Luboń Wielki i z powrotem.

Zaczęła się wiosna. Na sobotę zapowiadali marną pogodę, ale na niedzielę za to miało być przepięknie i ciepło. Długo z sobą walczyłem czy wybrać się na rower czy nie. Na początku tygodnia byłem prawie pewien, że pojadę. Marzyło mi się wreszcie objechać te wszystkie górki koło Myślenic. Marzył mi się Luboń Wielki. Ale czym bliżej soboty tym pogoda się pogarszała. Wreszcie przyszła sobota rano. (W piątek spakowałem się na wszelki wypadek.) Wstałem o siódmej rano. Ubrałem się i zapakowałem do samochodu. Dzień wcześniej postanowiłem nie brać namiotu, ani nawet śpiwora. Wycieczka miała być dwu-dniowa. Zrezygnowałem nawet z bielizny termoaktywnej. Nastawiłem się na spanie na Luboniu w schronisku. Pomyślałem sobie, że o tej porze roku będzie pewnie pusto.

W ostateczności będę spał w lesie zagrzebany w liściach. To oczywiście żart. No ale, może bym jakoś przetrwał noc przy ognisku. Postanowiłem też po raz setny nie jechać rowerem do Myślenic, tylko podjechałem samochodem na stację benzynową przed Myślenicami przy zakopiance. Jest to ostatnia stacja przed samym miastem. Stamtąd wiedzie droga do rynku. Zostawiłem tam samochód na parkingu i ruszyłem rowerem w stronę czerwonego szlaku. Nim na Plebańską górę Zaraz za Myślenicami. Jej grzbietem pojechałem aż do zielonego szlaku. Nim przez drogę na kolejny szczyt w paśmie Koskowej Góry Po jej grzbiecie kawałek żółtym szlakiem, aż do czarnego i szczytu: Kotoń Potem w dół do drogi czarnym szlakiem. I zjazd dobre dwa kilometry asfaltem. Potem z głównej drogi zjazd na czarny szlak i znowu piąć się w górę na kolejne pasmo. Ale tu bardzo ciekawe miejsce. Na mapie zaznaczone szeregiem kapliczek.

Nie jest to droga krzyżowa. Miejsce nazywa się Kalwaria Tokarska Stoi tam 14 kapliczek. Każda z nich jest inna. Niektóre, to duże rzeźby zwykle otoczone kwiatami, lub wpasowane w jakąś skałkę. Jest nawet sadzawka na środku której stoją postacie w łodzi. Warto zobaczyć to miejsce. Na upartego można tam podjechać samochodem. Dalej szlak prowadzi aż do żółtego gdzie zbiegają się trzy szczyty: Golec, Zębalowa i Klimas. Tu od razu zjechałem w dół na powrót żółtym szlakiem, aż do miejscowości Krzeczów. Przemknąłem szybko przez krajową siódemkę i "Cesarskim Gościńcem" wjechałem na Luboń Mały Wjazd jest łatwy, w zasadzie całą drogę można jechać. Nie jest stromo, a i sama droga łatwa do jazdy. W ogóle cały grzbiet, aż po Luboń Wielki Jest bardzo łatwy do jazdy. Po drodze spotkałem oczywiście motokrosowców i bardzo sympatyczną grupę starszych panów w terenowych samochodach. Którzy grillowali w okolicy Krzysie To taka polana z widokiem na Tatry. Jak przejeżdżałem zaczęli się śmiać, że mały silniczek coś mam. Ja się odgryzłem, że za to jeżdżę na batoniki :). Potem dotarłem do schroniska. Wszedłem do środka. Okazało się, że jest tam już dużo ludzi. Nie spodziewałem się tego. Ludzie jednak chodzą po górach. Na szczęście znalazło się miejsce w jednoosobowym pokoju, co prawda przechodnim. Spytałem o prysznic. Niestety, nieczynny. Trochę się załamałem. Jak tu położyć się spać taki spocony. Zrezygnowałem, stwierdziłem, że wracam, choć była siedemnasta. Podziękowałem i wyszedłem. Mam światła najwyżej dojadę na 22:00. Wyszedłem, ale jeszcze raz zacząłem oglądać mapę. Kawał drogi, do tego trzeba zjechać z 1000 metrów na dół. Podobno ten szlak to miejscami skałki. Zastanowiłem się. Ubrałem nawet już spodnie i kurtkę. Przemyślałem to i najbardziej mi się zrobiło żal drugiego dnia w którym chciałem jeszcze wracać przez inne górki. Wróciłem do schroniska i zadeklarowałem, że jednak zostaje. Zaproponowali mi, że w ostateczności dostanę wodę w takim pięciolitrowym baniaku i po prostu umyję się w ten sposób. W zupełności to wystarczyło. To plus zmiana ubrania.

Nie brałem namiotu i śpiwora więc wziąłem bieliznę na zmianę i drugie spodenki i koszulkę. To wystarczyło aby poczuć się jak nowonarodzony. Posiedziałem w schronisku do 22:00 bardzo sympatyczne towarzystwo. Pogadaliśmy, napiliśmy się piwa. Zjadłem pierogi. Przyszło kilka osób z dwoma psami. Haski - piękne psy. Wielkie. jeden waży 70 kg. Przynieśli też Czosnek Niedźwiedzi Miał być rano do jajecznicy. Położyłem się spać około 23:00 ale impreza na zewnątrz trwała do drugiej w nocy. Tak pół śniąc dotrwałem do 6:00 Wyszedłem i sfotografowałem wschód słońca.

Potem się zebrałem i zacząłem zjeżdżać w dół czerwonym szlakiem. W zasadzie zniosłem rower. Bardzo stromo i skaliście. Z miejscowości Glisne we mgle pojechałem do Mszany Dolnej. Stamtąd zielonym na szczyt Lubogoszcz Niestety zgubiłem gdzieś po drodze szlak i przedzierałem się przez las niosąc i wciągając rower po takiej stromiźnie, że miałem ochotę się wrócić. Wreszcie jednak dotarłem do ścieżki i nią trochę okrężnie na szczyt. Bardzo zmęczony zacząłem zjeżdżać na dół. Też było stromo. Po drodze minęli mnie na quadach. Zjechałem do Kasiny Wielkiej i tam znowu czerwonym na Wierzbanowską górę Też w miarę łagodny wjazd i potem bardzo długi zjazd leśną ścieżką. Potem wypadamy na asfalt i takiż sam długi zjazd prawie pod Lubomir Teraz pozostało zjechać praktycznie do Myślenic cały czas grzbietem. Droga od Lubomira przez Kudłacze aż pod górę Chełm i tam zjazd do Myślenic obok wyciągu. Prawie godzinny zjazd od Lubomira. Rewelacja. Przejechałem przez Myślenice już szybciutko i dojechałem do zaparkowanego samochodu. W domu byłem w okolicach 16:00. Spełniłem swoje marzenie ubiegłoroczne i mam ochotę na więcej.




Trasa rowerowa 887529 - powered by Bikemap 


Trasa rowerowa 887540 - powered by Bikemap 

Komentarze

marko pisze…
Calkiem spora i ciekawa trase masz za soba ja jeszcze nie odwazylem sie na rowerowa przejazdzke, sporo ostatnio chorowalem a ostatnie dni raczej nie nastrajaja wiosennie!