Wczoraj w pracy około 14:00 zadzwoniła do mnie kropelka. Pani poprosiła abym dziś stawił się oddać płytki krwi na ratunek. Oczywiście zgodziłem się. Ucieszyło mnie to bardzo. Po długiej przerwie mogę znów być przydatny. Dodatkowo pomyślałem sobie, że jeden dzień wolnego od pracy bardzo się przyda. Zaplanowałem już nawet co dziś zrobię jak będę wcześniej w domu. Pojechałem dziś z samego rana. Wpierw zawiozłem Basię do pracy. W RCKiK byłem równiutko 7:15. Pobranie krwi do badań, byłem pierwszy. Pani trochę rozkojarzona z rana nie trafiła w żyłę. Zawsze na płytki wkłuwa się tak z boku ręki, a nie w zgięciu. Potem muszę na dwie ręce oddawać już głównych żył i nie można ich wcześniej kłuć. Nie trafiła sobie i zaczęła mi tą igłą grzebać w ręce. Powiem szczerze, że po raz pierwszy mi się zrobiło trochę nieprzyjemnie. Pani się trochę zdenerwowała, ale powiedziałem aby się nie przejmowała nic mi nie będzie. Potem na konsultację z lekarzem i niestety okazało się, że mam zbyt mało leukocytów. Znowu zagadka. To może być wynik osłabienia organizmu na skutek choroby, a ja nie byłem chory. Może też nadmierny wysiłek fizyczny. Owszem byłem na rowerze w sobotę, ale żeby aż tak? No i nie mogłem oddać płytek. Do dwóch tygodni powinno się unormować. Pani doktor powiedziała, że będą dzwonić, albo za dwa tygodnie i tak mogę już oddać krew, bo od ostatniego oddawania minie właśnie dwa miesiące. I tak musiałem wrócić do pracy. Bardzo zburzyło mi to cały dzień.
Komentarze