łąkę. Wyjechałem komuś przez podwórko na którym na jabłoni też znak szlaku rowerowego. Mili ludzie, że im to nie przeszkadza. W końcu prom, teraz to już blisko do domu. Z Czernichowa do Zimnego dołu tez szlakiem rowerowym, który w większości prowadzi łąkami. Czasami gubiłem szlak, parę razy został zaorany. Gdzieniegdzie był zupełnie zarośnięty. Trochę na GPS, trochę na czuja, jakoś dotarłem w znajome tereny. Wreszcie zacząłem zjeżdżać Zimnym Dołem tam gdzie Konrad zwykle się wspina. Toż to prawie już w domu. Potem w stronę Puszczy Dulowskiej i pod autostradą. Wjechałem na znajomą alejkę. Pół godziny i jestem w domu. Patrzę, przed sobą, jakby Basia z Tenią. Dognałem je. Faktycznie wracają z wycieczki z Rudna. No to się przyłączyłem i tak spacerkiem już dotarliśmy razem do domu.

Komentarze

marko pisze…
Super zjazd szosa niczym nie roznil sie szybkoscia od jazdy samochodem, fajne tereny to green way